Votum separatum

Słowa chciane i niechciane

JÓZEFA HENNELOWA



Wśród reklam bombardujących nas nieustannie z ekranów telewizorów szczególną siłę przekonania zdają się w intencji ich twórców zawierać te, które zapewniają, iż w ofercie otrzymamy dodatkowe więzi z bliźnimi. Jeszcze więcej darmowych minut na rozmowy telefoniczne. Jeszcze więcej darmowych komunikatów przesyłanych do najbliższych sobie. Jeszcze bliżej od człowieka do człowieka – przekonują nas. Wydawałoby się – nic, tylko się cieszyć. Samotność kolejnych bohaterów na małych ekranach przerywa dźwięk telefonu albo ekran komórki, który powoduje, że twarze się rozpromieniają, samotność znika, kontakt uszczęśliwia kolejny raz. Telefonie obiecują świat wspólnot, więzi międzyludzkich, utrwalanych przyjaźni. Tylko nabywać, zamawiać, korzystać. Dopiero potem przychodzi pytanie, co właściwie mamy sobie do powiedzenia, po co mielibyśmy do siebie dzwonić, czym mianowicie się dzielić. I czy na pewno im więcej i częściej, tym bliżej jednym do drugich, tym trwalsze porozumienie. Zwłaszcza że rozmowy telefoniczne mają do siebie to, iż nie można w ich trakcie pomilczeć wspólnie, co przecież w kontaktach z najbliższymi, tych prawdziwych, jest nie tylko potrzebne, ale nieraz po prostu niezbędne.
Jedna z amerykańskich firm badawczych przewiduje, że w ciągu trzech najbliższych lat olbrzymia już teraz liczba listów elektronicznych wzrośnie do niewyobrażalnej wręcz liczby przeszło 37 miliardów dziennie. Wzrastać też będzie ilość śmiecia: ofert, komunikatów i zaproszeń nikomu niepotrzebnych, niechcianych, nie potwierdzanych, która w ogólnej sumie odezwań się do siebie przekroczy jedna trzecią. Będzie to więc gigantyczny ciężar kontaktów pozornych, skłamana komunikacja między ludźmi. Proces, który ma wciąż charakter wstępujący...
Zagęszczanie się słownych przekazów ponad wszelką możliwość ich odbierania i spożytkowania obserwujemy nieustannie, szczególnie dotkliwie wtedy, gdy chodzi o sprawy rzeczywiście ważne i najważniejsze, ale którym towarzyszy nadmiar słów coraz bardziej uciążliwy. Polskie media wszechstronnie odniosły się do obchodów pierwszej rocznicy 11 września: przekazały wszystko, co było do przekazania i wiele ponadto. Najdziwniejsza była uwaga, jaką poświęciły sobie samym. Telewizja na przykład wielokrotnie podkreśliła, że przed rokiem jako pierwsza przerwała program ramówki, by relacjonować tragedię w Nowym Jorku. Tylko co z tego? Któraś gazeta z kolei opisała dokładnie, z jakim przejęciem redagowano numer poświęcony pierwszym relacjom o zamachu. Tak jakby to było naprawdę ważne. Ale fakt: kiedy dzieje się coś, o czym chciałoby się przede wszystkim – a przynajmniej także – pomilczeć, media są bezsilne. Ich zadaniem jest przecież mnożenie przekazów, nie ich redukcja.
Dlatego raz jeszcze warto wrócić do szczególnych wydarzeń medialnych podczas ostatniej pielgrzymki Papieża, jakimi były milczące, bezkomentarzowe transmisje z papieskiej modlitwy w katedrze na Wawelu i w Kalwarii Zebrzydowskiej. Działo się wtedy coś jakby przeciwnego specyfice mediów, bo komentatorzy umilkli, a kamery prawie znieruchomiały. Wszyscy tylko towarzyszyli modlitwie Jana Pawła II. I właśnie te milczące, bierne media spełniły wtedy swoją rolę w sposób najcenniejszy i najbardziej potrzebny. Dzięki nim otrzymaliśmy wszystko, co powinniśmy byli otrzymać. Może kiedyś taka milcząca funkcja stanie się częstszym zjawiskiem, nową jakością w tej prawdziwej komunikacji między ludźmi, bez której nie będziemy mogli być prawdziwą wspólnotą?








 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 38 (2776), 22 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl