„Jeszcze Polska nie zginęła, Wiwat ptaszę lasze, Dobra sprawa górę wzięła, Morskie Oko nasze!”, czyli


Jak hrabia i górale perłę Tatr ocalili

Dariusz Jaworski



Czy polska granica ze Słowacją mogłaby przebiegać dzisiaj przez środek Morskiego Oka? Mogłaby, gdyby równo sto lat temu Galicja – czyli Polacy – przegrała proces z Węgrami, albo dokładniej: z podburzającym Madziarów pewnym pruskim księciem. 


Wiadomość o wyroku dotarła do Lwowa w sobotę, kwadrans po dwudziestej. Zważywszy, że depesza – wysłana z austriackiego Grazu, bo tam odbywał się proces, o godzinie 19.36 – musiała być przetelegrafowana w Wiedniu, była to szybkość zadziwiająca. W Teatrze Miejskim kończył się właśnie trzeci akt „Pierwszej muchy”. Dyrektor Tadeusz Pawlikowski wyczekał, aż aktorzy wejdą za kulisy i wyszedł na scenę. I ogłosił: „Wielmożni Państwo... Zwycięstwo na całej linii! Dzisiaj, 13 września 1902 r., sąd polubowny w Grazu całe terytorium sporne przyznał Galicji. Morskie Oko jest polskie!”.
Na widowni zapanował entuzjazm: klaskano, ściskano się za ręce, wznoszono okrzyki. Jeszcze tego wieczora zasypywana dziesiątkami pytań o rezultat sprawy redakcja lwowskiego „Dziennika Polskiego” wydała nadzwyczajny dodatek, w którym podała tekst depeszy z Grazu. Podobne dodatki drukowały gazety warszawskie, poznańskie i krakowskie. Pod Wawelem kilkunastu chłopców roznosiło je po cukierniach, kawiarniach i restauracjach. Rozpoczęto wznoszenie toastów: „Za zwycięstwo!”. Już nocą w Zakopanem z teatru „Morskie Oko” ruszył spontanicznie uformowany korowód z pochodniami, który szybko przemienił się w wiwatujący i rozśpiewany tłum. Przed zakładem wodoleczniczym dr. Chramca na góralski wózek wdrapał się Alfred Szczepański. „Zbierzmy się jutro na sumę – zaapelował – i odśpiewajmy Te Deum!”. Tymczasem rozentuzjazmowani ludzie zaintonowali ułożony przez Ludwika Solskiego na melodię „Mazurka Dąbrowskiego” czterowiersz: „Jeszcze Polska nie zginęła, / Wiwat ptaszę lasze, / Dobra sprawa górę wzięła, / Morskie Oko nasze!”.

Zakopane za centa

Dochodziła czwarta rano, gdy Władysław wrócił do Kalwarii Zebrzydowskiej i wszedł do pokoju matki. W świetle lampy jego prawie dwumetrowa postać wydawała się jeszcze większą. Na twarzy malowało się zmęczenie, a ciemne oczy płonęły niepokojem. „Matko – odezwał się, przerywając nerwowe chodzenie po pokoju – czyż nie ma w życiu momentów, gdy trzeba umieć popełnić szaleństwo? A jeśli ja je dziś popełnię, czy zechcesz mnie pobłogosławić? Nie mam żony ani dzieci, jeżeli krok ten doprowadzi mnie do ruiny, tylko sam poniosę konsekwencje”.
Jadwiga Zamoyska pobłogosławiła syna, przyrzekając pomoc. Hrabia ruszył do Krakowa. Tam wydał dyspozycję adwokatowi Józefowi Retingerowi: „Jeżeli ani rząd, ani Towarzystwo Ochrony Tatr Polskich, ani żaden z patriotów Polaków Zakopanego nie kupi, masz Pan do licytacji przystąpić i za każdą cenę go nabyć”.
Retinger pojechał do Nowego Sącza, gdzie za kilka godzin miała rozpocząć się licytacja. 
Był 9 maja 1889 r.
„Tłumy zalegają salę. Serca biją niespokojnie. Wśród głębokiej ciszy jeden z urzędników odczytuje nazwiska tych, którzy złożyli wadium. Jest Goldfinger, jest Kolischer, rząd i Towarzystwo. Zamoyskiego nie ma. Stało się!” – relacjonował korespondent warszawskiego „Słowa” K. Dobrzyński, pod którym to pseudonimem ukrył się... Henryk Sienkiewicz. 
Cena wywoławcza wynosiła 400 tys. złotych reńskich. Z licytacji szybko odpadli przedstawiciele galicyjskiego rządu i Towarzystwa Ochrony Tatr Polskich. Na placu boju zostali żydowscy kupcy Henryk Kolischer i Jakub Goldfinger. Ten ostatni, dając 425 tys., już miał usłyszeć trzecie uderzenie młotka, gdy odezwał się Retinger: „Za pozwoleniem! Składam wadium i staję do licytacji!”. Publiczność zamiera. Sienkiewicz relacjonuje: 
„Walka rozpoczyna się na nowo.
– Czterysta dwadzieścia pięć tysięcy! – powtarza urzędnik.
– I centa – dodaje z flegmą Retinger.
Pot pokrywa czoło Goldfingera, ale walczy jak rycerz, który chce drogo sprzedać życie... chciałem powiedzieć: Zakopane. Sam przerażony pragnie przerazić przeciwnika i postępuje po tysiąc reńskich. Rettinger natomiast zachowuje spokój i na domiar wszystkiego igra z przeciwnikiem. Raz postępuje centa, potem rzuca od razu tysiącami guldenów, jakby pieniądze nie miały dla niego znaczenia – to znów ofiaruje centa więcej. Jest chłodny, pewien siebie, powolny. Walka staje się coraz straszliwszą. (...)
Głos zamiera Goldfigerowi, gdy wreszcie wyrzuca z piersi słowa:
– Czterysta pięćdziesiąt pięć tysięcy!
– Czterysta sześćdziesiąt! – mówi nieubłaganie Rettinger.
– Po raz pierwszy!...
Cisza.
– Po raz drugi.
Dłonie Goldfingera podnoszą się nagle ku niebu.
– Jam założył papiernię w Zakopanem – mówi głosem »Kupca weneckiego« z ostatniego aktu. – Jam zaczął eksploatować chłop... chciałem powiedzieć: lasy!... i teraz... teraz... ustępuję!...
– I po raz trzeci! – rozlega się suchy głos urzędnika. Dramat skończony.
Jest tylko jeszcze mały epilog. Oto Rettinger wstaje i mówi: – Licytowałem na własne imię, obecnie oświadczam, że działałem jako pełnomocnik hr. Władysława Zamoyskiego.
Sprawa nie mogła wziąć szczęśliwszego obrotu”.

Kamień u szyi

I rzeczywiście: cieszyli się Polacy z trzech zaborów, że Zakopanego nie kupił ani Żyd, ani Prusak; cieszyli się górale, bo z polskim panem łatwiej się dogadać; cieszył się Sienkiewicz, bo wiedział, że nowy właściciel, człowiek interesujący „o posępnym spojrzeniu i smaglej cerze... trochę dziki i nieżonaty”, zapłacił pretium affectionis (dar miłości), „by ten tak malowniczy i ulubiony szmat gór nie przeszedł w nieodpowiednie ręce”. 
Z tego samego powodu cieszył się i Zamoyski, choć wiedział, że zrobił kiepski interes. Przeprowadzona przed licytacją analiza biznesowa nie dawała złudzeń: majątek obejmujący tereny Bukowiny, Brzegów, Kościeliska i Zakopanego (11 tys. mórg austriackich) był przez poprzednich właścicieli zdewastowany tak, że nie dawał szans na dochód. 
Kwotę 460 002 złr. i 3 centów Zamoyski zapłacił, zastawiając swój majątek kórnicki, a resztę pożyczył od matki. Miesiąc po licytacji Jadwiga Zamoyska zwierzała się w liście do swej siostry Elżbiety Czartoryskiej: „Dobrze, że się uratowało ten polski klejnot; myślę, że z czasem odpłaci się Zakopane za to, co się uczyniło dla ratowania go, ale obecnie jest on tylko wspaniałym kamieniem u szyi i trzeba będzie tęgo i żwawo pod wodą płynąć, ażeby z Zakopanem nie zatonąć. Nadzieja w Bogu, że pozwoli wybrnąć przyzwoicie”. 
Władysław wiedział też, że nie tylko z problemem zdewastowanych lasów będzie się musiał zmagać. Największym kłopotem był spór, który od kilkudziesięciu lat toczył się między Galicją a Węgrami o teren nad Morskim Okiem – z czego dwie trzecie nie należało jednak do Zamoyskiego, tylko do górali Nowobilskich z Białki. Obejmował on obszar 900 mórg austriackich (517 hektarów), zawarty między linią biegnącą ze szczytu Rysów do wypływu potoku toczącego wodę z Czarnego Stawu, dalej tym potokiem do Morskiego Oka i wypływu zeń Potoku Rybiego; Potokiem Rybim do jego ujścia do Białej Wody, a następnie granią Żabiego do Rysów (obecna granica Polski ze Słowacją). 
Zamoyski zdawał sobie sprawę, że staje w centrum tego sporu.

Granica, góry, niepodległość

Początku sporu o Morskie Oko historycy doszukują się na przełomie XVI i XVII w., gdy węgierski magnat Palocsay, chcąc powiększyć swe dobra, próbował zająć część starostwa nowotarskiego, w tym tereny przy Morskim Oku. A że dobra te były polską królewszczyzną, na reakcję nie trzeba było długo czekać – ziemie wróciły do Korony. Zresztą Rzeczpospolita posiadała wówczas większy obszar Tatr, m.in. doliny: Białej Wody, Rówienki i Świstową aż po Polski Grzebień – obecnie wszystkie po stronie słowackiej. 
W 1637 r. Władysław IV nadał Wojciechowi Nowobilskiemu sołectwo białczańskie z prawem użytkowania pastwiska nad Rybim Stawem, jak wówczas nazywano Morskie Oko. Ten przywilej potwierdzali kolejni królowie. 
W 1769 r. Austria wykorzystała trudną, wywołaną konfederacją barską sytuację w Polsce i zajęła starostwo spiskie, a rok później Sądecczyznę i Nowotarszczyznę. Ziemie te zostały przyłączone do Węgier, wchodzących w skład monarchii habsburskiej. Po pierwszym rozbiorze (1772) Austria jednak odebrała je (prócz Spisza) i wcieliła do Galicji. Wtedy też jakimś „cudem” granica wschodnia polskich Tatr – biegnąca dotąd od Graniastej Turni Doliną Rówienek do Polany pod Wysoką i dalej potokiem Biała Woda do ujścia doń Rybiego Potoku – zostaje przesunięta na zachód. „Wolne” tereny zajmują Palocsayowie, a jest to obszar trzykrotnie większy od tego, o który później będzie się toczyć rozprawa w Grazu. 
Palocsayowie nie zadowalają się jednak tym nabytkiem i wkrótce zgłaszają pretensje do terenów nad Morskim Okiem. W 1824 r. właścicielem dóbr zakopiańskich (do których należy i Morskie Oko) zostaje Emanuel Homolacs – kupuje je od austriackiego rządu. W 1858 r. Homolacsowie zrzekają się na rzecz Palocsayów spornego terenu. Madziarowie są przekonani, że teraz granica między Galicją a Węgrami biegnie od Rysów, w połowie przecina Czarny Staw i Morskie Oko, a następnie Rybim Potokiem dochodzi do Białej Wody. 
Galicyjskie władze zachowują się biernie, wszak to spór w łonie jednej monarchii. Są jednak i tacy, którzy zdają sobie sprawę, że utrata tych terenów będzie narodową tragedią. Dlatego walkę o Morskie Oko traktują jako misję. 
Taką postawę przyjmuje istniejące od 1873 r. Towarzystwo Tatrzańskie. „Misja Towarzystwa, czyli uprzystępnienie gór, połączone z ich badaniem i ochroną, miała wtedy przed sobą wizję odbudowy niepodległej Polski – mówi Jerzy M. Roszkowski z Muzeum Tatrzańskiego w Zakopanem. – Góry były postrzegane jako kuźnia »bojowników« o Polskę: tu w kontakcie z dziką i piękną naturą miały kształtować się postawy potrzebne w walce o Niepodległą”.
„Odkryte” przez Tytusa Chałubińskiego Zakopane stawało się wtedy – obok walorów leczniczo-turystycznych – centrum życia intelektualnego i artystycznego dla Polaków z trzech zaborów. Nic dziwnego, że o losy miasteczka i okolic zaczął się niepokoić cały kraj.
Tymczasem Towarzystwo Tatrzańskie wybudowało schronisko nad Morskim Okiem (1874), do którego doprowadziło drogę, utrzymując na Morskim Oku i Czarnym Stawie tratwy dla turystów i znakując farbą szlaki. Towarzystwu udało się też wykupić od górali część terenów nad jeziorem i na tyle nagłośnić problem, że urósł on do rangi ogólnopolskiego: o sprawie zaczęły pisać gazety, wydano kilka broszur, uaktywnili się posłowie sejmu krajowego Galicji, rozpoczęła się ogólnonarodowa zbiórka dokumentów (map, nadań, ksiąg parafialnych), dowodzących, że Morskie Oko od wieków jest polskie.
Spór się zaostrza, gdy w 1879 r. dobra Palocsayów (Jaworzynę, Jurgów, Lendak) kupuje pruski magnat książę Christian Kraft Hohenlohe Oehringen, stając się „spadkobiercą” pretensji o Morskie Oko.

Polowanie na bizony

„Najjaśniejszy Książę Chrystian Kraft Hohenlohe na tem miesci zastrczelił dnia 5ego Septembra 1924 tysiącego capa” – taki napis łamaną polszczyzną jurgowski góral wykuł na granitowej płycie, która do dziś stoi w Hawraniowej Dolinie. Kupując dobra Palocsayów, książę szukał terenów do polowań. Stworzył imponujący zwierzyniec, w którym hodował nie tylko kozice, sarny, rysie i niedźwiedzie, ale również sprowadzane z Siedmiogrodu i Ameryki jelenie, z Alp i Kaukazu – żubry i koziorożce, oraz... amerykańskie bizony. 
Polowania u Hohenlohego sławne były na całą Europę. Do dworku w Jaworzynie Spiskiej zjeżdżały koronowane głowy. Książę nie lubił, jak po jego terenach szwendali się turyści. Jegrzy – ubrana w tyrolskie stroje służba – przepędzała też pasących owce górali. 
Hohenlohe od początku traktował Morskie Oko jako swoją własność. Jegrzy zajmowali wypasane przez górali bydło, odstraszali turystów, zaś przedstawiciele księcia składali skargi do węgierskich sądów: na Nowobilskich, że wypasają na jego halach, na właścicieli dóbr zakopiańskich, że ścinają jego smreki. Sądy stawały po stronie księcia, dzięki czemu Hohenlohemu udawało się piec dwie pieczenie na jednym ogniu: utwierdzał siebie i węgierską opinię publiczną w przekonaniu, że sporny teren to jego własność, i jednocześnie dawał Węgrom argument w walce o przebieg granicy z Galicją: jeśli sądy węgierskie rozstrzygają konflikty nad Morskim Okiem, jest to przecież dowód, że teren podlega ich jurysdykcji.
Innego zdania byli Polacy i sprawy przeciw Hohenlohemu kierowali do sądów galicyjskich. W Wiedniu większą siłę przebicia mieli jednak Węgrzy i książę. Wtedy na scenę wkroczył polski hrabia i górale, a historia sporu weszła w fazę zbójecko-sądową.

Belki na modrych falach

Turyści, którzy rankiem 1 lipca 1890 r. wyszli ze schroniska w kierunku Rysów, byli zdziwieni: nad Czarnym Stawem nie było tablicy z napisem „Państwo Zakopane”. A przecież stała tam od roku – czyli od chwili, gdy właścicielem terenu został drogą licytacji hrabia Zamoyski. Ktoś o świcie widział tam jegrów Hohenlohego... Niedługo potem leśniczy dóbr zakopiańskich Adolf Obst dostał od swoich ludzi wiadomość: w lesie Żabie chłopi jaworzyńscy wypasają bydło, pilnują ich jegrzy. Nazajutrz przy wypływie Rybiego Potoku z Morskiego Oka stanął pierwszy słup graniczny z napisami w języku węgierskim, następne wkopano wzdłuż potoku aż do Białki. Obst powiadomił Zamoyskiego. Następnego dnia na Żabiem pasło się już bydło górali z Białki. Pilnowała ich straż hrabiego. Wkrótce też znikły słupy.
Kilka dni później pod siekierami jaworzyńskich ludzi zaczęły w Żabiem padać smreki. Potem ściągnięto je na wschodni brzeg Morskiego Oka, gdzie cieśle zaczęli budować strażniczy domek. 
Obst zabrał ze sobą leśnego Jędrzeja Dziadonia z Łysej Polany (który „rozum miał, ale w domu, w głowie swojej baby”) i jeszcze dwóch górali. Świt był rześki, w żlebach leżał jeszcze śnieg. Szybko dotarli do niedokończonego domku. „Symek, a wes ty, co się haw święci? – zwrócił się Dziadoń do jednego z cieśli. – Dyć hań w kosówce lezom Zakopiany, jest ich półdruga sto [150 ludzi], jak nie uciekniecie, za chwilę wasych kości ani diabli nie porachujom”. 
Przerażeni cieśle po chwili biegli już w kierunku Jaworzyny. Jegrzy po kilku „mocnych argumentach” ruszyli ich śladem. „Tego nasi ludzie czekali – pisał w pamiętniku Władysław Bieńkowski, od 1892 r. leśniczy w dobrach Zamoyskiego. – Nie rozkoszowali się długo architekturą nowej budowli, ale zaraz przygotowane piły puścili w ruch, a w niespełna godzinę pływały przepołowione belki niedoszłego schroniska po modrych falach Morskiego Oka”.
Górale wiedzieli, że Zamoyski jest po ich stronie. Hrabia przez swych przedstawicieli inspirował i kontrolował prawie każdą „akcję” nad Morskim Okiem. Stanisław Barabasz napisał: „Leśnym wolno było strzelać sarny i jelenie, górale kłusowali za kozicami, w czym im nie przeszkadzano. Chodziło bowiem o to, aby sąd powiatowy w Nowym Targu ukarał ich za kłusownictwo i przez to wykazał, że sporne terytorium należy do jego jurysdykcji. Podsądni otrzymywali niewielką stosunkowo karę oraz sute wynagrodzenie od zarządu dóbr”.
Późną wiosną 1891 r. chłopi jaworzyńscy dokończyli jednak budowę: powstał stały posterunek żandarmerii, a obok na maszcie powiewała węgierska flaga. Pewnego dnia, a był to początek jesieni, żandarmi zostali zaproszeni na wesele do wsi Białka. Gazda po królewsku ugościł bratanków, więc ich wizyta przeciągnęła się do nocy. „A noc była piękna, księżyc cudnie świecił nad Mnichem i widocznie zbyt dogrzewał, bo schronisko zapaliło się i zgorzało doszczętnie (...). Po latach przyznawali się do tego i Bury, i Dziadoń” – zanotował Barabasz.

Jak hrabia usiadł na kapeluszu

Nie był to koniec sporu. W czerwcu 1893 ludzie Hohenlohego ustawili szałas dla żandarmów. Legalne protesty Zamoyskiego na niewiele się zdały – urzędnicy nie kwapili się, by rozwiązać ten problem. Hrabia wezwał więc do siebie leśniczego Bieńkowskiego – i dziesięciu chłopów ruszyło nocą z Łysej Polany. Bieńkowski wiedział, że węgierscy żandarmi poszli „w gościnę”. Nad ranem zaatakowali. „Niech będzie pochwalony!” – zawołał Wojtek Nędza wpadając do szałasu. Po szarpaninie dwóm leśnym zabrano broń. Nie minęło 20 minut, a szałas zamienił się w kupę porąbanego drewna.
Węgrzy zareagowali natychmiast: przeciw napastnikom skierowali akty oskarżenia. Ci jednak byli bezpieczni, dopóki przebywali na terenie Galicji. Dziadoń przestróg jednak nie posłuchał, trzy tygodnie po zburzeniu szałasu poszedł na jarmark do Kieżmarku po madziarskiej stronie – i wpadł w ręce żandarmów. Ci zamknęli go w „kozie” w spiskiej Starej Wsi. 
Dziadoń do niczego się nie przyznawał. Nie był tak tępy, jak sądzili ziomkowie, skoro pomagając sobie gorzałką i tytoniem potrafił od jednego ze strażników wyciągnąć informację, że ma być prowadzony do Lewoczy, gdzie będzie sądzony za gwałt publiczny. Nazajutrz, gdy konwój dotarł na Katową Polanę, Dziadoń nagle odepchnął jednego z dwóch konwojujących go żandarmów i skoczył z wysokiej skarpy. Rwał do lasu jak zając, mimo skutych rąk. Kierpce ślizgały mu się po kamieniach. Żandarmi strzelali i próbowali go gonić, ale zrezygnowali. Między dwoma olszynami Dziadoń ukręcił łańcuch i ruszył górami do domu. Dotarł tam głodny i wyczerpany. Dwa dni później na polecenie Zamoyskiego zabrał go do Kuźnic Bieńkowski – aby tam zażył wywczasów.
Tymczasem z inspiracji Zamoyskiego zebrano ok. 34 tys. podpisów po adresem do Koła Polskiego w Wiedniu: w dokumencie tym Polacy z trzech zaborów i zza granicy domagali się „podjęcia energicznych kroków dla sprawiedliwego i skutecznego zakończenia sporu o Morskie Oko”. 23 maja 1893 r. deputację Sejmu galicyjskiego przyjął cesarz Franciszek Józef, obiecując, że sprawa zostanie rozstrzygnięta przez sąd rozjemczy. 
W sierpniu 1894 z polecenia Hohenlohego na spornym terytorium znowu zbudowano koszary dla węgierskich żandarmów. W wigilię Bożego Narodzenia budynek spłonął. Sprawców nie wykryto. W przechowywanym w Bibliotece Kórnickiej maszynopisie Helena Gawrońska pisała: „Rzecz dziwna (...), że w badaniach naszych przeprowadzonych na Podhalu (...) trafiliśmy na mur milczenia, gdy o jeden dany pożar nad Morskim Okiem chodziło. Zaś osoba bliska Zamoyskiemu wspomniała nam o blaszance nafty, którą dnia jednego pomogła Zamoyskiemu na plecy załadować, gdy szedł do Morskiego Oka. »Do lamp w schronisku Staszica« – usłyszeliśmy po chwili komentarz”. Podczas obrad sądu w Grazu hrabia – pytany, kto schronisko spalił – odrzekł: „Górale mówią, że słoneczko przygrzało”.
Rok później Hohenlohe ogrodził część swoich lasów w Dolinie Białej Wody płotem, który potem przeciągnął 800 metrów w głąb Żabiego na polską stronę. Wkrótce płotu już nie było. 
Kierowanie wojną partyzancką o Morskie Oko to jeden przejaw aktywności Zamoyskiego. Drugi to interesowanie się wszystkimi procesami, które toczyły się w spornej sprawie na terenie Galicji i Węgier: hrabia sam podsuwał adwokatom materiały i dowody, poszukiwał świadków i pokrywał koszty. Jego stosunek do sprawy ilustruje anegdota, opowiedziana przez Barabasza: „Jeden z kolejnych austriackich rzeczoznawców powiedział do hrabiego z niesmakiem po obejrzeniu akt sprawy: Dla tych kilku nieużytków robić tyle hałasu... Zamoyski wyjął mu z rąk kapelusz i z zimną krwią usiadł na nim. Ekspert krzyknął, żałując tak bezceremonialnie potraktowanego nakrycia głowy. Wówczas hrabia wyjaśnił: Pan krzyczy o kapelusz wartości kilku koron, a Polska nie ma krzyczeć o najpiękniejszy zakątek swej ziemi”.

Samowola „krzyżaka”

Wreszcie decyzja zapadła: 25 stycznia 1897 r. Franciszek Józef, jako cesarz Austrii i król Węgier, podpisał dwie równobrzmiące ustawy obu parlamentów, które powierzały rozstrzygnięcie sporu międzynarodowemu sądowi rozjemczemu. Rządy każdej ze stron (Austrii i Węgier) miały powołać po jednym arbitrze, a ci mieli wybrać superarbitra spoza monarchii. Taki sąd wydałby ostateczne orzeczenie, od którego nie byłoby odwołania.
W tym czasie Polacy nasilili propagandę: ukazywały się artykuły i broszury, organizowano odczyty, podpisywano petycje. Próbowano też odwoływać się do odwiecznej przyjaźni polsko-węgierskiej. W 1901 r. Zamoyski pisał: „Węgry nie miały i nie mają zamiaru popełnić rabunku na bezbronnym narodzie polskim; jest to jedynie wynik samowoli krzyżaka, odwiecznego wroga Polski, ale nigdy nie Węgrów”. 
Arbitrem ze strony Austrii, a więc Galicji, został prezydent Wyższego Sądu Krajowego we Lwowie Aleksander Mniszek Tchórzewski. W charakterze referenta dano mu lwowskiego prokuratora skarbu Wiktora Korna, a bronić interesów Galicji miał profesor historii prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza Oswald Balzer. Węgierskim arbitrem został prezydent królewskiej kurii w Preszburgu Koloman Lehoczky. 
Zaś w roli superarbitra miał wystąpić prezydent trybunału związkowego w Lozannie, Jan Winkler. Za miejsce posiedzenia obrano Graz.
Tymczasem na przełomie czerwca i lipca 1901 książę znowu zaatakował: nad Morskim Okiem chłopi jaworzyńscy zaczęli budować kolejne koszary dla węgierskich żandarmów. Galicja protestowała w Wiedniu, ale prace kontynuowano... 
Był początek lipca. Mimo gorąca cieśle energicznie machali siekierami. Nagle rozległ się huk strzału, a kula roztrzaskała jedną z desek. Jegrzy i cieśle zamarli. Nim spotęgowany echem huk przebrzmiał, padł kolejny strzał, a z nim padli przerażeni cieśle – na ziemię. Ukryty w kosówce na stoku Miedzianego strzelec ponownie wymierzył. W lunecie dalekosiężnego karabinu pojawiła się belka budowanej szopy – pociągnął za cyngiel. Cieśle uciekli. 
O wydarzeniu tym tajemniczo wypowiedział się Zamoyski: „Coś tam takiego zaszło, że się cieśle i robotnicy wynieśli i za żadną cenę dalej robić nie chcieli. Zostali sami żandarmi, którzy muszą siedzieć, gdzie im każą, choćby tam i parno było”.
Hrabia jednak wiedział, „co zaszło”. Przecież sam wyposażył pełnego temperamentu praktykanta leśnego, Słowaka Aurelego Blhę (zwanego Blachą) w karabin z lunetą. I Blha strzelał.
Żandarmi sami dokończyli budowę, choć niedługo się cieszyli: szopa spaliła się jeszcze przed zimą.

Jeden gada, drugi wącha

Druga połowa sierpnia 1902. W Zakopanem pełno gości i atrakcji: koncertów, zabaw, wystaw, odczytów. „Przegląd Zakopiański” donosi, że „trzech turystów zrobiło ładną wycieczkę na Kozi”, w Strzałkowie zmarł Henryk Siemiradzki, w „klimatyce jest 12 znalezionych portmonetek z pieniędzmi”, droga jezdna do Morskiego Oka wnet zostanie skończona, a w tamtejszym schronisku w przyszłym roku będzie założony telefon. Do Jaworzyny na polowanie na kozice przyjechał pruski cesarz Wilhelm. Cieszy się więc książę Hohenlohe, o czym donosi krakowski „Czas”.
Tymczasem oczy całej Polski kierują się na spokojny, cichy Graz, stolicę malowniczej Styrii. 21 sierpnia, w czwartek, rozpoczynają się tam obrady sądu rozjemczego. Toczącą się po niemiecku rozprawę obsługują dziennikarze 14 (sic!) polskich gazet. Na sali zasiadają przedstawiciele Towarzystwa Tatrzańskiego i innych organizacji. Są też osoby prywatne, wśród nich Zamoyski. 
Jako pierwsi, zgodnie z wynikiem losowania, głos zabierają Węgrzy. „Ogólnego wrażenia argumentacji węgierskiej żadną miarą za triumf Madziarów uważać nie można” – relacjonuje Władysław Rabski, korespondent „Kuriera Warszawskiego”. Potem przez cztery dni przemawia arbiter Galicji. Jest logiczny, rzeczowy i powołuje się na materiały dowodowe: historyczne, prawnicze, topograficzne, hydrologiczne, geologiczne. Superarbiter Winkler początkowo niewiele rozumie z zagmatwanych stosunków austriacko-prusko-węgiersko-polskich. Potem znowu krótkie wystąpienie Węgra i na scenę wkracza prof. Balzer. Był świetnie przygotowany, a erudycją przytłaczał słuchaczy. Zofia Nowak tak charakteryzuje metodę jego wywodów: „Obrał drogę dowodu negatywnego, tj. zbijał argumenty węgierskie, przytoczone dokumenty poddawał szczegółowej i bystrej krytyce, rozpatrywał najdrobniejsze wątpliwości, roztrząsał je wszechstronnie i wykazywał, że nie stanowią one dowodu na korzyść Węgier, a nawet niejednokrotnie popierają tezę polską”. A ona była jasna: granica Galicji z Węgrami nie biegnie od Rysów przez środek Czarnego Stawu i Morskiego Oka do ujścia Rybiego Potoku do Białki, tylko od Rysów przez Żabie do tegoż ujścia. 
Czterodniowe wystąpienie Balzera poraziło słuchaczy. „Lehoczky [arbiter węgierski] wącha sole angielskie” – relacjonował Rabski. 
Superarbiter zarządził wizję lokalną.

Hrabia na stole, chłop na podłodze

Pociąg wtoczył się na zakopiański dworzec w środę wczesnym popołudniem. Z salonki wysiedli członkowie trybunału. Powitano ich uroczyście i ulokowano w dwóch willach: „Skoczyska” i „Koliba”. Wieczorem hrabia Tadeusz Dzieduszycki wydał na ich cześć bankiet. Nazajutrz (4 września), w słonecznej pogodzie, trybunał wyruszył do Morskiego Oka. Drogę pod schronisko ukończono dzień wcześniej. Nad jeziorem czekały tłumy Polaków. Na maszcie przed schroniskiem powiewała narodowa flaga. Winkler był pod wrażeniem. Obserwacje poczynione przy ujściu Rybiego Potoku do Białki oraz na stokach Opalonego zdawały się potwierdzać galicyjskie argumenty. Wieczorem przy dźwiękach czardasza wszyscy zasiedli do suto zakrapianej polskimi i węgierskimi trunkami kolacji. 
Schronisko pękało w szwach. Stanisław Barabasz notował: „Wszystkie izby w schronisku, nawet strychy były zajęte, że nie było gdzie spać. Hr. Zamoyski, znany ze swej spartańskiej prostoty, przyzwyczajony do niewygód, położył się na stole. Będący z nim poeta Kasprowicz zabierał się także do spoczynku. – A gdzie pan będzie spał? – pyta Zamoyski. – Może polski hrabia spać na stole, to może polski chłop na podłodze – odparł Kasprowicz i ułożył się do spania”. 
Wczesnym rankiem Zamoyski pływał w jeziorze. Po wyjściu z wody natknął się na prof. Fridolina Beckera, który jako niezależny ekspert miał wydać opinię topograficzną. Becker poczekał, aż hrabia się ubierze i razem poszli na „oględziny”. A kto lepiej znał sprawę, jak nie Zamoyski? Wrócili o wpół do ósmej – ekspert już wiedział, że węgierskie argumenty wyssane są z palca. Po południu komisja ruszyła w drogę do Grazu, a węgierscy żandarmi po raz kolejny zburzyli kładkę nad Rybim Potokiem.

Zwycięstwo na miarę Wiednia

W schronisku nad Morskim Okiem ponad stu turystów powoli przygotowuje się do snu. W Grazu pod salą posiedzeń trybunału dziennikarze i publiczność przechodzą tortury oczekiwania i niepewności. Wreszcie drzwi się otwierają, a rozpromieniony Tchórznicki woła: „Zwyciężyliśmy, panowie!”.
13 września 1902 r. Galicji przyznano niemal całe sporne terytorium, z wyjątkiem małego kawałka lasu. Granica z Węgrami biegnie więc od Rysów, przez Żabie do ujścia Rybiego Potoku do Białki i potem dalej Białką w dół. Takie rozstrzygnięcie polscy politycy, publicyści i artyści porównywali wówczas z Wiktorią Wiedeńską, choć sukces nie był militarnym zwycięstwem. Chodziło o 500 hektarów „kamieni, wody i kilku drzew”, o wewnętrzną, a więc na pozór mniej ważną granicę habsburskiej monarchii. 
Dlaczego więc wyrokowi towarzyszyła taka euforia? Może dlatego, że – jak pisał Wacław Polakiewicz – każdemu narodowi, jak każdemu żywemu organizmowi, do życia potrzebny jest sukces i radość z niego, szczególnie po doświadczeniach 1863 roku. A może dlatego, że był to czas fin de sičcle, czas pogoni za nastrojami, dekadentyzmu, futurystycznych wizji i niepodległościowych nadziei. Może też dlatego, że Tatry urosły do symbolu „polskiego Piemontu”: tu śpią rycerze, którzy się zbudzą i wyzwolą naród. Może wreszcie dlatego, że Graz to przejaw triumfu sprawiedliwości i zastrzyk moralnych sił, które zrodzą prawdę, a po niej przyjdą bezinteresowność i powszechna miłość... 
Nie przyszły, ale z perspektywy stu lat widać, że walka o Morskie Oko była znakiem czasu, pierwszym znakiem. Po nim przyszły inne, a 16 lat później „skończyło” to się niepodległością.
A gdyby Węgrzy wygrali? Czy obecna granica Polski ze Słowacją przecinałaby na pół Morskie Oko? Większość historyków twierdzi, że tak, a w ustaleniu innego przebiegu granicy nie pomógłby nam ani Wersal, ani Jałta.
Po zakończeniu I wojny światowej, jeszcze przed konferencją w Wersalu, książę Hohenlohe poufnymi kanałami dyplomatycznymi proponował polskiemu rządowi sprzedaż swoich dóbr jaworzyńsko-lendackich. Warszawa jednak uznała, że nie ma pieniędzy na tę „kupę kamieni”. Kilka lat później kupił ją rząd czechosłowacki.

Autor jest dziennikarzem „Gazety Wyborczej”. 

Przy pisaniu tekstu korzystałem z materiałów zgromadzonych w Bibliotece Kórnickiej i Muzeum Tatrzańskim w Zakopanem. Za pomoc szczególnie dziękuję dr Marii Łuczak i dr. Jerzemu M. Roszkowskiemu. Fotografie pochodzą ze zbiorów Muzeum Tatrzańskiego w Zakopanem.








Władysław hrabia Zamoyski (1853–1924)

Urodził się w Paryżu, z ojca Władysława Zamoyskiego i matki Jadwigi z Działyńskich. W armii francuskiej dosłużył się stopnia porucznika. Podróżował po Australii, Tasmanii, Nowej Kaledonii i USA, w czasie tych wypraw zbierając kilka skrzyń eksponatów, które potem trafiły do Kórnika. W 1880 r. odziedziczył po wuju Janie Działyńskim majątki kórnickie. W 1885 r. wskutek tzw. rugów opuścił zabór pruski i zamieszkał za granicą. 
Wokół Zamoyskiego jeszcze za życia narosła legenda. Jedni widzieli w nim religijnego, pełnego ascetyzmu patriotę; inni ekscentrycznego hrabiego, antysemitę i cwanego kutwę. Po batalii o Morskie Oko, I wojnę światową spędził we Francji. W 1919 r. współpracował z przybyłą do Wersalu polską delegacją. Rok później wrócił do Polski, do Kórnika. W 1924 r. wszystkie dobra, w tym majątki kórnickie, unikatowe zbiory miejscowej Biblioteki i posiadłości w Tatrach przekazał narodowi. Dysponentem majątku stała się utworzona rok później fundacja Zakłady Kórnickie, zlikwidowana po wojnie. W roku ubiegłym, mocą ustawy sejmowej, została restytuowana.
Stefan Żeromski tak go charakteryzował: „Zamoyski nie był abnegatem, kutwą, sobkiem, samoiśccem, samolubem, sknerą, groszorobem, wyrzeczeńcem, zakonnikiem. Odzienie jego było czyste, normalne – sposób życia jego był naturalnym, przeciętny można by rzec, proletariacki, że oszczędzał tego płomyczka zapałki i strzegł zagubionego gwoździa z podkowy nie dla siebie wcale, lecz dla skarbu Polski”.

DJ

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 38 (2776), 22 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl