Jacek Sempoliński w „Zachęcie”


Moc przeznaczenia

Bogusław Deptuła


 

„Twoje imię dla ciebie tak samo”.
Walt Whitman

 



Wystawy podobno robi się dla kogoś. Mam nieodparte wrażenie, potwierdzone tytułem („A me stesso” po włosku znaczy „sobie samemu”), że najnowszą wystawę Jacek Sempoliński zrobił dla siebie. Decydując się na to, postąpił podwójnie słusznie: pokazał tylko to, co chciał, w proporcjach, które uznał za właściwe. Dzięki temu oglądamy wystawę niezwykłą. 



To nie jest wielka wystawa, to jest wystawa kameralna. Nie idzie tu o liczbę dzieł, bo ta jest znaczna, idzie raczej o charakter prezentacji, o proporcje, o światło, o intymność. Jacek Sempoliński od początku nie zgadzał się na tak zwaną „retrospektywę”. Ten specjalny typ muzealnej czy galeryjnej prezentacji, który niemal natychmiast ustatycznia czy wręcz petryfikuje twórczość, był dla niego nie do pomyślenia. Co więcej, najbardziej zależało mu na pracach z ostatnich trzech lat, które uważa za najważniejsze. Trzeba mieć w sobie wielką siłę, determinację i pewność, by powiedzieć coś podobnego. 
Innym sposobem ucieczki z muzealnego zamknięcia było pokazanie prac, które można by nazwać dziełami intymnymi. To obrazy i rysunki, w których dochodzi do złączenia fizyczności malowanych tematów i cielesności autora. Czytamy podpisy: „Św.Jan / Anioł Stróż”, „Zza grobu”, „Ukrzyżowany”, „Der Ferne”, „Genitalia”, „Autoportrety”. A może, co więcej, nie idzie tu o cielesność autora, a o cielesność Ukrzyżowanego? Pytam, ale zdaje mi się, że odpowiedź jest jedna – twierdząca. Stało się bowiem tak, że przy pozornej formalnej bliskości do tego, co robił dotychczas, Sempoliński w ostatnich swoich dokonaniach przeprawił się na drugą stronę swojej twórczości. Nie wiem, jakie wody pokonał, czy był to Styks albo Lete, czy woda życia. Na pewno nie Wisła, którą między Męćmierzem a Janowcem przekraczał niezliczoną ilość razy... Chodzi o wody jak najbardziej symboliczne.

*

Od wielu lat kolorem dominującym w sztuce Jacka Sempolińskiego jest fiolet. Szukając uzasadnienia wyboru przez malarza tej właśnie barwy wskazywano często na wątek religijny: wszak fiolet to kolor adwentu, czasu oczekiwania na powtórne przyjście Odkupiciela. W takim duchu na przykład pisano po wystawie w warszawskim Muzeum ASP w 1990 roku, zatytułowanej „Miejsce zwane Czaszką”. Może były to słuszne uwagi, ale, jak sądzę, powody ulubienia przez Sempolinskiego fioletowej gamy są innej, bardziej prozaicznej natury. Błękit często obecny na jego obrazach jest kolorem zimnym. Sama czerwień bywa zbyt oczywista, zbyt jednoznaczna. Fiolety są cieplejsze od błękitów i bardziej tajemnicze niż czerwienie. To kolor idealny dla poszukiwań. Co ciekawe, fiolet zjawia się już na najstarszym pokazanym w „Zachęcie” obrazie, „Martwej naturze z zegarem” (1955). Malarz wcześnie odnalazł posłuszny sobie kolor: stopienie przeciwności błękitu i czerwieni.








Jacek Sempoliński, „Autoportret” 2001





Ostatnio zainteresowanie Sempolińskiego, ku zgrozie przyszłych konserwatorów jego dzieł, skierowało się na folię. Tak zwane „bąble” to rodzaj plastikowej folii przeznaczonej do pakowania lub izolacji ogrodowych tuneli. Nierówne, regularnie „porastrowane” podłoże szczególnie pociąga malarza. Choć artysta zdaje sobie sprawę, że folia ulegnie szybkiej destrukcji, bo się utlenia, sięga po nią często, zwłaszcza gdy maluje autoportrety. Ciekawe, czy bardziej kuszą go owe „rastry”, czy może przezroczystość, czy wreszcie niepewność i przemijalność takiego podłoża? 
W „Zachęcie” prace na folii zawieszono na pleksiglasowych parawanach. Światło może przez nie swobodnie przenikać i wprawiać w ruch. Wiem, że do powstania obrazów na czarnej, błyszczącej ceracie, jakiej używał Niko Pirosmani, jeden z najsławniejszych malarzy-amatorów, nie doszło tylko dlatego, że nigdzie nie udało się jej Sempolińskiemu dostać. W przeciwnym razie na pewno byłaby w Zachęcie.

*

Sempoliński od dawna zadziwiał wszystkich podziurawionymi płótnami. Malarz dziur – mówiono. Violetta Damięcka, autorka oprawy plastycznej wystawy, i Żaneta Govenlock, odpowiedzialna za światła, zadbały o pokazanie przedziwnego stanu, w jakim za sprawą malarza znalazły się płótna jego obrazów. Procesy tworzenia i destruowania w przypadku kilku wybranych prac pozostają w równowadze. Wygląda to tak, jakby obrazy istniały nadal tylko dzięki własnej sile przetrwania, bo malarz zrobił niemal wszystko, by się rozpadły. Postrzępione, sfałdowane, oświetlone, podobne stają się witrażom. Nadają się wyłącznie do oglądania na żywo. Muszą być widoczne z obu stron. Zreprodukowane w katalogu, z czernią podłożoną w miejscu dziur – milkną, słabną, zamierają. Są zbyt trudne do pokazania „na płasko”. 
Dziurawienie, a nawet twórcze niszczenie płócien to jedna z bardziej niezwykłych metod pracy artysty. Owszem, sztuka współczesna zna dziury w obrazach, choćby sławne cięte płótna Lucio Fontany. Jednak czyste, precyzyjne nacięcia Włocha mają w sobie coś z ozdobności. Dziurawienie Sempolińskiego, choć celowe, jest organiczne, naturalne, wynika z procesu tworzenia, staje się jego składową częścią. Stojąc przed podartymi płótnami Sempolińskiego, na które pada z góry punktowe światło halogenów, przez moment miałem wrażenie, że właśnie dokonuje się mistyczna niemalże przemiana i światło łączy się z reliefem płótna w nową, pulsującą całość. Niezwykłe wrażenie, możliwe tylko dzięki tej wystawie i takiej ekspozycji. 
Dziś już o Jacku Sempolińskim niepodobna powiedzieć: „malarz dziur”. To przeszłość. Gdy jakiś czas temu zastanawiałem się, w którą stronę może teraz zdążać jego sztuka, pomyślałem, że ku malarstwu jeszcze czystszemu. Pewnie zasugerowała mnie obejrzana wcześniej wystawa Marka Rothko; dziś przyznać muszę, że trudno o myśl bardziej nietrafną. Stało się dokładnie odwrotnie: Jacek Sempoliński zwrócił się ku cielesności. Przedmiotem kontemplacji i artystycznej inspiracji stało się męskie ciało. I trudno rozwikłać nam, widzom, pomimo niby porządkujących tytułów, co jest figurą rzeźby, a co figurą ludzką. To poszerzanie pola skojarzeń wydaje się bardzo Sempolińskiemu potrzebne, w nim zawiera się jego artystyczna strategia. 
Co więcej, artysta odszedł nieco od obrazu jako podstawowego środka wypowiedzi i zajął się rysowaniem. W ostatnich trzech latach powstało wiele tysięcy prac na papierze. W tej gorączkowości zawarty jest wyjątkowo silny nakaz tworzenia. Ale również jest to tworzenie metodyczne, komponowanie czy raczej improwizowanie wariacji czy muzycznych kadencji. Zawieszone gęsto w Sali Matejkowskiej rysunki, podobne i niepodobne, mają w sobie siłę liczby. Oczywiście, że każdy z nich jest skończony, samodzielny i jedyny, ale zarazem jest on jednym z – sam nie wiem – pięćdziesiątki czy setki innych, tworzących ten akurat cykl. Ta wielka liczba niektórym oglądającym nie przypadła do gustu. Jednak dopiero ona pokazuje „moc przeznaczenia”, której uległ ostatnio Jacek Sempoliński.
Jego obecne prace są wyraźnie inne od tego, co robił poprzednio. Nastąpiła zmiana tonu, zjawiła się lekkość i może nawet niefrasobliwość, choć to ostatnie wydaje się wręcz niemożliwe przy człowieku tak frasobliwym jak Jacek Sempoliński. Artysta dokonuje scalenia swojej dawniejszej twórczości z najnowszą w sposób niemalże automatyczny; wybrane dawne obrazy, wywleczone z kątów pracowni, służą jako podobrazia dla dzieł teraz powstających. Malarz dopisuje siebie dzisiejszego do siebie znajomego z wczoraj. Dawne płótna, które uznał za niedoskonałe, zostały ocenione jako nie zasługujące na przetrwanie w formie uznanej za nie dość udaną, a „forma zależna od treści”, jak powiedział mi dzisiaj artysta. 

*

O tym wszystkim można by jeszcze wiele pisać, jednak na wystawie Sempolińskiego uświadomiłem sobie, że dotarłem do granic wymawialnego. Ogarnęła mnie straszliwa pewność, że nie można wyrazić słowem wszystkiego, co by się chciało, i co gorsza, że nie pozna się tego dzieła w pełni rozumem i duchem, bo zrodziło się w inny, tak wewnętrzny sposób, że my, inni niż tworzący podmiot, nie mamy do niego przystępu. To oczywiście dobrze, bo granica niepoznawalnego jest konieczna w tym świecie, rozszerzającym poznanie w sposób tak nieubłagany. Chcąc to wyrazić najprościej, powiem: nie wiem, dlaczego. Nie wiem, czemu tak. 
Na okładce katalogu umieszczono obraz z 1999 roku, zatytułowany „Ja”. Jest on zarazem pierwszym obrazem pokazanym na wystawie. To prosta kompozycja: na białym płótnie artysta wyrysował węglem kontur głowy, a pośrodku odcisnął swoją dłoń w kolorze ochry. Tego koloru często używali malujący w jaskiniach, często również odciskali na ścianach swoje dłonie. To jeden z najbardziej odwiecznych i podstawowych gestów ludzkiej ekspresji. Odcisk dłoni: bezradność czy siła, oczywistość czy zagadka, krzyżyk czy podpis, szept czy krzyk? Ja nie umiem na te pytania odpowiadać, a artysta nie musi.
Szukamy wciąż wielkiej sztuki, pytamy, jak powinna wyglądać, męczymy się w niepewności i sprzecznościach, szukamy autorytetów. Tak się wyjątkowo i szczęśliwie składa, że mamy właśnie sposobność, by zobaczyć wystawę – może nie łatwą, może nie piękną, może niejednoznaczną, może nie dla wszystkich, ale na pewno niezwykłą. To wielka i przejmująca sztuka, nie mizdrząca się, sztuka nie na dziś czy jutro, ale na zawsze. Takie okazje są więcej niż rzadkie. Korzystajmy z tego, że mamy u siebie tak niezwykłego malarza, malującego w prawdzie, malarza prawdziwie wielkiego.

„A me stesso”. Wystawa malarstwa Jacka Sempolińskiego. Warszawa – Zachęta 10 września – 20 października 2002. Kurator: Gabriela Świtek, projekt ekspozycji: Violetta Damięcka i Żaneta Govenlock.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 38 (2776), 22 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl