Mieszaniny
Jak trudno być awangardzistą
Jan Błoński
Koniec wojny ostatniej wyraził się w
literaturze także wymianą pokoleń literackich. „Zacofani” Skamandryci, na dodatek rozproszeni często po różnych krajach kapitalistycznych, o zgrozo! ustąpić mieli – czy musieli – pola młodszym czy „awangardowym”. Tak całkiem awangardowi to oni na ogół nie byli, pojawili się przecież w literaturze już dwadzieścia lat wcześniej, razem z końcem pierwszej wojny: ale to ważne, że dorwali się wreszcie do uznania i podziwu, lekko podlanego pochlebstwem. Choć prawdziwej wojny w literackich sferach nie było, zbyt dobrze spojone było środowisko literackie – ślad po dawnych rywalizacjach nie mógł prędko zniknąć. Tym bardziej, że komunistyczna władza zrobiła wszystko, aby literackie środowisko zniechęcić. Owszem, karmiła, ale posiłkiem tak nieciekawym, stęchłym już po radzieckich doświadczeniach, że wprawiło się ono prędko w ideowych chytrościach i wywalczyło sobie swobody nieporównanie większe niż w Czechach czy Niemczech, nie mówiąc już o „Związuniu”, jak pieszczotliwie i jadowicie określano Kraj Rad.
Najgorzej wyszli na tym ludzie o szczerze lewicowych poglądach, jak choćby Przyboś. Uparty i bezkompromisowy w sprawach tak literackich, jak politycznych, stał się wśród młodych ludzi poczciwym mamutem, nie przestając być wszakże wzorem literackich chwytów i pomysłów: rola krzywdząca i niezasłużona. Przyboś śnił o budowie nowego świata, o socjalizmie bez granic i nieustannej twórczości mas, które – jak marzył – obudzą się do budowy raju na ziemi. Był na pewno w swym marzeniu szczęśliwy. Ale na co dzień widział w literackiej kuchni coraz gorsze dania i nie mógł pojąć, dlaczego jego literackie czy plastyczne pomysły dziwnie odstają od płodów chytrej młodzieży i architektów Emdeemu. Jeśli jednak przyjrzeć się jego twórczości, wypada powiedzieć, że ten entuzjasta nowej Polski (czy nowego świata) mnóstwo po sobie pozostawił i wielu w Polsce zainspirował.
|