Dywizje to już za mało

Stanisław Koziej



W Sojuszu Północnoatlantyckim nastały gorące dni: kończą się przygotowania do jesiennego szczytu w Pradze. NATO musi podjąć decyzje dotyczące swej dalszej transformacji, stosownie do nowych potrzeb. Ważną rolę w przygotowaniu praskiego szczytu powinno odegrać wrześniowe spotkanie ministrów obrony państw NATO w Warszawie.


Ewolucja Sojuszu w ostatniej dekadzie XX w. odbywała się głównie pod wpływem „szoku pozimnowojennego”: po 1989 r. znikło raptownie zagrożenie wielką agresją militarną i Sojuszowi zagroziło „bezrobocie”. Szybko się jednak przekwalifikował: „out of area operations” oraz „crisis management” [operacje poza obszarem NATO i reagowanie na sytuacje kryzysowe – red.] okazały się dobrymi specjalnościami na nowe warunki. Operacjami na Bałkanach i wystąpieniem w obronie zaatakowanego przez terrorystów sojusznika – Stanów Zjednoczonych – NATO udowodniło, że jest jedyną organizacją międzynarodową sprawną operacyjnie i zdolną do podjęcia konkretnych działań. Bowiem ani ONZ, ani OBWE, ani też Unia Europejska nie potrafiły skutecznie sprostać nowym potrzebom bezpieczeństwa w tym „pozimnowojennym” świecie.

Nieoczekiwane doświadczenia

Przyszłość nie pozwala jednak spocząć na laurach. Po 11 września skończył się okres „pozimnowojenny”, a sposób zastosowania artykułu piątego traktatu waszyngtońskiego o powołaniu Paktu Północnoatlantyckiego [wszystkie kraje NATO uznały, że w sytuacji po 11 września zastosowanie znajduje art. 5, mówiący o zbiorowej obronie NATO – red.] zrodził sporo wątpliwości, stwarzając nową sytuację. Osłabiona została siła odstraszania Sojuszu. Z kolei kampania w Afganistanie unaoczniła nowe wymagania operacyjne: wywiad, transport strategiczny, operacje informacyjne, zagrożenia i działania „asymetryczne” [sytuacja, w której klasyczna armia walczyć musi nie z inną armią, ale np. z organizacją terrorystyczną – red.], broń precyzyjna, obrona przed bronią masowego rażenia, integracja wysiłków w wymiarze cywilno-wojskowym – to obszary wymagające szczególnego zainteresowania i wyznaczające kierunki dalszej transformacji systemu sojuszniczego. 
Pierwsze w historii Sojuszu zastosowanie artykułu piątego dało nieporównanie więcej doświadczeń i wniosków niż cały szereg ćwiczeń czy analiz teoretycznych. Doświadczenia te są raczej zaskakujące. Przez całe dziesięciolecia wyobrażenia o sposobie prowadzenia obrony na podstawie tegoż artykułu kształtowały wizję NATO jako operatywnego i skutecznego instrumentu bezpieczeństwa, kierującego się zasadą muszkieterów: „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Budowano więc koncepcje strategiczne i plany operacyjne, których wdrażaniem zajmować miały się sojusznicze i zintegrowane struktury dowodzenia. 
Wydarzenia po 11 września wprowadziły do tego obrazu sporo zamieszania. Efekty zderzenia wyobrażeń, interpretacji i planów z praktyką zastosowania artykułu piątego okazały się nieoczekiwane. Przede wszystkim, jego treść została odniesiona do sytuacji najmniej przewidywanej i nigdy nie planowanej: obrony najsilniejszego sojusznika. Bo to przecież Amerykanie mieli bronić Europejczyków, a nie odwrotnie, i to struktury dowódcze Sojuszu miały dysponować przydzielonymi im środkami narodowymi, a nie odwrotnie – gdy dowództwo narodowe (w tym wypadku USA) wykorzystuje środki sojusznicze (jak samoloty wczesnego ostrzegania AWACS).
Takie właśnie zastosowanie artykułu piątego ma liczne konsekwencje dla przyszłości NATO, w tym dla wizji sojuszniczej wspólnej obrony. Precedens wrześniowy pokazuje też, że zastosowanie artykułu piątego nie jest równoznaczne z uruchomieniem zintegrowanego systemu sojuszniczego dowodzenia. Okazuje się, że przyszłe operacje oparte na tym artykule nie muszą już być kierowane przez zintegrowane dowództwa NATO – podobnie jak dotychczasowe operacje kryzysowe, które mogą być kierowane przez dowództwa tworzone doraźnie na potrzeby danej operacji, w tym przez uzupełnione dowództwa narodowe. 

Koalicje chętnych i zdolnych

Z wydarzeniami, które nastąpiły po 11 września, wiąże się ściśle sprawa tzw. „koalicji chętnych” (willing coalitions) czy też „koalicji ad hoc”. Do tej pory mechanizm taki stosowano w odniesieniu do międzynarodowych operacji kryzysowych, pozasojuszniczych lub ponadsojuszniczych, a w ramach NATO – do operacji nie opierających się na artykule piątym. To naturalne i zrozumiałe. Inną natomiast sprawą byłoby wprowadzenie takiego mechanizmu również w stosunku do operacji obrony kolektywnej, prowadzonych na podstawie artykułu piątego. 
Co może to bowiem oznaczać? Problem ma dwa wymiary: polityczny i operacyjny. W wymiarze politycznym „koalicja chętnych” do prowadzenia operacji na podstawie artykułu piątego musi być postrzegana wyłącznie jako koalicja „NATO – plus inni chętni”. Trudno bowiem wyobrazić sobie, by jakikolwiek członek NATO dystansował się od operacji, podjętej na podstawie uprzedniej wspólnej decyzji o zastosowaniu artykułu piątego. W koalicji obronnej znaleźliby się zatem z pewnością wszyscy członkowie NATO. Dlatego ów „plus” to wyłącznie dodatkowe państwa, spoza NATO, w tym przede wszystkim uczestnicy programu „Partnerstwo dla Pokoju”. 
Na ile takie rozwiązanie jest możliwe? Szukając odpowiedzi, dotykamy drugiego wymiaru problemu – operacyjnego. Jeszcze niedawno każdy, kto zgłosiłby się do koalicji wojennej, byłby natychmiast przyjęty z całym bogactwem inwentarza, a jego wojska włączone do zgrupowań koalicyjnych. Dawniej, kiedy rozstrzygające znaczenie na polu bitwy miała przede wszystkim liczba bagnetów i szabel, przygarniany był każdy chętny, bez wybrzydzania. 
Teraz jest inaczej. Do wspólnych operacji dobiera się siły nie według potrzeb ilościowych, lecz kryteriów jakościowych. Zamiast dużej ilości wojsk, zbiera się wojska odpowiednie – najlepszym tego przykładem kampania afgańska. Z tego też względu nie wszyscy z tych, którzy mogliby znaleźć się w koalicji politycznie, mogą w niej uczestniczyć operacyjnie. Tu nie wystarczy dobra wola. Nie wystarczy nawet fakt, że jest się członkiem Sojuszu i wchodzi w skład „twardego jądra” koalicji obronnej. Można być członkiem NATO nawet mając marne wojsko, ale wówczas należy się liczyć z tym, że nie będzie się uczestniczyć w operacjach obronnych na podstawie artykułu piątego. Taki jest wyznacznik członka Sojuszu „drugiej kategorii”, od której Polska niestety nie jest zbyt odległa. 
Gdy zatem mowa o „koalicjach chętnych”, chodzi o koalicje tylko chętnych politycznie – i zdolnych operacyjnie.

Nie tylko żołnierze

Transformacja NATO ma też, oprócz aspektów operacyjnych, aspekt organizacyjny. Jednym z wniosków, wyciągniętych z ataku terrorystycznego na USA i trwającej kampanii antyterrorystycznej, jest konieczność zintegrowanego podejścia do spraw bezpieczeństwa. Nie ulega wątpliwości, że oddzielne wykorzystywanie środków wojskowych, dyplomatycznych, finansowych, porządkowych, prawnych itp. nie odpowiada już nowym potrzebom. Dziś konieczne jest działanie zintegrowane, cywilno-wojskowe. Stawia to nowe wymagania wobec międzynarodowych i narodowych struktur bezpieczeństwa, także wobec NATO. 
Jednym z kierunków, w którym powinny iść poszukiwania nowych rozwiązań, jest wzmocnienie nie-militarnych narzędzi NATO lub wręcz zbudowanie – w ramach systemu bezpieczeństwa NATO – sojuszniczego „podsystemu” pozamilitarnego. Tradycyjny potencjał NATO jest bowiem niemal wyłącznie potencjałem militarnym: tworzą go siły zbrojne, wydzielone do wspólnej dyspozycji przez państwa członkowskie. Przez dziesięciolecia „zimnej wojny” i konfrontacji dwóch „bloków” misją NATO było odstraszanie i obrona przed agresją. Dziś jednak należy dostosować NATO do nowych warunków, w których rośnie znaczenie zagrożeń nie-militarnych. Sojusz nie może ograniczać się do uznania, że stoją przed nim zadania dodatkowe i inne jakościowo. NATO musi też poszerzyć możliwości wykonywania tych nowych zadań przez odpowiednie zmiany w składzie i strukturze swego systemu bezpieczeństwa. 
System ten powinien posiadać siły i środki, które zapewnią spełnianie trzech podstawowych funkcji: zapobieganie konfliktom i stabilizowanie pokoju; opanowywanie kryzysów; wygranie wojny. Same siły zbrojne tutaj nie wystarczą, należałoby zatem uwzględnić także pewne środki pozamilitarne. Zasadne wydaje się też – biorąc pod uwagę wzrastające znaczenie pozamilitarnych aspektów bezpieczeństwa – poszerzenie o nie właśnie dotychczasowej formuły sojuszniczych zdolności obronnych. Przyjęta na poprzednim szczycie NATO w Waszyngtonie „Inicjatywa Zdolności Obronnych” (Defence Capabilities Initiative, DCI) nie spełniła swej roli. Należałoby więc zastąpić ją szerszą, cywilno-wojskową, ale także bardziej skondensowaną co do swoich priorytetów „Inicjatywą Zdolności w Dziedzinie Bezpieczeństwa” (Security Capabilities Initiative, SCI).
Jednocześnie konieczna jest zmiana samej formuły takiej inicjatywy. Zamiast ogólnego apelu, czegoś w rodzaju gwiazdy przewodniej, za którą jedni idą, a inni nie, inicjatywa winna być raczej integralną częścią programów rozwoju sojuszniczych sił zbrojnych, z konkretnie ujętymi zamierzeniami (zobowiązaniami) poszczególnych sojuszników. Tego typu spis zobowiązań (deklaracji) byłby chyba efektywniejszy od odgórnie zestawionych oczekiwań. Taką właśnie zmianę podejścia do zdolności sojuszniczych w sferze bezpieczeństwa (a nie tylko obrony) warto przedyskutować na zbliżającym się (24-25 września) spotkaniu ministrów obrony NATO w Warszawie – i być może zarekomendować do przyjęcia na jesiennym szczycie w Pradze. 

Autor, generał brygady i profesor, jest niezależnym ekspertem, wykładowcą w Akademii Obrony Narodowej i w Prywatnej Wyższej Szkole Businessu i Administracji w Warszawie. W latach 1993–2001 kierował Departamentem Systemu Obronnego w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego i MON. Jest głównym autorem obecnej strategii obronności Polski.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 38 (2776), 22 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl