Relikwie na pokucie

Ks. Jan Kracik



Kult relikwii absorbował długo nie tylko masy, ale i Ojców Kościoła. Dziś Katechizm Kościoła Katolickiego omawiając cześć świętych nawet nie wspomina o relikwiach.


Wymowny ten kontrast symbolizować może zmierzch wielu minionych już znaczeń i funkcji relikwii. Owszem, nadal można je znaleźć w kościołach, ale pątników przyciągają dziś o wiele bardziej wizerunki niż groby. Coraz większego znaczenia nabiera przesłanie życia świętego. Jego przykład, słowa, pamięć czynów stają się ważniejsze niż dostęp do całości czy fragmentów jego kośćca.
Cokolwiek jednak absorbowało wyobrażenia, budziło nadzieje czy koiło niepokoje całych pokoleń, współtworząc historię, warte jest zainteresowania. Bez względu na to, czy stanowi centralną czy uboczną prawdę albo praktykę wiary. Kult relikwii nie we wszystkim bywał zgodny z oficjalną teologią, jako że wyrastał z pobożności ludowej. Ta zaś miała własną interpretację niektórych prawd, praktyk i norm: z predylekcją do niektórych, z mniejszym zainteresowaniem dla pozostałych, albo ze zgoła przedziwnym ich pojmowaniem. O takim opowiada niniejszy tekst. Nachodzące przy jego czytaniu zdumienie można studzić świadomością, że selektywne chrześcijaństwo – w traktowaniu przez wiernych jego doktryny, a zwłaszcza norm moralnych – nie wymarło wszak do dziś. Chociaż zmieniło i zmniejszyło obszary użytkowego traktowania religii.

Mnisze sposoby

Średniowieczne społeczeństwo, trawione niepewnością doczesnego i wiecznego bezpieczeństwa, obdarowywało ciągle kościoły i klasztory, by zapewnić sobie Msze i modły oddalające te zagrożenia. Doznający krzywdy mnisi nie mogli, jak biskupi, bronić się ekskomuniką. Odwracali wtedy swą rolę i zamiast wypraszać u Boga dobrodziejstwa dla benefaktorów, przyzywali z nieba sprawiedliwości przeciw wyrządzającym im szkodę. Wzorce takiej modlitwy łatwo było znaleźć w Starym Testamencie, zwłaszcza w psalmach złorzeczących. Narzędziem tej zgoła nie ewangelicznej praktyki bywały także wizerunki i relikwie świętych. Mnisi nie mogąc, jak władze diecezjalne, ograniczyć interdyktem dostępu do sakramentów, usiłowali osiągnąć cel takiej sankcji odcinając wiernym dojście do ulubionych relikwii. W obu przypadkach szło o to, by ludzki lęk przed karą i niełaską niebios, wywołaną niedostatkiem oddawanej czci, obrócić w gniewny nacisk na sprawcę takich posunięć, by naprawił wyrządzane zło, umożliwiając przywrócenie kultu.
W klasztorach wielkiej kongregacji Cluny przyjął się i upowszechnił w niektórych konwentach innych reguł w XI–XII w. ryt humiliacji. Podczas Mszy św., gdy celebrans okazywał Hostię przed komunią, odmawiano dodatkową modlitwę, prosząc Chrystusa o pomoc. Towarzysząca często temu błaganiu humiliacja polegała na tym, że z ołtarzy zdejmowano relikwie czy obrazy i kładziono je wprost na posadzce lub kawałku włosienicy. Gest ów nie wynikał oczywiście z zamiaru profanacji, lecz wyrażał odwrócenie porządku między tym co boskie i ludzkie. Inscenizował mianowicie sytuację faktyczną, w której święty stał się ofiarą agresji. Bo atak na klasztor i jego dobra to uderzenie w ich posiadacza, czyli świętego. Został on przez to poniżony jak te jego relikwie, postawiony w sytuacji pokutującego grzesznika i dzieli niedolę oraz wspiera prośby swoich ludzi. Wraz z nimi zalega oto posadzkę, zwracając się ze skargą do Chrystusa.

Relikwie jako tarcza

Do niego tedy, po ustaniu bicia we dzwony, zwracają się leżący krzyżem mnisi. Odmawiają psalm 73 (lament nad zniszczoną świątynią i przynaglanie Boga, by nie zwlekał z interwencją). Celebrans śpiewa dalsze psalmy i modlitwę błagalną o wyrwanie z opresji, połączoną z zastanawiającą interpretacją doznawanej uciążliwości. Prosi więc za psalmistą np. tak: „Powstań o Jahwe, w Twoim gniewie podnieś się przeciw zaciekłości mych ciemiężców”, pełnych pychy, odzianych przemocą. Oni to bowiem „na pastwę ognia świątynię Twoją wydali, doszczętnie zbezcześcili przybytek Twego imienia” (Ps 7,7; 72,6; 73,7).
Dalsze modlitwy zawierały wprawdzie motyw pokutny (zawiniliśmy, słusznie cierpimy za grzechy), ale i rozwijały niekoniecznie z nim zbieżne wątki starotestamentowe (niegodziwcy nastają na nas, łupią kościoły, niszczą ich ziemie). Nieprzyjaciele klasztoru, zgodnie z monastyczną tradycją charaktery i motywy mieli jak najgorsze, a byli wrogami samego Pana Boga. Szkody wyrządzone przez nich mieszkańcom klasztoru eksponowano ponad inne: wszak pozbawiając mnichów koniecznych dóbr (innych wszak mnisi nie mieli) uniemożliwiono im sprawowanie kultu Bożego. Krzyk ograbianych świeckich zapewne dosięgał niższych rejonów nieba!
Wołali tedy pokorni mnisi: „Powstań zatem Panie Jezu, wspomóż i umocnij nas, pokonaj prześladujących nas (tu wstawiano dane osobowe adresata tych pobożnych życzeń klasztornych). Złam też pychę tych, którzy prześladują świątynię Twoją i nas. (...) Nie gardź Panie nami, którzy wołamy do Ciebie w ucisku, lecz dla chwały imienia Twego i przez miłosierdzie Twoje, przez które ufundowałeś to miejsce oraz ku czci Twoich Świętych (tu wymieniano patronów poddawanych humiliacji) nawiedź nas pokojem i wyrwij z tej udręki. Amen”.
Humiliacja stanowiła dość skuteczny środek do kruszenia sumienia krzywdziciela klasztoru. I świetny sposób propagandy konwentu. Anachronizmem byłoby jednak poprzestawanie na tych efektach.

Opieszałego ukarać

Oddziaływanie rytu opierało się na przekonaniu o rychliwości nadprzyrodzonej interwencji w ludzkie sprawy, w co nie wątpili zarówno mnisi, jak ich adwersarze oraz całe społeczeństwo. Niezależnie od tego, czy w danej sprawie mnisi mieli rację, przemawiało za nimi to, że na nich spoczywała odpowiedzialność za utrzymanie przychylności sił nadnaturalnych. Ryt humiliacji (w niektórych klasztorach sprawowany poza Mszą) uświadamiał napastnikowi, że naruszył prawa samego świętego i równowagę społeczną. Ciernie, jakimi mnisi w Tours pokrywali w trakcie humiliacji grób św. Marcina, wyrażały zarówno jego ból i upokorzenie (analogia z cierniem koronowanego Chrystusa), jak i celowo rozdrażniały pątników uniemożliwiając im dotykanie grobu Patrona. Wszystko to skłaniać musiało winowajcę do podjęcia negocjacji – jeśli nie z poczucia winy i wyrzutów sumienia, to z obawy przed reakcją ludzi, a zwłaszcza nieba, o jaką modlili się mnisi.
Humiliacja relikwii miała jednak na celu nie tylko upomnienie opresora klasztoru, a w razie jego oporu poruszenie przeciw niemu opinii. Bardziej jeszcze była to pokuta nałożona świętemu za jego niedbalstwo. Już w merowińskich czasach zdarzało się, że mnisi zaprzestawali śpiewania psalmów i palenia świateł przy relikwiach nieskutecznego świętego. Miał przecież chronić swoich ludzi jako ich pan. W feudalnym świecie w powinnościach seniora i lenników obowiązywała wzajemność. Istniało przekonanie, że poddani mają prawo do oporu i sankcji wobec łamiącego umowę pana. Skoro więc święty mogąc bronić swej własności nie przeszkodził wyrządzeniu jej szkody, dotknięci tym jego czciciele i użytkownicy owej własności uznawali, że sami muszą sobie pomóc, a opieszałego protektora ukarać.
Obecny w swych relikwiach święty był bowiem stróżem prawa i sprawiedliwości, który miał reagować najmocniej w obronie własnej posiadłości. Władał nią wszak nie w symbolicznym sensie, lecz jako realny posiadacz swego domu i majątku, czyli kościoła i jego włości. Dlatego fundator przekazywał kościołowi uposażenie dopiero po osadzeniu w nim relikwii. Darowizny oddawano także nie tyle duchowieństwu, co obsługiwanemu przez nie świętemu, co donacjom tym nadawało moc prawną. „Patriomonium sancti Petri” – dziedzictwo św. Piotra, mawiano wszak o przekazanych papieżom w VIII w. przez Pepina i Karola Wielkiego terenach przyszłego Państwa Kościelnego.

Święty na wozie

Wzięcie w posiadanie przez świętego nadanych mu gruntów odbywano obwożąc wokół nich jego relikwie. Szczególnie ważne dokumenty nadań sporządzono w kilku egzemplarzach, z których jeden umieszczano w sarkofagu świętego lub w pobliżu jego grobu. Jeśli liczba tych dokumentów wymagała z czasem osobnego pomieszczenia, urządzano je w obrębie kościoła, by zapewnić im ochronę ze strony patrona. Gdy kościelne włości były zagrożone, ich obrona należała wpierw do samego świętego. Obnoszono tedy jego relikwie wokół roli, na którą ktoś dybał, a w razie potrzeby zabierano je i przed sąd królewski, by dochodzić sprawiedliwości w imieniu świętego. Kanonicy z Mastricht pojawili się więc przed Ottonem I ze szczątkami św. Serwacego, a mnisi z Malmedy z relikwiami św. Remoklusa na dworze Henryka IV szukając sprawiedliwości przeciwko opresorowi ich klasztoru. Niewiele wskórawszy dokonali skutecznej demonstracji stawiając skrzynkę z kośćmi na stole w królewskiej jadalni, co wywołało konsternację i przerwało ucztowanie.
Bardziej jeszcze drastyczną, odrzucaną przez duchowieństwo, a stosowaną niekiedy przez zawiedzionych laików postacią represji wobec opieszałego ich zdaniem świętego było bicie jego relikwii czy grobu. Niełatwo było być niebiańskim seniorem takich czcicieli, duchownych czy świeckich!
Na skuteczną, czyli przełamującą złość krzywdziciela protekcję patrona trzeba było nierzadko dobrze poczekać. W połowie XI w. klasztor św. Medarda w Soissons, spierając się o posiadanie wsi z księciem Goscelinem, trzymał przeciw niemu relikwie na kościelnej posadzce przez cały rok. Nareszcie święci, cierpiący despekt tak długo, zabrali się (Sebastian, Grzegorz, Medard i Gildert) za sprawcę swego poniżenia. Pojawili się tedy we śnie upartego Goscelina, dyskutując, co uczynić z człowiekiem, który nadużył ich własności. Doszedłszy do wspólnego wniosku zaczęli śniącego bić po głowie. Ten obudziwszy się stwierdził, że istotnie krwawią mu uszy i usta!

Roma locuta

Kościelny ryt humiliacji relikwii, uznawany z początku za poprawny, z czasem zaczął popadać w niełaskę hierarchii. Topornie rozumiana zasada wzajemnej odpowiedzialności świata ludzkiego i nadprzyrodzonego ustępowała subtelniejszemu pojmowaniu ich wzajemnych relacji. Nadto w silnym, scentralizowanym Kościele pogregoriańskim pojawiły się inne możliwości egzekwowania uprawnień czy roszczeń kościelnych. Zakonnicy zwracali się częściej do biskupa, by użył w ich sprawie ekskomuniki. A do humiliacji dołączali bardziej zdecydowane złorzeczenia.
W XIII w. papieże i biskupi coraz krytyczniej patrzyli jednak na klasztory, w których poddawano humiliacji relikwie i wizerunki, zawieszając służbę Bożą wedle uznania i bez kanonicznych powodów. Kościół coraz bardziej rządził się prawem i zakazywał lokalnej samowoli liturgicznej. II Sobór Lyoński w 1274 r. potępił humiliację relikwii i obrazów, a wyrażane przez nią karanie świętych nazwał „szkaradnym nadużyciem przeraźliwej bezbożności”.

Powyższy tekst znajdzie się w książce pt. „Relikwie”, która ukaże się wkrótce w Wydawnictwie Znak.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 38 (2776), 22 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl