Autostrady donikąd

Michał Zieliński



W dowcipie Mleczki facetowi, znanemu z banknotu 50 złotowego ukazuje się Pan Bóg i mówi: „Kazek, zastałeś Polskę drewnianą, a zostawiasz murowaną. I ja cię proszę, ty więcej nie kombinuj”. Marek Pol też chce być na banknotach, dlatego zastając w Polsce drogi dziurawe, chce je zostawić z jeszcze większymi dziurami, ale za to okraszone paroma kilometrami autostrad. Niestety, wodzowi najbardziej ateistycznej partii polskiej nie ma się kto ukazać. Dlatego kombinuje.


Czy w Polsce potrzebne są autostrady?
Na to podstawowe pytanie pada natychmiastowa odpowiedź: „Ależ oczywiście, Polska bardzo pilnie potrzebuje autostrad!”. Dopiero gdy konsekwentnie postawimy drugie pytanie: „A na jaką cholerę nam autostrady?”, wyjdzie szydło z worka, a Marek Pol na dudka. Bo odpowiedź, jaką usłyszymy brzmi: „Przecież wszędzie na świecie są autostrady, w Niemczech, Austrii, a nawet w Zjednoczonych Emiratach Arabskich”. Odpowiedź ta oznacza, że naród, a co gorsza także ministrowie, uważa, że w Polsce ma być „jak na świecie”. Nieważne przy tym, że to, co rozumieją pod słowem „świat” oznacza kraje o 4–5-krotnie wyższym niż Polska produkcie krajowym brutto na mieszkańca. Nieważne są także ani rzeczywiste potrzeby, ani rzeczywiste możliwości. Ma być „świat”, bo jesteśmy przedmurzem, Papież jest Polakiem, a Sobieski sprowadził do Europy kawę po turecku. 

Smutna prawda

To życzeniowo-wielkomocarstwowe „myślenie” jeśli nie rząd, to przynajmniej inteligentny człowiek powinien zderzyć z faktami. A z tego wyniknie mu, że w Polsce autostrady są niepotrzebne, że Polski na ich budowę i eksploatację nie stać, i że forsowanie ich budowy oznacza stawianie potiomkinowskich wiosek kosztem rzeczywistej poprawy sytuacji komunikacyjnej kraju.
Dowody na poparcie powyższej tezy są dwa: teoretyczny i praktyczny. Teoretyczny opiera się na wyliczeniu przeciętnego natężenia ruchu na dowolnym fragmencie polskich dróg i pomnożenia go przez sensownie skalkulowaną (czyli taką, przy której liczba osób przemykających się polami nie jest zbyt duża) opłatę. Iloczyn, czyli potencjalny przychód z eksploatacji autostrady okazuje się niższy od kosztów jej utrzymania, o kosztach budowy nie wspominając. 
Dowód praktyczny jest oczywistą egzemplifikacją przedstawionej teorii. Chętnych do budowania autostrad w Polsce nie ma, a jeśli już jacyś są, to ich działania wynikają z bardzo długookresowych kalkulacji, albo z uwzględniania w rachunku możliwości pozyskiwania jawnych lub skrytych subwencji budżetowych. To dlatego w Polsce buduje się kilkanaście kilometrów autostrad rocznie i faktu tego żadne kombinowanie nie zmieni.
Do tych dwóch argumentów dołączyć trzeba trzeci. Polska jest nieprzejezdna, bo drogi są „przedpotopowe”, a na dodatek w fatalnym stanie. Przez sporą część swojego przebiegu wiodą terenami zabudowanymi, a żadne miasto polskie nie ma kompletnej obwodnicy. To wszystko trzeba szybko zmienić. Przynajmniej aglomeracje wojewódzkie i szlaki prowadzące do granic powinny zostać, rach-ciach, przebudowane. Drogi te trzeba poszerzyć, wyprowadzić z miejscowości, wydzielić pasy dla rowerzystów, traktorów itp., przebudować podjazdy, przynajmniej łuki szos wyłożyć kocimi oczkami, wymienić i poszerzyć przedwojenne mostki. Innymi słowy trzeba zrobić to wszystko, aby owe historyczne trakty stały się drogami samochodowymi (vel ekspresowymi, albo – po prostu – drogami), po których jazda z szybkością 100 km nie jest niebezpieczna dla życia.
To wszystko, co wymieniłem, wprawdzie się robi – tyle że w tempie, pozwalającym prognozować, że zakończenie modernizacji owych „dróg krajowych” nastąpi w drugiej połowie stulecia. Jeżeli teraz w sensowny sposób założymy, że pieniądze nie są z gumy, i że na drogi możemy wydać określoną kwotę, wyjdzie nam, że każdy kilometr zbędnej autostrady oznacza rezygnację z niezbędnej modernizacji kilkunastu kilometrów podstawowej sieci dróg. Oznacza zatem pogorszenie, a nie poprawę, sytuacji komunikacyjnej. I choć miło będzie patrzeć jak – wzorem słowackiego ex-premiera Mečiara – Marek Pol w otoczeniu gwiazd filmowych otwiera kolejne dwukilometrowe odcinki autostrad, będziemy krajem, w którym żaden szanujący się sprzedawca samochodów nie da gwarancji na układ zawieszenia.

Budujemy autostrady czy socjalizm?

Co zrobić w sytuacji, w której brutalny kapitalistyczny rachunek ekonomiczny wskazuje na nieopłacalność budowy autostrad? Najpierw trzeba zbudować socjalizm, a potem wziąć się za autostrady. Do tego celu służą słynne winiety. Wbrew pozorom nie są one konkurencyjnym sposobem opłaty za korzystanie z infrastruktury drogowej lecz typowym instrumentem socjalistyczno-państwowego wyzysku. Wyjaśnijmy to na przykładzie. Cena za korzystanie z konkretnej autostrady jest ceną rynkową. Zawsze bowiem istnieją dwa konkurencyjne produkty: szybka i wygodna autostrada oraz kręta, kiepska i dłuższa droga boczna. Konsument dokonuje świadomego wyboru i w ten sposób ustala cenę za autostradę (oznacza to, że właścicielowi autostrady opłaca się podnosić cenę do takiej wysokości, przy których procentowy przyrost ceny jest wyższy niż procentowy spadek popytu). 
Winieta natomiast (a zwłaszcza w wersji Marka Pola) jest w rzeczywistości opłatą za posiadanie samochodu. Skoro obejmuje się nią większość w miarę normalnych dróg, to istotnie zmniejsza się możliwość strategii alternatywnej, czyli jazdy drogami bocznymi. W tej sytuacji jedyną legalną alternatywą staje się sprzedaż samochodu. (I w tym, w rzeczywistej swobodzie legalnego wyboru, zawiera się cała różnica między kapitalizmem i socjalizmem.) 
Rządowi miłośnicy winiet powołują się na przykłady zagraniczne. Niestety nie ma ich zbyt wiele. Są tylko dwa „socjalistyczne kraje kapitalistycznego zachodu”: Szwajcaria i Austria (jak się ma tyle pieniędzy, można sobie pozwolić na socjalizm), Czechy, które autostrady pobudowały za socjalizmu i teraz nie wiedzą, jak je utrzymać i – wspomniana już – Słowacja.
Między tymi krajami a Polską jest jednak jedna drobna różnica. Tam drogi są. Wyliczając ilość kilometrów przypadających na 1 euro winietowej opłaty wychodzi, że ich długość jest od jest od pięciu (Austria, Czechy i Słowacja) do 85 razy (Szwajcaria) większa niż w Polsce. 

A na koniec zimny prysznic

Wojciech Janczyk, do niedawna wiceminister infrastruktury, w wywiadzie udzielonym „Rzeczpospolitej” na pytanie, jakich dochodów spodziewa się po wprowadzeniu winiet, odpowiedział: „Nie mniej niż 1,5 mld zł. Realistycznie szacujemy, że powinny one wynosić 1,2-1,5 mld zł.”. Abstrahując od pokrętnej logiki tej odpowiedzi (na wszelki wypadek wyjaśnijmy panu b. wiceministrowi, że użycie w pierwszej części zdania określenia „nie mniej niż 1,5 mld”, wyklucza „realistyczną” możliwość, iż wyniosą one „1,2 mld zł.”) warto przestrzec rząd, że grubo przeszacowuje przyszłe korzyści (podobnie jak Marek Belka przychody z podatku od oszczędności). Po pierwsze, koszty transakcyjne winiet będą strasznie wysokie i spokojnie osiągną 20-25 proc. przychodów. Po drugie, przychody okażą się mniejsze od – w bardzo socjalistyczny sposób – zaplanowanych. 
Bo ludzie będą się bronić. Będą jeździć „na gapę”. Oczywiście do walki z gapowiczami rzuci się ostatnie rezerwy policyjne, ale to tylko uruchomi nieformalną redystrybucję dochodową między posiadaczami samochodów i funkcjonariuszami. Poza tym Polacy dowiodą niemożliwego. Znajdą sposób, aby przejechać ze Świnoujścia do Ustrzyk Górnych i ani razu nie wjechać na drogę krajową. To, jakie piekło powstanie na drogach lokalnych (na których nie będzie policji pilnującej winiet) i jaki w efekcie będzie ich stan, już jednak w najmniejszym stopniu Marka Pola nie obchodzi. 

 








Do Lublina wzdłuż Wisły

Na tych, którzy wybiorą się w przyszłym roku autem bez winiety z Krakowa do Lublina, czeka wspaniała przygoda. Z Krakowa trzeba wyjechać drogą 776 na Proszowice (wspaniały kościół gotycki z XV w.), Kazimierzę Wielką (średniowieczna wieża kościelna oraz dwór z XVIII w.), Wiślicę (wiadomo – statuty oraz Nadnidziański Park Krajobrazowy). Tutaj skręcamy na drogę 771, dojeżdżamy nią do drogi 973, aby przez chwilę wracać nią na południe do Nowego Korczyna (gotycko-barokowy zespół klasztorny i klasycystyczna synagoga), miejsca przeprawy przez Wisłę. Za mostem, w Kozłowie, skręcamy w lewo, aby prawym brzegiem królowej rzek jechać na Sarnocicie, Bolesław, Mędrzechów, aż do Szczucina (ładny kościół z XVII w.). W Szczucinie łapiemy drogę 982 i jedziemy nią nad Wisłą aż do Krzemienicy. Ci, co wolą piękne widoki, skręcą tu w lewo, aby utrzymać się na pobrzeżu i dojechać do Baranowa Sandomierskiego przez Rożniaty i Zaduszniki. Natomiast osoby ceniące wygodę mogą nadłożyć parę kilometrów jadąc do Baranowa drogą 985. (Baranów – zdaniem wielu najpiękniejszy polski zamek z przełomu renesansu i manieryzmu). A z Baranowa drogą 871 pędzimy do Tarnobrzegu i dalej drogą 723 do Gorzyc. W Gorzycach przesiadamy się na drogi 854 i 824, by – cały czas nad Wisłą – mknąć przez Annopol, Józefów (Wrzelowicki Park Krajobrazowy), Piotrawin (kościół gotycki z 1442 r., miejsce spoczynku Piotra Strzemieńczyka wskrzeszonego przez bpa Stanisława Szczepanowskiego), do Kazimierza Dln. (patrz Sandomierz), gdzie w Bochotnicy skręcamy drogą 830 na Wąwolnicę (XIX-wieczny kościół parafialny ze słynącą z cudów figurą Matki Boskiej) i na Nałęczów (patrz Kazimierz). 
Nakładamy wprawdzie kilkadziesiąt kilometrów, ale: poznajemy jedną z najpiękniejszych części ojczystego kraju, a na dodatek, na zakończenie trasy nabywamy prawo, aby lewą rękę przełożyć przez, ugiętą w łokciu, rękę prawą. Ów gest wskazuje, także osobom nie znającym polskiego, sposób w jaki „babcia koszyk nosiła”. Natomiast wyprostowany, i bijący prosto w niebo wskazujący palec prawej ręki, jest powszechnie znanym w świecie symbolem naszego zwycięstwa i porażki przeciwnika, Przeciwnika, o którym jesteśmy skłonni wyrażać się niepochlebnie.









Szwajcaria: autostrady – 19 807 km
(1 673 km autostrad federalnych i 18 134 km kantonalnych) 
roczna opłata – 59 euro 
opłata w wysokości 1 euro upoważnia do jeżdżenia po 340 km

Austria: autostrady – 1613 km 
roczna opłata – 72,60 euro 
opłata w wysokości 1 euro upoważnia do jeżdżenia po 21 km

Czechy: autostrady – 499 km 
roczna opłata – 20 euro 
opłata w wysokości 1 euro upoważnia do jeżdżenia po 25 km

Słowacja: autostrady – 295 km 
roczna opłata – 10 euro 
opłata w wysokości 1 euro upoważnia do jeżdżenia po 29 km

Polska: autostrady – 268 km 
roczna opłata – 45 euro 
opłata w wysokości 1 euro upoważnia do jeżdżenia po 6 km

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 37 (2775), 15 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl