Film


Jedenaście mgnień września

Wojciech Kuczok



Wszyscy, którzy w ubiegłą środę chcieli zaakcentować swoją „jedność w żałobie i gniewie z narodem amerykańskim”, winni sobie jedenaście nowel filmowych sygnowanych cyframi „11’09’’01” odpuścić. 


Mogli do płonącego w oknie znicza dołączyć flagę Stanów Zjednoczonych i wzruszyć się przy dokumentalnej historii o bohaterskich strażakach wyświetlanej przez telewizje całego świata. Poddać się miękkiej dyktaturze mediów, które w przypadku zamachu na WTC na niespotykaną dotąd skalę wykluczyły możliwość dyskursu. Refleksyjność zastąpiono jednomyślnością; zamknięto usta polemistom, a tych, którzy w swoich wypowiedziach odważyli się na ton obiektywizmu (np. Susan Sontag w USA, Zygmunt Bauman w Polsce), zmuszono do tłumaczenia się.

Inny wymiar tragedii

Francuski producent Alain Brigand wyłowił wśród twórców współczesnego kina jedenastkę, którą medialna ideologizacja tragedii jedenastego września uwierała najbardziej. W efekcie powstał bardzo niepoprawny politycznie film nowelowy. 
Najbardziej poruszający hołd ofiarom zamachu na WTC, a zarazem najbardziej frapujący formalnie wśród jedenastu filmów udało się stworzyć młodemu Meksykaninowi Alejandro Inarritu. I nie dlatego, że wybrał ciemność jako wizualny odpowiednik ciszy, którą zwykliśmy czcić pamięć umarłych. Brak obrazu jest bowiem tylko punktem wyjścia ekranowego poematu; początkowo towarzyszy mu niepokojąca modlitwa indiańska, z czasem dźwięków pojawia się coraz więcej, a my z coraz większym trudem wyodrębniamy z tej kakofonii fragmenty fonicznego zgiełku, towarzyszącego transmisjom z 11 września. I kiedy kontrapunkt hałasu i ciemności staje się nieznośny, Inarritu wydziela nam sekundowe ujęcia ciał spadających z wież WTC. Pojedynczo, na mgnienie, w takich odstępach, by można w ciemności kontemplować powidok tej makabry. Niewyobrażalna hekatomba ulega redukcji do wyobrażalnego wymiaru śmierci pojedynczego człowieka. 
Gdyby Stockhausen zamiast monumentalnej katastrofy architektonicznej zapamiętał z jedenastego września właśnie kadry ludzi skaczących w otchłań, zapewne nie palnąłby tak beztrosko gafy o „artystycznym” charakterze nowojorskiego zamachu. Zdumiewająca nowela Inarritu stanowi odpowiednik cage’owskiego traktowania materii muzycznej; jak Cage pozwalał maksymalnie wybrzmieć pojedynczym tonom, tak meksykański filmowiec wydobywa z migawkowych ujęć więcej, niż kilku jego kolegów zdołało powiedzieć w pełnych jedenastu minutach swoich utworków. 
Mira Nair, ubiegłoroczna zwyciężczyni weneckiego festiwalu („Monsunowe wesele”) i owszem, zrealizowała „po amerykańsku” wzruszającą, opartą na faktach historię matki zaginionego, zakończoną pełnym patosu przemówieniem nad trumną syna – tyle że to historia muzułmanina... A ściślej, obywatela USA pakistańskiego pochodzenia, chłopca, którego islamożercza opinia publiczna wzięła za jednego z zamachowców. I przez pół roku kazała jego rodzinie znosić upokorzenia, przekonywać, że jest niewinny, że był normalnym amerykańskim chłopcem – „czytał komiksy, był fanem wojen gwiezdnych i członkiem szkolnej drużyny futbolowej” (uwiarygodniony stereotyp jako jedyny kontrargument dla vox populi...). Kiedy w końcu okazuje się, że syn Pakistanki zginął niosąc pomoc ofiarom Twin Towers, pogrzebową orację kończy piękne zdanie wymierzone nie tylko w ksenofobów: „Synu, zaszczyciłeś ten kraj, wybierając go na miejsce swojej śmierci”...

Prawo do żałoby

Danis Tanović i Ken Loach w zupełnie różny sposób osiągnęli podobny cel, mniej lub bardziej wprost mówiąc w swoich filmach: Ameryko, nie ty jedna krwawisz, nie masz nawet wyłącznego prawa do tragicznej symboliki tej daty... Loach wybrał poetykę klasycznego dokumentu. Ustami swego przyjaciela, chilijskiego emigranta, przypomina historię socjalistycznych rządów Salvadora Allende, których upadek dokonał się właśnie 11 września, tyle że 28 lat wstecz. Wtedy też wziął swój początek krwawy reżim Augusto Pinocheta, wspierany przez rząd Nixona, który pociągnął za sobą tysiące trupów i stosował niebywale okrutne tortury wobec opozycjonistów (co drobiazgowo opisuje bohater Loacha). Angielski reżyser, znany z lewicowych przekonań, zapewne sądzi, że Chile Allende mogło stać się krainą miodem i mlekiem płynącą, ale przesłanie filmu jest inne: Ameryko, dziś świat ci współczuje, co nie znaczy, że podda się globalnej amnezji...
Tanović, którego wybitną „Ziemię niczyją” możemy właśnie oglądać, prezentuje wyciszoną, elegijną opowieść o kobietach Srebrenicy, celebrujących jedenastego każdego miesiąca swój własny dramat. Ku pamięci mężczyzn zabitych w masakrze 11 lipca 1995, tworzą korowód niosący opustoszałymi ulicami napiętnowanego miasta chusty z imionami pomordowanych. Udręczona twarz bohaterki na wieść o zamachu WTC nie eksploduje nagłymi emocjami, jakby wyrażała ciężar cierpienia i tak od dawna przygniatającego; teraz po prostu przybył jeszcze jeden cierń... Ameryko, nie jesteś pierwsza nawet w żałobie...

Poza zasięgiem mediów

Nowelki irańska i afrykańska pokazują odbiór nowojorskiej zagłady w miejscach, które siłą rzeczy pozostały poza zasięgiem środków masowego przekazu. Gdzie zabrakło przekaźników, zabrakło też możliwości bezpośredniej transmisji współczucia... Na przykład w irańskiej wiosce z filmu dwudziestoletniej Samiry Makhmalbaf (córka Mohsena, autora „Kandaharu”). Afgańscy uchodźcy budują ceglany... schron przeciwatomowy na wypadek amerykańskich nalotów, młoda nauczycielka zaś usiłuje ich dzieciom wyjaśnić, co tak naprawdę zaszło za oceanem. W typowej dla irańskiego kina neorealistycznej opowiastce znów na pierwszym planie dominuje dziecięca naiwność; mali Afgańczycy nawet nie wiedzą, co to jest wieża, jak więc mają pojąć wymiar apokalipsy WTC... 
Idrissa Ouedraogo z Burkina Faso uświadamia, że dla mieszkańców jednego z najbiedniejszych krajów Afryki Środkowej wydarzenia w Nowym Jorku nie mają szczególnego znaczenia, chyba że mogłaby z nich wyniknąć jakaś natychmiastowa poprawa warunków egzystencji. Taką szansę wietrzy grupka chłopców w dniu ukazania się największego w historii listu gończego – w dniu, w którym prasa całego świata opublikowała podobiznę Bin Ladena. Biednym chłopakom oszołomionym kwotą 25 milionów dolarów za ujęcie Saudyjczyka, Osama natychmiast się materializuje. Przygotowują więc obławę, a kiedy lis się im wymyka na lotnisku, wołają wniebogłosy za odlatującym samolotem „Osama, wróć! Jesteś nam potrzebny!” – żeby za nagrodę wykarmić głodnych braci, wyleczyć chore matki, żeby jeszcze trochę pożyć... 

Nieświadomość w cieniu Wież

Znalazły się w zestawie także filmy usiłujące znaleźć odpowiedź na pytanie, czy i jak można było nie zauważyć zamachu 11 września, znajdując się w bezpośrednim sąsiedztwie Bliźniaczych Wież. Odpowiedzi łatwo się domyślić, zaś losami bohaterów w tym wypadku przejąć trudno. W nieudanym filmiku Seana Penna niemal dziewięćdziesięcioletni Ernest Borgnine szamocze się z osamotnieniem w mieszkanku odciętym od światła słonecznego przez jedną z Wież. Jest nie w pełni władz umysłowych; całymi dniami rozmawia z garderobą zmarłej małżonki. Ze snu budzi go nie hałas, a dopiero światłość, jaka stopniowo rozjaśnia mieszkanie wraz z zapadającą się Twin Tower. Toporna metafora zostaje dodatkowo wzmocniona dyskwalifikującym obrazem nagle rozkwitających kwiatów, dotąd przywiędłych w doniczce. 
Claude Lelouch wymyślił historyjkę znacznie bardziej pokrętną, ale też bardziej udatną artystycznie. Można się zżymać, że nawet w obliczu apokalipsy Francuz pierwszeństwo daje wątkowi melodramatycznemu, ale widzę w tej noweli inną wartość. Jak Inarritu wybrał ciemność na znak żałoby, Lelouch rozgrywa swoją historię niemal całkiem bezdźwięcznie. Bohaterka jest głuchoniema i dodatkowo „oślepiona” rozterką miłosną – nie w głowie jej oglądanie telewizji, kiedy pisze list pożegnalny do kochanka. Za oknem wali się świat, ale Lelouch skupia się na kobiecie, której świat się zawalił znacznie wcześniej. Oba dramaty zbiegają się w finale, kiedy w drzwiach staje ukochany przysypany pyłem. Lelouch opowiedział więc jeden z tysięcy happy endów, które przecież także miały miejsce tego dnia, po otrzymaniu upragnionych informacji, że bliscy jednak przeżyli. Opowiedział kunsztownie i niejednoznacznie.

Japonia, Egipt, Izrael

Pozornie najdalej od meritum zawędrował Shohei Imamura, nawet nie wspominając o roku 2001. Poetycka opowieść o upodleniu byłego żołnierza przegranej armii cesarskiej, który na froncie II wojny postradał godność i zmysły, wizualizuje finałową tezę: „Żadna wojna nie jest święta”. Rodzina skupiona na dramacie chłopaka, który po powrocie z frontu stał się wężem, pełzającym i zjadającym szczury, napomyka w pewnej chwili o apokalipsie Hiroszimy. Tysiące ofiar w ruinach WTC dołączyły do milionów ofiar wszystkich wojen świata, który się 11 września nie skończył ani nie zaczął...
Zupełnie mnie nie przekonał jednoujęciowy film Izraelczyka Amosa Gitai, dość nachalnie atakujący hieny dziennikarskie (w jego filmie reporterka nie może pojąć, czemu jakiś Nowy Jork zepchnął ją z wizji, skoro „upolowała” zamach bombowy w Tel Awiwie). Egipski reżyser Youssef Chachine, którego kuriozalna etiudka wywołała największe kontrowersje, rozmawia w swoim filmie z duchami przedstawicieli zwaśnionych stron – amerykańskiego szeregowca i palestyńskiego zamachowca. Z mętnego wywodu wynika z grubsza tyle, żeby skupić się na logicznej sprzeczności pojęcia „wojny z terroryzmem”. Wojny nie toczy się z rzeczownikami; wojna to śmiertelna walka między ludźmi i narodami, których racje są przeciwstawne. Uzbrojeni reprezentanci tych racji noszą w swoich obozach miano żołnierzy, bez względu na stosowane środki...

*

Niezależnie od poziomu poszczególnych nowel, Brigand zaproponował przeciwwagę dla monolitycznej postawy zachodnich mediów. „11’09’’01” będzie przeżyciem dla tych, którzy wolą się modlić za cudze dusze na osobności, zamiast przyłączać do chóralnych zapewnień, że „wszyscy tego dnia byliśmy nowojorczykami”. Jak widać, nie wszyscy...

„11’09’’01”; reż. Samira Makhmalbaf (Iran), Claude Lelouch (Francja), Youssef Chachine (Egipt), Danis Tanović (Bośnia i Hercegowina), Idrissa Ouedraogo (Burkina Faso), Ken Loach (Wielka Brytania), Alejandro Gonzalez Inarritu (Meksyk), Amos Gitai (Izrael), Mira Nair (Indie), Sean Penn (USA), Shohei Imamura (Japonia). Prod. Alain Brigand 2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 38 (2776), 22 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl