Jeszcze o „księżach-patriotach”


„Aby się to nie powtórzyło”

Halina Bortnowska



Lektura artykułu Tomasza Potkaja „W sumieniu moim byłem spokojny” („TP” nr 36) dała mi ciekawe doświadczenie – oto wydarzenia sprzed lat, będące cząstką mojego życia, tak są inaczej widziane przez historyka; nota bene – historyka w poszukiwaniu świadków, którzy by mogli uzupełnić wymowę dokumentów. 


Potkaj chce, by przemówili negatywni bohaterowie wydarzeń, tzn. sami (byli) „księża patrioci”. Ci zaś zapewne po większej części nie żyją (nie byli młodzi już w owych latach czterdziestych i pięćdziesiątych), a jeśli żyją i chcieliby mówić – nie ufałabym ich świadectwu. Ale przecież są inni świadkowie, może nie tak niechętni, o wiele bardziej wiarygodni. Mogliby zresztą mówić nie tylko o moralnej nędzy księży kolaborantów, lecz także o niezłomności innych i o pięknie odradzającego się życia i wspólnot wiary, które tak były wtedy ważne (i pozostały ważne później).
W tych latach (1949-57) wprost po maturze byłam we Wrocławiu studentką Instytutu Katolickiego i katechetką w dwóch parafiach (Św. Augustyna i Św. Maurycego). Znam atmosferę życia kościelnego tamtych czasów. Piękne wspomnienia dotyczą młodzieży, dzieci i rodziców, wzruszającej, głębokiej współpracy z nimi. Dzięki ich poczuciu odpowiedzialności za katechizację można było przetrwać.
Potkaj zastanawia się, dlaczego ruch „księży patriotów” tak bujnie rozwijał się właśnie na Dolnym Śląsku i zdaje się akceptować zdanie historyka Antoniego Dudka, że przyczyną był brak integracji społeczeństwa na tamtych terenach. Z perspektywy moich doświadczeń (i kilkudziesięciu koleżanek-katechetek) to niezupełnie tak wygląda. Co najmniej równie ważny, a chyba ważniejszy czynnik to brak integracji i wewnętrznej dyscypliny samego duchowieństwa, w tym czasie niemal wyłącznie napływowego, złożonego z księży przesiedlonych z diecezji wschodnich (na wsi często wraz z grupą wiernych) i, w nieznanych mi proporcjach, z księży skierowanych na tzw. „ziemie odzyskane” przez różne diecezje i zakony. 
Jaką ci kapłani mieli motywację, co decydowało o ich wyjeździe na nowy teren? To warto byłoby zbadać, póki czas! Byli na pewno wśród nich ludzie powodowani duchem misyjnym, ale byli też (co mogłyśmy zaobserwować) ludzie „problemowi”, ofiary konfliktów sumienia, nałogów, zamiłowania do władzy i posiadania. Takich łatwiej było zmusić lub skusić. Wierni szukający w Kościele pewności i zaufania doznawali zawodu i mieli czym się gorszyć. Na przykład w parafii Św. Augustyna (Wrocław-Krzyki) wierni byli bardzo zaprzyjaźnieni ze swymi kapucyńskimi duszpasterzami, lecz wkrótce zostali ich pozbawieni decyzją wspomnianego w artykule „rządcy diecezji” ks. Lagosza. Na ich miejsce przysłany został człowiek chory, alkoholik złamany nałogiem i współpracą z UB (do której sam mi się przyznał). 
Historia parafii Św. Maurycego była jeszcze bardziej skomplikowana. W pewnym momencie proboszczem został też „patriota”, ks. Boczek (czyżby ten sam, co wspomniany w artykule Potkaja? Znak szczególny – maniery militarne). O manipulacjach zakulisowych nie wszystko mogłam wiedzieć wtedy, a więc i dziś nie wiem. Tyle mogę jednak na pewno dodać do próby interpretacji podjętej przez Potkaja: na Dolnym Śląsku praca duszpasterska i katechetyczna dość szybko owocowała pewną znaczącą integracją mieszkańców wokół parafii – ludzie bardzo tęsknili do rzeczy znanych i bliskich. Ale integracji przeciwdziałano – dla władz była sygnałem, że księdza trzeba prędko przenieść, nieraz nie dając czasu na spakowanie się i przekazanie bieżących spraw.
Potkaj pisze też o bojkocie „księży patriotów”. Pewnie taki istniał. Byli wśród kolaborantów ludzie w stanie upadku, budzący odrazę. Ale nikt tak wyraźnie nie bojkotował lawirantów, ludzi sukcesu (pozornego, zgoda – ale widocznego). Kto zresztą mógł sobie pozwolić na bojkotowanie ks. Lagosza, od którego zależało tak wiele? Może seminarzyści, których wyrzucał za fałszywą nutę w śpiewie? (był przecież mecenasem sztuki...). Sama z jego rąk odbierałam dyplom uprawniający do dalszego nauczania religii w diecezji. I dygnęłam, i ucałowałam pierścień. Wytłumaczyłyśmy sobie jakoś, że trzeba – i że w duchu adresujemy tę ceremonię do prawdziwej kościelnej władzy, do papieża. Papież dał nam wcześniej swego Administratora, ks. Karola Milika, który błogosławił naszej pracy. A teraz, gdzieś wywieziony, czy chciałby od nas „bojkotu patrioty”, czy dalszej pracy z dziećmi?
Nie były to czasy proste. Znakomitą dla nich formułę ukuł brytyjski historyk Trevor Beeson. Beeson pisał, że Kościoły Europy Wschodniej musiały pracowicie, boleśnie i ryzykownie trzymać się naraz dwóch linii – przestrzegać discretion – czyli roztropności, rozróżniania, dyplomacji – i valour – niezłomności, trwania przy świadectwie, stanowczego „nie” wobec zła. To zło można nazwać „korupcją” w sensie etymologicznym, czyli zniszczeniem, rozpadem osoby pod wpływem strachu i chciwości.
Na zakończenie podkreślę, że nie mogę się zgodzić z radami, jakie oferowano Potkajowi – „Było, minęło i cicho – sza!”. Trzeba do tych dziejów wracać, aby się nie powtórzyły (a mogą, choć w innym kontekście). Niech Pan tego tematu nie zostawia. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 38 (2776), 22 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl