Przed wyborami samorządowymi 


Butelkowa demokracja

Andrzej Kaczmarczyk



OBOP podaje, że wśród osób pytanych o preferencje w wyborach do sejmików wojewódzkich, które wiedziały, kogo by poparły w tym głosowaniu, 30 proc. wskazało w lipcu koalicję SLD – UP; 21 proc. koalicję PO i PiS; 14 proc. Samoobronę; 11 proc. LPR; 9 proc. PSL i 2 proc. Front Demokratyczny „Wspólnota 2002” – wiadomość taką usłyszałem w serwisie informacyjnym jednej ze stacji radiowych. Lektor dorzucił jeszcze średnią frekwencję w kraju. Otóż z takiej informacji nic nie wynika. Dotyczy ona bowiem wyborów samorządowych, a nie parlamentarnych – tymczasem nie podano preferencji i frekwencji w poszczególnych województwach. Autor serwisu nabił słuchaczy w butelkę, podając im zamiast przyzwoitej informacji zwykły humbug.
Tak właśnie, czyli „nabity w butelkę”, czuję się przed każdymi wyborami. Niestety z powodów znacznie poważniejszych niż nierzetelność warsztatowa jednego z kolegów po fachu.

Ordynacja Pawlaka

To bodaj matka filmowego Pawlaka („Sami swoi”), mówiąc: „sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie”, wkładała synowi do koszyka granaty, kiedy to jechał na proces z Kargulami. Nasi parlamentarzyści (nie tylko ci od Pawlaka Waldemara, b. premiera), są dziś bardziej zapobiegliwi. Sami stanowią prawo, któremu podlegają i jak uchwalą coś dla siebie niekorzystnego, zawsze mogą to zmienić. Przykładem ordynacje wyborcze.
Chyba tylko politycy z największym stażem zdołaliby się dziś doliczyć z pamięci, ile ordynacji wyborczych uchwalono w III Rzeczypospolitej. Ich kształt zawsze zależy od aktualnych wyników sondaży. Jeżeli w sondażach rośnie znacznie przewaga jednego ugrupowania, to staje się ono gorącym zwolennikiem systemu preferującego duże partie. Natomiast wśród pozostałych partii akurat gorzej notowanych rośnie poparcie dla ordynacji preferującej mniejsze ugrupowania. Jeżeli jednak któryś z dotychczasowych średniaków zacznie w sondażach rosnąć w siłę, jego poglądy zaczynają ewoluować w kierunku reprezentowanym do tej pory przez leadera sondaży. 
W poprzedniej kadencji parlamentu zdarzyła się rzecz ciekawa. Oto w momencie gdy notowania SLD były już dość wysokie, a AWS jeszcze dramatycznie nie spadły, ta dziwna koalicja zaczęła nawet przebąkiwać o ordynacji większościowej. Takie rozwiązanie dawałoby szansę wyeliminowania ze sceny politycznej partyjnej drobnicy. Ten pomysł nigdy jednak nie był poważnie zaawansowany. Nie tylko dlatego, że notowania przedwyborcze AWS poleciały wkrótce na łeb na szyję. Ważniejszym powodem jest to, że wybory mniej czy bardziej proporcjonalne, leżą w interesie partyjnych władz. To one bowiem, ustalając kolejność na listach, dokonują jeszcze przed oficjalnymi wyborami swoistych prawyborów, decydując o tym na kogo wyborca będzie mógł oddać swój głos.

Czyja ziemia, tego religia

Sposób liczenia głosów to nie jedyny przykład wybierania za wyborcę jeszcze przed wyborami. Można przecież ustalać jeszcze progi wyborcze. Wynik poniżej progu oznacza nieobecność w parlamencie, radzie miasta lub województwa. Równie ważne są granice okręgów wyborczych i przypadająca na nie liczba mandatów. Większa liczba mandatów oznacza większą szansę dla mniejszych, ale i dobry „parowóz”, czyli otwierający partyjną listę kandydat, może pociągnąć za sobą więcej bliżej nie znanych partyjnych towarzyszy. Także umiejętne wytyczenie granic okręgów może spowodować, że np. mocno prawicowi wyborcy miasteczka X, po połączeniu z mocno lewicowymi Y i Z, będą mieli nadreprezentację lewicowych przedstawicieli.
Jak się to wszystko dobrze urządzi, to spokojnie można się reklamować jako partia popierająca młodych, kobiety, niepełnosprawnych czy hokeistów. Oczywiście należy ich umieścić na listach wyborczych poniżej 6 miejsca, w sześciomandatowym okręgu. Również oczywiście nie dotyczy to hokeisty. Znany sportowiec lub bohater Big Brothera może nam bardzo pomóc.
Znowelizowana ordynacja jest uchwalona przeważnie przy wtórze argumentów wykazujących troskę o państwo i wyborcę. Jedni podkreślają, że preferencje dla dużych gwarantują łatwy do wyłonienia i stabilny rząd. Inni, że rozdrobnione ciało ustawodawcze jest wierniejszym odbiciem poglądów obywateli. Argumenty są dobre, a nawet jeszcze lepsze, bo można się do nich przekonywać zależnie od potrzeb wynikających z przedwyborczych sondaży.

Specjalność sezonu 2002

Trzeba jednak przyznać, że od czasu do czasu zdarza się coś, co nie do końca pasuje do tego obrazka. Tak np. przestała istnieć lista krajowa, czyli miejsca dla partyjnych prominentów, którzy pomimo porażki w bezpośrednim starciu z wyborcami w okręgach i tak dostawali się do parlamentu. W tegorocznych wyborach samorządowych daniem dnia będą bezpośrednie wybory prezydentów miast, wójtów i burmistrzów. Z tym pomysłem do wyborów parlamentarnych poszły PO i SLD. Z tym, że lewica chciała ograniczyć eksperyment do gmin poniżej 20 tys. mieszkańców. Stało się inaczej, bo pomysł kupili również inni. Nic dziwnego: każdy mógł teraz przedstawiać się jako zwolennik przyznania większych praw wyborcom, podczas gdy naprawdę bezpośrednie wybory żadną rewolucją pod tym względem nie są.
Bezpośrednie wybory prezydenta czy burmistrza, przedstawiono wyborcom jako możliwość wyboru nieomal bez uprzedniej partyjnej rekomendacji, czyli opisanych wyżej prawyborów. Obiecano, że za mocnym, bezpośrednim poparciem wyborców pójdą takież uprawnienia. W tej atmosferze, lud gmin i powiatów, coraz gorzej oceniający działalność samorządów i – jak to w chwilach kryzysu – wyczekujący na rządy silnej ręki, zapalił się do wyboru szeryfa. Wtedy okazało się, że nikt z inicjatorów nie przygotował ani projektu zmian ordynacji, ani, co ważniejsze, zmian wielu innych ustaw, koniecznych do tego, by wyborcza nowinka umocniła samorząd, a nie rozsadziła go od wewnątrz.
Na próżno eksperci i twórcy reformy samorządowej prof. Jerzy Regulski i prof. Michał Kulesza apelowali, by najpierw pomyśleć o tym, co będzie konsekwencją takich wyborów. Politycy rzucili się w wir sporów: czy bezpośrednie wybory odbędą się wszędzie, czy tylko w małych gminach. Czy mocny mandat wyborczy to 50 proc. głosów w drugiej turze, czy też wystarczy do tego miana kilkuprocentowa przewaga w pierwszej. A może po prostu drugą turę mogliby radni przeprowadzić między sobą, tak jak teraz, według decyzji partyjnych władz i zawieranych przez nie koalicji? Wszystko to oczywiście przy dźwięku argumentów o prawdziwej lub karykaturalnej demokracji i dbałości o publiczne pieniądze, których tyle pochłonie druga tura.
Tymczasem na prowincji radni zaczęli przygotowywać grunt pod wyborcze starcie. Uchwalano granice okręgów wyborczych i liczbę mandatów. Zaczęto też mnożyć ugrupowania lub toczyć bezpardonową walkę frakcyjną, bo liczba radnych w nowych radach będzie mniejsza. Dla części obecnych polityków braknie więc foteli. Ba, dla niektórych już brakło miejsc na partyjnych listach kandydatów i sekretarz SLD musiał publicznie, w telewizji, grozić nieposłusznym usunięciem z partii. Na prawicy też niepokój, bo byli parlamentarzyści chcą teraz zająć miejsca swoich kolegów w samorządach. Jak tu nawet myśleć o tym, co potem, gdy tu toczy się walka o być albo nie być?

Wybory Forda T

A ja, szary wyborca, przyglądam się temu wszystkiemu z uczuciem „nabicia w butelkę”. Wiem już, ilu w moim mieście jest kandydatów na stanowisko prezydenta. Każdy z nich, nie żaden tam wolny strzelec ani inny szeryf, ale z przyzwoitą partyjną rekomendacją. Z komitetem, zgodnie z ordynacją, zarejestrowanym w połowie okręgów. I wiem, że to dobrze. Dopiero by było, gdyby taki swobodny jeździec, bez politycznego zaplecza w radzie miasta próbował przeforsować swój budżet na przyszły rok. A ta pierwsza próba spełnienia wyborczych obietnic już niedługo, zaraz po wyborach. Ba, projekt obecnego zarządu będzie już nawet gotowy i trzeba szybko nanosić poprawki. 
Wiem też, że jak zagłosuję np. na koalicję A,B i C, to A może pokłócić się z B, a C nieoczekiwanie, w zamian za jakiś profit wesprzeć nowego prezydenta, na którego nie chciałem głosować. Wiem również, że nawet jeśli mój kandydat wygra, to będę musiał patrzeć, jak „przekupuje” C, by przepchnąć przez radę projekt budżetu.
Wiem wreszcie, że kandydaci na radnych gminy, powiatu i województwa będą mi obiecywać, że zbudują drogi, mosty, poprawią szkolnictwo, zapewnią mi bezpieczeństwo, zaopiekują się rodzinami wielodzietnymi i przyciągną obcy kapitał zwalczając jednak hipermarkety. I wiem, że oni powinni wiedzieć, iż tak naprawdę nie wiadomo, co są w stanie mi zaoferować. Nie wiadomo, bo parlamentarne prace nad jednym z najważniejszych dokumentów, czyli nową ustawą o finansach samorządów dopiero trwają. Nie wiadomo np., jaki procent podatku od osób fizycznych i prawnych otrzymają kolejne szczeble samorządu. Nie wiadomo, czy ocaleje jedynie subwencja oświatowa, czy jakaś jeszcze. Ba, nie wiadomo, jak będzie liczona wysokość subwencji oświatowej i czy w nowym roku będzie mniejsza czy też chociaż taka sama. Nie wiadomo, jakiej sumy będzie musiała zrzec się moja bogata gmina na rzecz biedniejszych w ramach redystrybucji samorządowych dochodów. Itd., itp.
Wiem natomiast, że zapoczątkowana przez poprzedni rząd i przez ten sam rząd powstrzymana reforma samorządowa, nie zostanie w najbliższym czasie dokończona. Wiem, że budżet mojego miasta będzie dalej pięciokrotnie wyższy od budżetu mojego samorządu wojewódzkiego, więc o żadnej poważnej polityce regionalnej nie może być mowy. Tym bardziej, że zawarte ponad rok temu tzw. kontrakty regionalne, podpisane przez marszałków wojewódzkich i poprzedni rząd, przez ten sam rząd były w dwa miesiące później renegocjowane jako niemożliwe do wykonania. Że ostatecznie to, co miało być na ich podstawie wykonane w rok, będzie trwało dwa, a co potem zobaczymy. Wiem, że oprócz kosztownej, bo nieproporcjonalnej rozbudowanej w stosunku do jej kompetencji, wojewódzkiej administracji samorządowej, dalej będę utrzymywał równoległą wojewódzką administrację rządową z budżetem czterokrotnie większym od samorządowego.
Wiem, że ugrupowania będące obecnie parlamentarną opozycją chcą wykorzystać te wybory jako pierwszą bitwę w walce o ponowne rządy w kraju. I wiem, że rządząca lewica będzie propagandowo wspierać się w nadchodzących wyborach tak lokalnymi argumentami, jak podwyżki dla nauczycieli, zaostrzenie kodeksu karnego czy też nadchodzące ponoć ożywienie gospodarcze.
Wiem, że mogę za niecałe dwa miesiące wybrać dowolny samochód pod warunkiem, że będzie to Ford, model T, w kolorze czarnym. Jakby tego było mało, wiem, że na skutek działalności ministra zdrowia, będzie to egzemplarz po wypadku.

Autor jest dziennikarzem Radia Kraków.







Samorząd wojewódzki określa strategię i prowadzi politykę rozwoju województwa oraz wykonuje zadania w zakresie: edukacji publicznej (szkoły wyższe), promocji i ochrony zdrowia, kultury, pomocy społecznej, polityki prorodzinnej, modernizacji terenów wiejskich, zagospodarowania przestrzennego, ochrony środowiska, gospodarki wodnej (ochrona przeciwpowodziowa), transportu zbiorowego, kultury fizycznej i turystyki, ochrony praw konsumentów, obronności, bezpieczeństwa publicznego, zwalczania bezrobocia.
Powiat realizuje zadania w zakresie: edukacji publicznej (szkoły średnie), promocji zdrowia, pomocy społecznej i wspierania niepełnosprawnych, polityki prorodzinnej, transportu zbiorowego, budowy i utrzymania dróg powiatowych, kultury, kultury fizycznej i turystyki, geodezji, kartografii, katastru, gospodarki nieruchomościami, administracji architektoniczno-budowlanej, gospodarki wodnej, ochrony środowiska i przyrody, rolnictwa, leśnictwa, rybactwa śródlądowego, porządku publicznego, ochrony przeciwpowodziowej i przeciwpożarowej, zwalczania bezrobocia, ochrony praw konsumenta.
Gmina realizuje zadania w zakresie: ładu przestrzennego, gospodarki terenami i ochrony środowiska, budowy i zarządzania gminnymi drogami, ulicami, mostami, placami oraz organizacji ruchu drogowego, budowy i zarządzania wodociągami, zaopatrzenia w wodę; zarządzania kanalizacją, usuwania i oczyszczania ścieków komunalnych, utrzymania czystości i porządku oraz urządzeń sanitarnych, wysypisk i unieszkodliwiania odpadów komunalnych, zaopatrzenia w energię elektryczną i cieplną oraz gaz, utrzymania lokalnego transportu zbiorowego, ochrony zdrowia, pomocy społecznej, gminnego budownictwa mieszkaniowego; oświaty (szkoły podstawowe, przedszkola); kultury, w tym utrzymania bibliotek gminnych, rozwoju kultury fizycznej, w tym terenów rekreacyjnych i urządzeń sportowych, targowisk i hal targowych, troski o zieleń gminną, zarządzania cmentarzami gminnymi, porządku publicznego i ochrony przeciwpożarowej, utrzymania gminnych obiektów i urządzeń użyteczności publicznej oraz obiektów administracyjnych, zapewnienia kobietom w ciąży opieki socjalnej, medycznej i prawnej.

(Za: Vademecum Rzeczpospolitej, 11 września 2002)







Zmiany w prawie samorządowym odnośnie wójtów, burmistrzów i prezydentów miast polegają głównie na przeniesieniu na nich dotychczasowych kompetencji zarządów jednostek samorządowych. W związku z tym „ilekroć w dotychczasowych przepisach jest mowa o zadaniach i kompetencjach przewodniczącego zarządu gminy (i samego zarządu – przyp. red.), należy przez to rozumieć wójta (burmistrza, prezydenta miasta)”.

Wójt, burmistrz, prezydent jest zatem organem wykonawczym, urzęduje w trybie ciągłym, kieruje bieżącymi sprawami gminy i reprezentuje ją na zewnątrz. Może on powołać w drodze zarządzenia zastępców w liczbie od jednego (w gminie do 20 tys. mieszkańców) do czterech (w gminie powyżej 200 tys. mieszkańców). Jednak za wszystkie decyzje odpowiada bezpośrednio.

Praca wójta, burmistrza, prezydenta kontrolowana jest przez radę gminy, która w tym celu powołuje komisję rewizyjną. Wójt, burmistrz, prezydent przedstawiają radzie do akceptacji budżet gminy i ważne decyzje np. finansowe lub dotyczące zagospodarowania przestrzennego.

Wójta, burmistrza, prezydenta można odwołać poprzez referendum będące skutkiem nieuchwalenia dla niego absolutorium, wniosku rady gminy bądź wniosku mieszkańców gminy.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 38 (2776), 22 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl