Władze Rosji wydaliły kolejnych księży katolickich


Nie możemy się obrazić

Z o. Aleksandrem Hauke-Ligowskim OP rozmawia Jan Strzałka



JAN STRZAŁKA: – Kiedy Ojciec po raz pierwszy pojechał do Rosji? 
O. ALEKSANDER HAUKE-LIGOWSKI: – Podróżowałem tam wielokrotnie od schyłku lat sześćdziesiątych. Wyjazdy te miały charakter misyjny, były w pewnym sensie nielegalne, udawałem bowiem cywila, potajemnie spotykałem się z wierzącymi. Przekazywano mnie „z ręki do ręki”, dzięki czemu nigdy nie udało się mnie zdekonspirować. Bywając w ZSRR nigdy nie czułem wobec siebie wrogości, być może z tej racji, że obracałem się wyłącznie wśród katolików lub ludzi życzliwych i zainteresowanych naszym Kościołem. Spotykałem się z prawosławną inteligencją skupioną wokół o. Mienia lub z niewierzącymi, lecz poszukującymi kontaktów z Zachodem. 
Niekiedy bywałem przypadkowym świadkiem nieszkodliwej niechęci wobec katolickich duchownych. Pewnego razu wraz z przyjacielem, podziemnym księdzem pochodzącym notabene z rodziny żydowskiej, spacerowałem w ogrodzie leningradzkiej cerkwi Nikolskiej. Kilka dni wcześniej w owej cerkwi kardynał Willebrands modlił się wspólnie z metropolitą Nikodemem, człowiekiem niezwykle otwartym wobec Zachodu i katolicyzmu. Spacerując usłyszałem, jak starsze kobieciny żaliły się, że wspólna modlitwa hierarchów „skatolicyzowała” prawosławną świątynię i nie będą miały gdzie się modlić... 
Nie sądziłem jednak, że w przyszłości takie postawy zatriumfują w Cerkwi. Miałem nadzieję, że Cerkiew w demokratycznej Rosji nawiąże do dziedzictwa Sołowjowa i innych znakomitych myślicieli z początku zeszłego wieku, którzy zapoczątkowali autentyczne odrodzenie prawosławia. Ci z nich, którzy wygnani z Rosji przez Lenina, znaleźli się na Zachodzie, rozwijając dalej swoją teologię i filozofię odegrali znaczącą rolę także w rozwoju myśli zachodniej, protestanckiej i katolickiej. Byli też wybitnymi współtwórcami rodzącego się wtedy ruchu ekumenicznego. Jednak moje nadzieje się nie spełniły. Dziś dzieła owych teologów usuwane są z bibliotek rosyjskich seminariów prawosławnych, a nawet palone na stosie... 
Czy Ojciec czuje się zaskoczony wydaleniem z Rosji kolejnych kapłanów katolickich, dwóch z Polski oraz jednego ze Słowacji? 






bp Jerzy Mazur




– Nie czuję się zaskoczony, niedawno przecież wydalono z Rosji biskupa Jerzego Mazura oraz włoskiego księdza Stefano Caprio, których znam osobiście i wysoko cenię. Ostatnie zdarzenia potwierdzają moje obawy, że sprawa biskupa Mazura oraz ks. Caprio nie są przypadkowym działaniem wymierzonym w Kościół katolicki. To raczej początek metodycznej z nim walki. Sądzę, że prześladowania Kościoła w Rosji będą mieć swój ciąg dalszy. Rzecz jasna, dzisiejszych represji nie można porównywać ze stalinowskimi, lecz niewątpliwie jesteśmy świadkami nietolerancji, żywcem jakby przeniesionej z carskiej Rosji. 
Wizy rosyjskiej odmówiono ostatnio także Dalajlamie, ale wydaje się, że buddystów nie otacza w Rosji taka niechęć jak katolików... 
– Tradycje antykatolickie w Rosji są stare i mają nie tylko wyznaniowe, ale i narodowe korzenie. Ci, którzy je ożywiają, mają nadzieję zbudować na nich „rząd dusz”. To, co dziś obserwujemy, ma swój wymiar i polityczny, i religijny. Jeśli rozpatrujemy sprawę wydalenia księży na płaszczyźnie politycznej, to bez wątpienia jest to sygnał jednoznaczny: pod znakiem zapytania staje deklarowany przez Putina proces demokratyzacji Rosji i jej wchodzenia w społeczność międzynarodową. Afera z księżmi prowokuje pytanie: czy Putin jest tak słaby, że nie panuje nad sytuacją wewnętrzną, może ktoś za niego uprawia politykę wewnętrzną, wbrew jego intencjom? Wszak deklarowanym celem jego polityki zagranicznej jest zacieśnianie więzi ze światem demokratycznym, a tymczasem deportacje księży to nie jedyne sygnały świadczące, że Rosja nie zbliża się do standardów zachodnich. A może polityka prezydenta nosi znamiona schizofrenii? A to byłoby znacznie niebezpieczniejsze niż jej słabość. Europa i reszta świata nie powinna ignorować sprawy księży katolickich, świat zachodni winien się zastanowić, czy demokratyczne deklaracje władz Rosji są szczere, czy rację mają zachodni marzyciele wierzący, że kraj ten otwiera się na wartości demokratyczne. Nie chcę jednak zatrzymywać się nad politycznym aspektem wydarzeń.
By zrozumieć, dlaczego Kościół katolicki jest szykanowany, zastanówmy się, jaka jest dziś rosyjska Cerkiew. Jej oblicze powinno niepokoić wszystkich chrześcijan, a szczególnie prawosławnych. Cerkiew próbuje się odrodzić w oparciu o najgorsze tradycje czarnosecinne. Tradycje te charakteryzuje ksenofobia, nietolerancja, nacjonalizm i przekonanie o wrażych antyprawosławnych i antyrosyjskich żydowsko-masońskich spiskach, a dobrze streszcza stare hasło Czarnej Sotni: „bij Żidow, spasaj Rassieju!” Wśród ludu prawosławnego, który stanowi obecnie niestety malejący procent społeczeństwa, łatwo było rozbudzić takie nastroje, a i wśród nie związanych z wiarą znalazły one odzew. 
Ze smutkiem patrzę, jak wspaniałą okazję zaprzepaszcza Cerkiew, rezygnując z szansy odrodzenia w oparciu o autentyczne wartości chrześcijańskie. Co gorsza, w Cerkwi nie istnieje przeciwwaga dla szowinizmu. Podobne nastroje nie są obce także polskiemu Kościołowi, ale u nas jest to tylko margines, choć nieraz dobrze nagłaśniany. W Cerkwi nie ma zaś alternatywy dla nietolerancji. Kiedyś stanowił ją o. Aleksander Mień i jego uczniowie, lecz grupa ta została skutecznie zmarginalizowana, praktycznie unicestwiona. 
Rosyjski Kościół Prawosławny, świadomie czy nieświadomie, czuje, że nie ma zbyt wiele do ofiarowania społeczeństwu, a jest to postawa małoduszna – bo mógłby ofiarować mu skarby. Prawosławie nie jest przecież duchowo ubogie, ubodzy są jego wyznawcy, poddani duchowej eksterminacji trwającej przez pokolenia. Rezygnując z autentycznego duchowego odrodzenia i nawiązując do tych w istocie niechrześcijańskich tradycji – Cerkiew ich nie leczy, ale zatruwa. Zauważmy jeszcze jedną prawidłowość: szykanuje się księży najbardziej aktywnych i ofiarnych w odbudowie Kościoła katolickiego w Rosji – odnawiają stare świątynie, budują nowe, wykładają na uniwersytetach, organizują życie intelektualne, gromadzą wokół siebie żywe społeczności religijne. Odnoszą sukcesy w materialnej odbudowie Kościoła, ale przede wszystkim służą moralnemu i duchowemu odrodzeniu społeczeństwa. Tak właśnie jak biskup Mazur czy ks. Caprio. Im lepiej służą człowiekowi i Kościołowi, tym dla nich gorzej. Cerkiew nie toleruje takich katolików, bo sądzi, moim zdaniem najzupełniej błędnie, że nie może z nimi konkurować. 
Kiedy deportowano bpa Mazura, radio Echo Moskwy przeprowadziło ankietę: co słuchacze myślą o usunięciu z Rosji duchownych katolickich. Siedemdziesiąt procent ankietowanych odpowiedziało, że to absurd – czyli działania Cerkwi nie znajdują poklasku wśród większości Rosjan. 
– Większość nie tylko nie akceptuje polityki Patriarchatu, ale odsuwa się od wiary. Moskwa jest najbardziej rozbudzonym religijnie z rosyjskich miast, ale w uroczystościach paschalnych w 2001 r. uczestniczył zaledwie jeden procent mieszkańców stolicy! Przed kilku laty – ok. pięć procent. To świadczy, że opierając się na wartościach nacjonalistycznych, Cerkiew wcale nie utrwala swej pozycji. 
Oświadczenia Patriarchatu, że nie ma on nic wspólnego z prześladowaniem księży katolickich, włóżmy między bajki. Rzecz jasna, Aleksiej II nie wydaje poleceń urzędnikowi w Rostowie nad Donem, by nieznani sprawcy ostrzelali świątynię katolicką, ani nie każe białoruskim pogranicznikom zawrócić księdza z Polski, lecz rola Patriarchatu w tworzeniu atmosfery wrogości wobec katolików i zachęcaniu urzędników do szykan wobec Kościoła nie podlega dyskusji. 
– Jaką zatem przyszłość ma w Rosji dialog ekumeniczny? 
– Mimo wszystko Kościół musi wciąż podtrzymywać gotowość dialogu, bo to też jest forma okazywania pomocy Cerkwi. Po drugie, dialog musi się opierać na realnych podstawach, także socjologicznych. Cerkiew Rosyjska nie jest już największym Kościołem prawosławnym, najliczniejsza jest dziś Cerkiew na Ukrainie. Kiedy w Moskwie w nabożeństwach paschalnych uczestniczył jeden procent, w tym samym dniu w Kijowie świętowało dwadzieścia sześć procent obywateli. Rzecz nawet nie w liczbach, bo liczby nie decydują o sile wiary, lecz w tym, że prawosławie ukraińskie, pomimo rozłamów, stanowi inną jakość niż rosyjskie. 
Cerkiew Rosyjska przeżywa kryzys, ale Kościół nie może cofnąć przyjacielsko wyciągniętej do niej ręki. Dotychczas Cerkiew bezproblemowo przyjmuje pomoc ze strony katolickiej organizacji charytatywnej „Kirche im Not”. Katolicy nie mogą się obrazić i zrezygnować z idei dialogu z Cerkwią, bo to jest szansa na pomoc także duchową. 
Moim zdaniem, istnieją trzy scenariusze. Pierwszy: Cerkiew Rosyjska odrodzi się dzięki kontaktom z katolicyzmem i innymi denominacjami chrześcijańskimi, odrodzi się czerpiąc ze swej skarbnicy tradycji i kultury, wtedy stanie się silna i przestanie się lękać innych Kościołów. Drugi scenariusz: pogłębi się ksenofobia i Cerkiew ulegnie chomeinizacji. Trzeci: ludzie odpowiedzialni dziś za Cerkiew manipulują nią dla własnych interesów politycznych, ale kiedy w Rosji zwycięży opcja prozachodnia, tzn. kiedy większość społeczeństwa utożsami się z deklaracjami Putina, wówczas Cerkiew albo pozostanie wierna ksenofobii, ale znajdzie się na całkowitym marginesie, albo w obawie przed marginalizacją – otworzy się na nowe wartości, stanie się bardziej tolerancyjna. Dla nas nie będzie to jednak powód do prawdziwej radości – zmiany będą wymuszone wyłącznie przez politykę, a nie przez autentyczną odnowę religijną. Wtedy nadal z trudem przyjdzie nam wierzyć w prawdziwy dialog Cerkwi z Kościołem. 
– Który z owych scenariuszy, zdaniem Ojca, zwycięży?
– „Contra spem spero” – wierzę, że pierwszy. Choć na razie nic na to nie wskazuje. 
– Co Kościół katolicki w Rosji winien czynić, by przetrwać?
– Przede wszystkim zachować spokój. A jednocześnie zdecydowanie – broń Boże, nie histerycznie – piętnować i nagłaśniać wszystkie przypadki łamania praw człowieka i ignorowania prawa do wolności religijnej. Po drugie: winien trwać na modlitwie. Po trzecie zaś: troszczyć się o powołania miejscowe, bo rosyjskich księży niełatwo będzie wyrzucić z kraju. Ale troska o powołania nie może znaczyć, że szeregi kapłaństwa wzmocni się o byle jakich duchownych. Spowodowałoby to więcej szkody niż pożytku. Kościół powszechny musi uzupełnić braki wynikające z dotychczasowych deportacji. Jeśli wyrzucą jednego kapłana, posłać dwóch nowych. Wyrzucą drzwiami, powrócić oknem. Zachować wierność wobec ludzi powierzonych naszej opiece. A jeśli przy tym oberwiemy, to trudno. Ciężko to mówić z pozycji emeryta przeżywającego swą emeryturę w bezpiecznym miejscu, ale nic innego powiedzieć nie można. 
– Dziękuję za rozmowę. 

Dominikanin Aleksander Hauke-Ligowski – w latach 70. współpracownik polskiej opozycji demokratycznej, pod koniec lat 80. pierwszy przełożony dominikanów w ZSRR. W latach 1991–1995 współzałożyciel i rektor kijowskiego kolegium filozoficzno-teologicznego im. Św. Tomasza z Akwinu. Obecnie prezes Dominikańskiej Fundacji Ponad Granicami, instytucji służącej likwidacji barier kulturowych, religijnych, mentalnych między społecznościami.





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 38 (2776), 22 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl