Spór wokół Kaliningradu to sposób na poznanie własnej wartości


Test dla Brukseli, test dla Kremla

Bartosz Cichocki



Nie ma jak dobra lektura. Tym, którzy nie mogą zrozumieć postępowania rosyjskich władz w sprawie wiz do i z Kaliningradu, warto polecić opowiadania wciąż mało u nas znanego pisarza Siergieja Dowłatowa, autora niezliczonych aforyzmów. Także takiego: „Jedynym sposobem poznania własnej wartości jest konfrontacja”.


W minionym tygodniu media poinformowały, że w rosyjsko-unijnym konflikcie o wizy nastąpił przełom: obie strony zaczęły mówić o kompromisie. Wprawdzie wciąż nie wiadomo, na czym miałby on polegać, wyraźnie jednak obie strony sporu, który zakłócił letni wypoczynek wielu europejskich dyplomatów, są nim już zmęczone.
A początki były spokojne: do czerwca 2000 r. polsko-rosyjskie rozmowy konsularne, poświęcone przygotowaniu nowej umowy o przekraczaniu granic, na mocy której wprowadzony miał zostać obustronny obowiązek wizowy, toczyły się bez przeszkód ze strony rosyjskiej. Wtedy nagle zostały zablokowane – i rząd rosyjski zaczął domagać się specjalnego statusu wizowego dla obwodu kaliningradzkiego oraz jego mieszkańców. A problem tej eksklawy, otoczonej na lądzie przez państwa mające wkrótce wejść do Unii Europejskiej, zaczął psuć poprawiającą się od dłuższego czasu atmosferę w relacjach Rosji z krajami Europy Środkowej i Zachodniej. Długo jednak łudzono się, że działania rządu rosyjskiego nie były uzgodnione z Putinem, a pragmatyczny prezydent Rosji zmusi premiera Michaiła Kasjanowa do zmiany stanowiska, zanim doprowadzi ono do konfliktu z Brukselą, Wilnem i Warszawą. 
Stało się dokładnie na odwrót. Podczas majowego szczytu Rosja – Unia w Moskwie goście z Brukseli z zakłopotaniem słuchali, jak gospodarz mówił, że prawo Rosjanina do swobodnych podróży do tej czy innej części Rosji nie może zależeć od decyzji obcego państwa, i że od rozwiązania tego problemu zależy, jak będą rozwijać się stosunki Moskwy z Brukselą w ogóle. To już było ultimatum. 
Politycy Unii i państw kandydujących, którym wydawało się jeszcze, że Putin tylko się zagalopował i został podpuszczony przez złych doradców, szybko zostali wyprowadzeni z błędu: w połowie lipca prezydent mianował swego specjalnego przedstawiciela ds. Kaliningradu, Dmitrija Rogozina, znanego z ciętych filipik przeciw wprowadzeniu wiz na sesjach Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy oraz z mało eleganckich wypowiedzi pod adresem zachodnich polityków, w tym Aleksandra Kwaśniewskiego. Podczas sierpniowego tournée po stolicach Europy Rogozin groził rozmówcom bliżej nieokreślonymi kontr-posunięciami w przypadku odrzucenia rosyjskich propozycji. 
Kiedy okazało się, że nie robi to wrażenia, Rosjanie zdecydowali się na manewr propagandowy. Przedstawione przez Rogozina na początku września w Brukseli stanowisko ogłosili jako kompromisowe, choć wcale takim nie jest. Zachowuje bowiem postulat bezwizowego tranzytu przez Litwę, choć już „tylko” w transporcie zbiorowym: pociągami i autobusami. Równocześnie Putin wysłał list do przywódców państw Piętnastki i przewodniczącego Komisji Europejskiej (dosłany później prezydentom Litwy i Polski), w którym zaproponował przejście w perspektywie kilku najbliższych lat na system bezwizowy w ruchu osobowym między Rosją i Unią. 
Wątpliwe, by nadawca tej korespondencji wierzył w przyjęcie swego państwa do strefy Schengen. Rosja nie kontroluje ogromnej części swych południowych granic, przez które przedostają się rocznie dziesiątki tysięcy nielegalnych imigrantów z Afganistanu, Indii czy Zakaukazia, a obywatele byłych republik azjatyckich ZSRR mogą wjechać legalnie na podstawie starych paszportów radzieckich, a nawet aktu urodzenia. Na dodatek Rosja nie podpisała dotąd ani z kandydatami do Unii, ani z członkami WNP umów o readmisji [wydalaniu do Rosji osób, które przekroczyły nielegalnie granicę np. z Polską, idąc z terenu Rosji – red]. Moskwie trudno bowiem pozbyć się tych niechcianych gości, nawet jeśli uda się ich złapać.
Inicjatywa Putina nie jest jednak obliczona na konkretny efekt. Moskwę usatysfakcjonuje polityczna akceptacja ze strony Unii w nie zobowiązującym do niczego błysku fleszy. Rosyjskim propagandystom wystarczy to do odtrąbienia dyplomatycznego sukcesu i uratowania twarzy prezydenta przed własnym elektoratem.
Po cóż zatem była potrzebna konfrontacja w sprawie wiz? Najwyraźniej po to, by przekonać się, na co Rosja może sobie pozwolić w stosunkach z Unią – swym największym partnerem handlowym i organizmem, którego siła opiera się na konsensusie wszystkich członków. Późno, bo późno, ale w Moskwie w końcu dostrzeżono, jakie niebezpieczeństwo się za tym kryje... 
W przypadku NATO Kremlowi wystarczy bowiem porozumieć się z Waszyngtonem. Nie jest to łatwe, ale jak pokazał mijający rok – możliwe. Wsparcie antyterrorystycznej koalicji dało Rosjanom przepustkę do Sojuszu. Teraz, w ramach nowej Rady Rosja – NATO, Moskwa bierze udział w procesie podejmowania decyzji, a nie ogranicza się do akceptowania przyjętych w gronie 19 członków Sojuszu postanowień, jak było wcześniej. Mimo że formalnie sfery wspólnego decydowania zostały ograniczone do tych najmniej znaczących, a sprzeciw Rosji nie jest w stanie zablokować działania NATO w jakiejkolwiek z nich, jednak formuła „20” (w przeciwieństwie do „19+1”) daje stronie rosyjskiej instrument nieformalnego oddziaływania na pozostałych uczestników spotkań.
Tymczasem w relacjach z Unią panuje inna zasada: państwa Piętnastki wypracowują plan działania we własnym gronie, konsultując się w najlepszym przypadku z kandydatami, a Rosji nie pozostaje nic innego, jak przytakiwać. Co gorsza (z punktu widzenia Moskwy), Piętnastka w nieodległej przyszłości zamieni się w Dwudziestkęsiódemkę. Oznaczać to będzie, że ogromna część zagadnień handlowych, politycznych, a nawet wojskowych w stosunkach Rosji z większością państw Europy podlegać będzie decyzjom przyjętym w Brukseli, co ograniczy możliwości nacisku ze strony Moskwy na pojedyncze kraje europejskie.
Rację mieli zatem ci analitycy rosyjscy, którzy od dawna ostrzegali Kreml, że rozszerzenie Unii ma dla Rosji znacznie poważniejsze konsekwencje niż rozszerzenie NATO. Administracja Jelcyna skupiała jednak bez reszty uwagę na tym ostatnim, wychodząc z tradycyjnego dla rosyjskiej dyplomacji założenia, że o wadze przeciwnika decyduje liczba dywizji. Nowe podejście zastosował tu Putin. Za obiekt ataku na spoistość Unii nieprzypadkowo wybrał zagadnienie wizowe: w nadziei, że zjednoczeni Europejczycy nie będą ginąć za Kaliningrad, zażądał wyjątkowych rozwiązań w kwestii ruchu Rosjan przez kraje jeszcze nie zjednoczone z UE. 
Antywizowa kampania, w przypadku jej powodzenia, oznaczałaby przyznanie Litwie, a może także Polsce, niepełnego statusu członkostwa w Unii lub wręcz zahamowałaby proces rozszerzenia. Tak czy inaczej, przyjęcie postulatów Moskwy świadczyłoby o jej szczególnej pozycji w stosunkach europejskich – i właśnie to było od początku celem Rosjan, a nie wygoda kilkudziesięciu tysięcy Rosjan podróżujących rocznie między obwodem kaliningradzkim i pozostałymi regionami swej ojczyzny.
Jednak nawet w przypadku porażki w sporze wizowym strona rosyjska nic nie traci. Przekonała się o – jak by to ujął pisarz Dowłatow – własnej wartości. To bezcenne doświadczenie. Dalsze podgrzewanie napięcia w stosunkach z Unią może być wszakże niebezpieczne, tym bardziej, że ostatnio doszło do spięcia na linii Moskwa – Mińsk. Z punktu widzenia rosyjskich interesów nad Bałtykiem nieprzewidywalny Łukaszenka niesie przecież znacznie więcej zagrożeń niż negatywnie oceniana przez stronę rosyjską, ale w pełni przejrzysta polityka wizowa Unii.

Autor jest analitykiem Ośrodka Studiów Wschodnich w Warszawie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 38 (2776), 22 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl