Kultura w szponach polityki


Polityka jest piękna

Stefan Chwin



„Nikt dziś nie uwierzy – w takiej atmosferze kulturalnej, jaka u nas panuje – w bezinteresowność twojego krytycznego sądu. Każde zdanie będzie dowodem, że uczestniczysz w spisku politycznym Żydów i masonów, albo uknutego przeciw Żydom i masonom” – pisał w poprzednim numerze „TP” Andrzej Werner. Jego artykuł „Pióra i maczugi” rozpoczął na naszych łamach debatę o „kulturze w szponach polityki”. Dziś publikujemy tekst Stefana Chwina. Za tydzień – artykuł Jarosława Klejnockiego „Lobbyści i felietoniści”.




Nie mam nic przeciwko temu, że ktoś w dyskusjach literackich – podobnie jak w swoich powieściach czy wierszach – objawia swoje sympatie czy antypatie polityczne, bo takie spojrzenie dyskusję tylko ożywia, a ja lubię patrzeć na ludzi, w których kipi życie – choćby nawet to było życie rozjątrzone i niesprawiedliwe.


Na początek warto, jak myślę, przypomnieć pewien epizod z dziejów najnowszych. Oto przed niedawnymi wyborami parlamentarnymi grupa najwybitniejszych artystów i intelektualistów zwróciła się do narodu z apelem, by w powszechnym głosowaniu poparł partię inteligencką. 
Siedząc przed telewizorem patrzyłem z uwagą na Wielkiego Pisarza, który w reklamowym spocie przedwyborczym wzorem wieszczów wskazywał narodowi drogę. To, co robił, z pewnością zasługiwało na szacunek. A jednak nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że scena ta ma w sobie coś nieodparcie surrealistycznego. Przecież Wielki Pisarz powinien zdawać sobie sprawę, że przytłaczająca większość telewidzów jednym pstryknięciem pilota zmieni natychmiast kanał, gdy tylko ujrzy go na szklanym ekranie. Patrzyłem więc na Człowieka Kultury, angażującego się w bieżącą politykę, ze ściśniętym sercem, bo chodziło także o sprawę dużo ogólniejszą – o miejsce artysty wśród politycznych napięć społeczeństwa masowego w Polsce po roku 1989.
A efekty samego apelu? Naród swoje Największe Nazwiska zignorował zupełnie. Poparcie dla partii inteligenckiej nawet nie drgnęło. I jeśli kiedykolwiek skończył się w Polsce romantyzm, to myślę, że chyba właśnie w tamtej chwili. 

„Specjalista od kultury”

Są jednak w Europie pisarze, którzy angażują się w politykę zażarcie i to, co robią, nie pozostaje bez echa. Mam na myśli choćby Güntera Grassa, którego kolejne wystąpienia publicystyczne i książki wzniecają w Niemczech prawdziwą burzę i burza ta zwykle eksploduje właśnie na styku kultury z polityką.
W jakimś stopniu decyduje o tym styl życia publicznego w Niemczech. Gazety niemieckie są zainteresowane podgrzewaniem intelektualnej atmosfery, więc co jakiś czas wzniecają Wielkie Awantury, które przyciągają uwagę szerokiej publiczności, a które my wolimy nazywać „politycznymi debatami”. Dość rozległa w Niemczech warstwa „społeczeństwa obywatelskiego” lubi żywą, a więc dość ostrą, wymianę myśli. I nie oddziela kultury od polityki. Przeciwnie: w kraju Fausta i Claudii Schiffer literaturze zadaje się polityczne pytania i oczekuje się, że literatura będzie na te pytania odpowiadać. Mnie samemu na spotkaniach autorskich w Monachium, Kolonii czy Frankfurcie zadawano takie pytania wiele razy. Na przykład, co sądzę o dekretach Benesza, o niemieckich sporach wokół imigracji, o idei „kultury wiodącej” czy o Stoiberze. Pisarz jest tam traktowany jako osoba publiczna, która ma coś istotnego do powiedzenia nie tylko jako wąski „specjalista od kultury i sztuki”. Jego obecność w debatach publicznych nie dziwi nikogo. Książki Grassa pojawiają się w takim właśnie, mocno spolityzowanym kulturalnym otoczeniu i bez tego otoczenia miałyby – jak podejrzewam – rezonans znacznie mniejszy.
U nas temperatura życia duchowego jest dużo bardziej „schłodzona”, a opory przed angażowaniem sztuki w politykę silniejsze. Media niechętnie rozpalają ogień wielkich dyskusji, ponieważ panuje ogólne przekonanie, że ludzie są polityką zbrzydzeni, poza tym pewną rolę odgrywają też niedobre wspomnienia z epoki realnego socjalizmu. 
Sytuacja, w której Prezydent Państwa Polskiego przez godzinę dyskutuje przed kamerami polskiej telewizji z Pisarzem (jak kanclerz Gerhard Schroeder z Grassem) – i to jeszcze w paśmie największej oglądalności – jest w Polsce raczej niewyobrażalna. 
To właśnie na tym tle co jakiś czas dochodzą u nas do głosu marzenia o kulturze czystej, to znaczy uwolnionej od niedobrych związków z polityką.

„Prawdziwa sztuka” i „bieżące kłótnie”

Tymczasem jesteśmy istotami społecznymi, więc ścieranie się naszych poglądów ma zawsze jakiś podtekst polityczny, bo społeczeństwo demokratyczne jest podzielone, a nasze opinie wypowiedziane na forum publicznym (zresztą przy rodzinnym stole także!), o ile zostaną usłyszane przez kogokolwiek – co w „epoce telewizyjnego pilota” wcale nie jest pewne – sytuują nas zawsze po jakiejś stronie, w jakimś „obozie”, to znaczy sytuują nas przeciw komuś. Brzmi to dzisiaj, w „epoce pojednania i współpracy”, niedobrze, ale trudno.
I choćbyśmy na głowie stawali, nie jesteśmy w stanie tego zmienić. Wisława Szymborska drwiła kiedyś w sławnym wierszu, że w naszej epoce wszystko uchodzi za polityczne. Drwina słuszna, niemniej coś w tym jest. Jeśli ktoś na przykład milczy w sprawie Jedwabnego, to mu się tylko wydaje, że jest poza sporem. Musi się bowiem liczyć z tym, że jego milczenie zostanie jakoś odczytane i że może zostać ono odczytane także wbrew jego intencjom. Bo nawet nieobecność miewa swoje sensy, także – nie ma rady – sensy polityczne.
Polityka sama w sobie nie jest żadnym złem i nie należy demonizować ani jej samej, ani jej związków ze sztuką, co, niestety, ostatnio się zdarza. Masa ludzi uważa dzisiaj politykę za domenę moralnej obrzydliwości, manipulacji i pazerności. Tymczasem polityka w państwie demokratycznym – pozwólmy sobie na wizję optymistyczną – to nic innego jak zdobywanie ilościowej przewagi w parlamencie po to, by pokojowymi sposobami narzucić innym swój pomysł na organizację życia społecznego. Twierdzenie, że „prawdziwy artysta” czy „prawdziwy krytyk literacki” nie powinien zanieczyszczać sztuki poprzez wciąganie jej w bieżące „kłótnie polityczne”, nie wydaje mi się rozsądne, choć z pewnością są artyści i krytycy, którzy nie życzą sobie, by ich w takie kłótnie wciągać. 
Nie widzę więc żadnej tragedii w tym, że rozmaite środowiska literacko-polityczne – posłużę się przykładem najjaskrawszym – wyrywały sobie i nadal sobie wyrywają Zbigniewa Herberta, bo chcą z niego zrobić „swojego” poetę. I że stosują kryteria polityczne w ocenie jego twórczości. Nie uważam za żadną katastrofę, że jeden z reżyserów niedawno nakręcił tendencyjny film o Herbercie i Miłoszu, w którym narodowo-prawicowe sympatie były niewątpliwe, a niechęć wobec noblisty wyraźna. Więcej nawet: uważam, że ci, którzy odbierają reżyserowi prawo do robienia takich filmów – ostrych, niesprawiedliwych, jednostronnych – w istocie żądają „schłodzenia” temperatury życia duchowego w Polsce, a więc ustanowienia czegoś w rodzaju obyczajowej cenzury, co zwykle, jak mówi nam historia, kończyło się źle. 

Kulturalnie o kulturze

Bo w obecnej sytuacji to jest prawdziwe błogosławieństwo dla kultury, gdy ktoś o artyście mówi w zacietrzewieniu, to znaczy z błyskami w oczach. I że komuś w ogóle chce się kogoś zrzucić z piedestału, a kogoś innego na piedestał wynieść. Ponieważ dzisiaj prawdziwym problemem jest nie to, że szpony polityki – jak twierdzi Andrzej Werner („Pióra i maczugi” „TP” nr 37) – zagłębiają się w żywe ciało sztuki, tylko to, że sztuka nie wznieca w sercach wielu z nas żadnych namiętności – ani złych, ani dobrych. 
Nie mam więc nic przeciwko temu, że ktoś w dyskusjach literackich – podobnie jak w swoich powieściach czy wierszach – objawia swoje sympatie czy antypatie polityczne, bo takie spojrzenie dyskusję tylko ożywia, a ja lubię patrzeć na ludzi, w których kipi życie – choćby nawet to było życie rozjątrzone i niesprawiedliwe. To, że krytyka stosuje dzisiaj kryteria polityczne w ocenie dzieł sztuki uważam za normalny element życia publicznego. Że ktoś namiętnie, z furią „zjeżdża” czyjąś powieść za to, że czuje w niej zapach liberalno-demokratycznej „political correctness” albo woń ksenofobicznej „myśli narodowej”? Ależ, proszę bardzo! Sam zresztą już oberwałem, gdy jedną z moich powieści zaatakowano jako – pyszne! – „manifest ideologii nowego mieszczaństwa”, co przyjąłem jak majowy deszcz.
Jesteśmy zanurzeni w życiu społecznym, mamy rozmaite poglądy i nie widzę żadnego powodu, by nie dostrzegać, że w jakimś wierszu ktoś wyraża na przykład sympatię dla mocno wobec mnie nieprzychylnej orientacji politycznej, co może – chociaż wcale nie musi – to dzieło dyskredytować w moich oczach. Oczywiście, nie ma żadnego sensu robić „politycznej deklaracji” z każdego słowa artysty. Niemniej nie czytamy i nie piszemy w społecznej próżni. Dzieło sztuki jest zwykle głosem w społecznym sporze, choć, rzecz jasna, nie musi być takim głosem zawsze.

Monopol

Niepokojące jest dla mnie co innego: to, że telewizja, która wyświetliła „prawicowy” film o Herbercie i Miłoszu, nie nakręciła równolegle filmu „demoliberalnego” czy „socjaldemokratycznego”, w którym racje Herberta i Miłosza zostałyby przedstawione inaczej. I że nie wyświetliła obu tych filmów razem, jeden po drugim. Jeśli w tej decyzji zagrały względy polityczne, to była to zła polityka. Właśnie ten rodzaj polityzacji kultury uważam za szkodliwy, szczególnie jeśli chodzi o media tak potężne jak media wizualne. Ale taka jednostronna polityzacja życia kulturalnego nie wydaje mi się raczej w dzisiejszej Polsce na szerszą skalę możliwa, bo, chwała Bogu, na razie jeszcze żyjemy w ustroju demokratycznym. I jeśli jakieś dzieło z tych czy innych powodów nas gniewa, możemy się do niego odnieść publicznie. Co prawda sporo mediów trzyma się dość sztywno swojej politycznej „linii redakcyjnej”, publikując tylko to, co zgodne z „profilem”. 
Kłóćmy się zatem jednostronnie, ostro, a nawet niesprawiedliwie o Mackiewicza, Herberta, Różewicza, Miłosza i Szymborską. Bo prawdziwym niebezpieczeństwem nie jest dzisiaj przyzwoitość czy nieprzyzwoitość nadmiernie spolityzowanych dyskusji literackich, tylko narastająca obojętność dość szerokich kręgów inteligencji polskiej na cokolwiek, co dzieje się w sztuce polskiej. Myśl o jakiejś „kulturze czystej”, wolnej od politycznych zanieczyszczeń, to znaczy wypreparowanej z życia, uważam za samobójczą. Jeśli polityczna „nieprzyzwoitość” dyskusji potrafi kogokolwiek rozgrzać, szperajmy nawet w życiorysach artystów. Z pewnością należy to czynić w rozsądnych granicach, ale gdzie przebiegają te granice, pozostanie na zawsze sprawą otwartą.
Artysta bowiem – że pozwolę sobie przypomnieć parę oczywistości – tym różni się od człowieka prywatnego, że dobrowolnie, bez żadnego przymusu wychodzi na agorę, to znaczy wystawia się na ryzyko uważnych spojrzeń, czasem nawet bardzo nieprzychylnych, a jego biografia polityczna nie jest jakimś dodatkiem do biografii twórczej, który można po prostu szlachetnie zignorować. A że to ludzi ciekawi? W społeczeństwach demokratycznych prawda się rodzi ze zderzania się wielu prawd, a czasem nawet ze zderzenia kłamstw i pomówień. Jej drogi są tajemnicze i kręte. Cieszmy się więc, że w dzisiejszej Polsce te prawdy i kłamstwa możemy ze sobą zderzać w sporze publicznym, bo nie tak znowu dawno o takich radościach mogliśmy tylko marzyć. 

Polityka jest piękna

Oczywiście niedobrze się dzieje, gdy kryteria polityczne stają się dla nas ważniejsze niż kryteria artystyczne, albo gdy atak polityczny na tego czy innego pisarza stroimy w obłudne szaty „troski o prawdziwą sztukę”. 
Ale jeśli chodzi o mnie, to ja mam w swoim sercu „swojego” Herberta i „swojego” Miłosza i wcale mi nie przeszkadza to, co o tych świetnych pisarzach mówią zacietrzewieni „prawicowcy” czy „liberałowie”. Więcej nawet: cieszy mnie, że Herbert i Miłosz są „wpychani w politykę”. 
Bo polityka jest piękna. Proszę nie wzruszać ramionami, że niby każdy z nas może sypnąć z rękawa tysiącem przykładów politycznych głupstw i łajdactw. Polityka jest piękna, jeśli jest – posłużę się frazą dziewiętnastowieczną – namiętnym sporem o Polskę. Tak ja sobie przynajmniej wyobrażam urodę ustrojów demokratycznych wbrew temu, co widzę dokoła na własne oczy. A jeśli w tak właśnie rozumianą politykę „niesprawiedliwie” wpychamy naszych pisarzy i artystów, nie dzieje się ani z nimi, ani z kulturą polską nic niedobrego. Wręcz przeciwnie.

Nagrody i „opcje”

Myślę jednak, że zaczynać należy przede wszystkim od siebie. Czy więc ja sam w ocenie dzieła sztuki stosowałem kiedykolwiek kryteria polityczne, na przykład jako juror nagrody Nike?
Uważałem i nadal uważam, że nagrody tej nie powinien dostać ktoś, kto napisałby artystycznie doskonałe „Drobiazgi pogromowe”, albo świetny poemat, w którym dowodziłby punkt po punkcie, że nigdy nie było żadnego Holocaustu, albo wysmakowany dramat, w którym energicznie wzywałby „zdrowy polski lud katolicki” do rozprawy ze zgniłymi liberałami. Czy znalazłem się w ten sposób w szponach polityki?
Być może. Ale podczas dyskusji nad książkami Jarosława Marka Rymkiewicza, głosowałem za ich wyróżnieniem, chociaż jest to – jak dzisiaj mówimy – pisarz „z innej opcji politycznej”, bo to były dobre książki i tyle. 
I w podobny sposób, jak zauważyłem, postępują także inni członkowie jury. Jeśli uważają, że na przykład Marek Nowakowski napisał dobrą książkę, głosują na Nowakowskiego. I nic ich nie obchodzą żadne „opcje”.
Jeśli zaś chodzi o moje książki – mam na myśli rzeczy beletrystyczne – to robiłem w nich wszystko, by być „niejadalnym politycznie” dla kogokolwiek, to znaczy, żeby mnie żadna opcja polityczna, nawet ta mi najbliższa, nie skonsumowała zbyt łatwo jako „swojego”. I radzę innym pisarzom, żeby postępowali podobnie. 
Ale i tak mojego „Hanemanna”, który od pierwszej do ostatniej strony jest dość ryzykowną powieścią o samobójstwie, wepchnięto do szlachetnego polityczno-liberalnego worka „małych ojczyzn”. Przyjąłem to z melancholijnym zrozumieniem. Bo czy można sobie wyobrazić w Polsce podręcznik historii literatury, w którym nie byłoby z lekka spolityzowanego rozdziału „Literatura »małych ojczyzn«” a byłby obszerny rozdział zatytułowany „Książki o samobójstwie”?

Kompleks „Przedwiośnia”

Prawdziwa polityzacja polskiej kultury wcale bowiem nie polega na tym, że ktoś atakuje z powodów politycznych tego czy innego pisarza, albo że daje lub nie daje komuś tej czy innej nagrody. Prawdziwa polityzacja polskiej kultury polega na tym, że w polskiej świadomości nadal to, co polityczne, uchodzi za ważniejsze od tego, co egzystencjalne. 
Widać to właśnie w podręcznikach, które „ustawiają” naszą świadomość kulturalną już w dzieciństwie i zwykle na całe życie. 
Jeśli więc pojawia się w nich Sokrates to jako bohater politycznej „sprawy Sokratesa”, nie zaś jako filozof, który lubił wypowiadać dość bulwersującą opinię, że człowiek świadomie czyniący zło jest lepszy od człowieka czyniącego zło nieświadomie. Jeśli pojawia się w nich starożytny moralista, to będzie to heroiczny polityk republikański Katon z Utyki, nie zaś Seneka, autor słynnych dywagacji o śmierci dobrowolnej. I tak dalej.
Prawdziwa polityzacja kultury polega na tym, że wielu ludzi w Polsce wciąż czyta literaturę jako część historii społeczno-politycznej. Co prawda to się ostatnio zmienia. Nie uważam zresztą takiego sposobu czytania za jakąś aberrację, bo w końcu jest to refleks myślenia obywatelskiego, które uczy nas, że jesteśmy częścią wspólnoty i nasze życie zależy od dziejów i kształtu tej wspólnoty. Niebezpieczne wydają mi się tylko wszelkie przegięcia, a tych bywa sporo, w czym dzisiaj przoduje, jak myślę, raczej krytyka prawicowa, choć i krytyka „liberalna” czy „feministyczna” też ma coś niecoś na sumieniu.
Lekarstwem na polityzację kultury nie jest jednak wcale, jak myślę, jakieś generalne wyzwolenie duszy artysty, krytyka i czytelnika ze „szponów polityki”, lecz raczej zachowanie równowagi między perspektywą polityczną i egzystencjalną. Bo na przykład jeśli ktoś u nas staje dzisiaj przed wyborem, czy przyznać nagrodę literacką bardzo dobrej powieści o kobiecie w „szoku menopauzy” i równie udanemu artystycznie poematowi o Holocauście, nie trudno zgadnąć, jaki wybór zostanie dokonany. 
Wciąż bowiem za prawdziwie ważne uchodzą książki, które „odkrywają białe plamy polskich cierpień”, albo harmonizują z „dążeniem do integracji z Europą”, albo „uczą szacunku dla wielokulturowości”, albo stanowią ważny „epizod z dziejów polskiej inteligencji”, albo dają „przekrój społeczeństwa czasów przełomu” albo jeszcze lepiej „obraz pokolenia”, oczywiście łącznie z „portretem bohatera naszych czasów”. I na takie książki wciąż polska krytyka czeka. Prawicowa, lewicowa, narodowa i liberalna. Nazwałbym to „kompleksem „Przedwiośnia”. 
I takie książki zresztą powinny w Polsce powstawać. Ja sam jednak na tę drogę wstępować nie zamierzam, bo mój temperament umieszcza mnie raczej po stronie egzystencji. Choć przyznam, że pasjami lubię przysłuchiwać się wszelkim politycznym awanturom w mediach i w Sejmie, nawet jeśli są to awantury bardzo „nieprzyzwoite”. Czuję wtedy podniecający dotyk „szponów polityki” na karku. Bo jako melancholijne dziecko XX wieku wiem, że skoro nie mordują i nie wsadzają do więzień, to znaczy, że wszystko jest w najlepszym, prawdziwie arkadyjskim porządku. 
Dodam też, że w takich chwilach nie opuszcza mnie – mówię to bez żadnej ironii – prawdziwa radość i duma z naszego nareszcie po tylu mrocznych latach „odzyskanego śmietnika”.

Szkoła kiczu we współczesnej krytyce polskiej

Na koniec sprawa Tomasza Burka. Swój artykuł o związkach sztuki z polityką Andrzej Werner kończy zachętą, byśmy w ramach depolityzacji polskiej kultury wzięli się nareszcie do czytania recenzji Tomasza Burka bez politycznych uprzedzeń, bowiem mimo uproszczeń, złośliwości i językowej popędliwości zawiera się w nich „aktywny kapitał myślenia krytycznego”. Postulat słuszny, sprawdźmy tylko, czy łatwy do zrealizowania.
Od lat Tomasz Burek uparcie głosi tezę, że współczesna literatura polska znakomicie zaadaptowała się do „systemu kiczu”. Krytyk ten przy każdej okazji przywdziewa togę Jowisza, głowę swoją przystraja narodową czapką z pawim piórem, w prawą rękę bierze krzyż egzorcysty, po czym grzmi górnymi frazesami, nie schodząc z wysokości – jak mawiał Gombrowicz – trzech tysięcy metrów nad poziomem życia, ze szczególną lubością obracając w ustach takie krągłe formuły jak „Literatura Odrodzonej Polski” – oczywiście wszystko z dużej litery – „system literatury” i „etyczne dobro”. Mrocznej wizji katastrofy, jaka spadła na polskich pisarzy za sprawą „demoliberalizmu”, przeciwstawia jednak kilka promieni na czarnym niebie. Jednym z takich promieni ma być powieść „Niemoc” Janusza Krasińskiego. 
Przyjrzyjmy się zatem paru frazom z „Niemocy”: „Orgiastyczny świergot wróbli pobudzał zmysły Szymona”, „Chełbia pragnąca go opleść pożądliwymi mackami”, „Uczucie słodkawej mdłości podeszło mu do gardła”, „Ten jej erotyczny szyfr zaciskających się palców tumanił i palił żądzą”, „Wtem na jego wargach odcisk ciepłego kęsa ciała. Usta. Wpiły się w niego chciwie. Zassał je [...] rozgniótł ciepłe piersi i wyczuł wzwodem między lędźwiami obciśnięty drelichem spodni nabrzmiały wzgórek”. „Fala gorącej krwi zniosła go nagle w piekło palącego od lat pożądania”.
I pomyśleć, że te horrendalne kiczowatości Tomasz Burek przełyka bez zmrużenia oka! Więcej: chwali „Niemoc” za niesymulowany gest twórczy i stawia ją za wzór tym, co dali się zwieść komercjalnej literaturze kiczu. Gdybyż to tylko – jak się dzisiaj pisze – obsesyjna polityzacja literatury była głównym problemem tego surowego obrońcy prawdziwych wartości, nie byłoby żadnych powodów do zmartwień. Problem jest jednak, niestety, dużo poważniejszy. 
Krytykowi bowiem wolno w zasadzie wszystko. Z wyjątkiem jednego: nie wolno mu mieć drewnianego ucha. I żadne czułości Tomasza Burka dla prozy Iwaszkiewicza, o których Andrzej Werner wspomina w swoim artykule, niczego tu nie zmienią.

Stefan Chwin (1949) – prozaik, historyk i krytyk literacki; autor powieści „Krótka historia pewnego żartu” (1991, wyd. II, zmien. 1999), „Hanemann” (1995) oraz „Esther” (1999), a także – opublikowanych pod pseudonimem Max Lars – książek „Ludzie-skorpiony” (1985) i „Człowiek-litera” (1989), pastiszowo nawiązujących do tradycji XIX-wiecznych powieści przygodowych; w 1984 r. otrzymał nagrodę Fundacji im. Kościelskich (wspólnie ze St. Rośkiem); członek Jury Nagrody Literackiej NIKE.






 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 38 (2776), 22 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl