Kultura w szponach polityki


Pióra i maczugi

Andrzej Werner



Z pewnością nie byłem wyjątkiem, włączając do swoich nieśmiałych marzeń o wolnej Polsce kulturę, w której słowo i obraz znaczą tyle, co słowo i obraz. Bez dodatkowych gierek, które ze sztuką i jej wartościami nie mają nic wspólnego, bez świętych krów i etatowych przeciwników, o których nawet myśleć nie warto, a co dopiero z nimi dyskutować. O, naiwny! 


Sztuka zawsze szuka jakiejś prawdy; może to być poznanie świata i ludzi, może prawda wyrazu własnych myśli i uczuć, prawda spowiedzi, można wreszcie tę prawdę rozumieć jako wewnętrzny aspekt dzieła – domenę konstrukcji i formy. Polityka natomiast swojej prawdy nie szuka, lecz w najlepszym przypadku z góry ją zakłada. Polityka realizuje się w porządku odpowiedzi, a nie pytań. W końcu własna prawda ginie jej z oczu i przestaje być do czegokolwiek potrzebna: liczy się skuteczność, a tę łatwiej osiągnąć, gdy działań nie krępują żadne przekonania. 
Krępujące sztukę związki z polityką wielokrotnie prowokowały artystów do ucieczki z terenów, na których mogłoby dojść do niepożądanych spotkań, oznaczających z reguły podporządkowanie, utratę autonomii, zaprzeczenie własnemu powołaniu. Skłaniało to do wyjścia poza swoje miejsce i czas – w sferę uniwersalną, albo do rezygnacji z funkcji wyrażania, z jakichkolwiek związków ze światem zewnętrznym. Czy jest to jednak taktyka skuteczna, czy i takiej, autonomicznej sztuki polityka nie potrafi wciągnąć w orbitę swoich interesów? 
W latach pięćdziesiątych wyklęto sztukę, która świata nie przedstawiała. Odmawiano racji bytu sztuce abstrakcyjnej i wszelkim wieżom z kości słoniowej. Świat należało przedstawiać w postaci zaciśniętych robotniczych pięści (gdy rzecz dotyczyła świata Zachodu) albo w postaci promiennych traktorzystek (gdy rzecz miała miejsce pod zawsze słonecznym niebem socjalizmu). Bywało też inaczej: po wprowadzeniu stanu wojennego minister kultury Żygulski masowo kupował malowidła abstrakcyjne, a chętnym producentom takowych przyznawał specjalne stypendia. Nie cieszyło się to jednak specjalnym powodzeniem, bo artyści chcieli akurat malować zaciśnięte w proteście robotnicze pięści (choć rzecz dotyczyła socjalistycznego świata). Płynie stąd jeszcze jedna nauka: nie zawsze należy uciekać od swego czasu i miejsca, bo jest to ucieczka od materii życia, która i w sztuce nas najbardziej przejmuje. Jak zatem tę materię wobec polityki impregnować?

Kultura na biegunach

Przez cały wiek dziewiętnasty i część dwudziestego (wraz z latami PRL-u), literatura w Polsce, ale przecież nie tylko literatura, zawdzięczała żywość odbioru, a co za tym idzie i społeczne znaczenie, właśnie związkom z szeroko pojętą polityką. Nie rezygnowała z powinności sprawom nadrzędnym dla całej zbiorowości. Dzięki temu nie zeszła na margines życia zbiorowego, przeciwnie, strzegła jego centrum, a nawet więcej – tożsamości. 
Warto jednak przypomnieć cenę, jaką za to płaciła. Cena ta była jaskrawo widoczna w czasach PRL-u. Równie nieprzyjemny jak cenzura i – kto wie czy nie bardziej dla kultury szkodliwy – był moralny obowiązek solidarnego oporu przeciw uzurpacjom władzy. Solidarnego, to znaczy uznającego wyższość argumentów politycznych nad wszelkimi innymi kwestiami, z definicji uznanymi za drugorzędne. Osobie, która znajdowała się po drugiej stronie barykady, zwłaszcza jeśli wsławiła się szczególnie służalczą wobec władzy postawą albo jakimś malowniczym politycznym świństwem, nie wypadało przyznać racji ani pochwalić, choćby w konkretnej sprawie miała rację albo popełniła coś warościowego artystycznie. 
Miałem własne, zabawne – ale zabawne dopiero dziś, po latach – doświadczenie. Przez długi czas prześladował mnie upiór, mój imiennik Andrzej Werner. Zdarzało mu się pisywać, np. instruktywną książkę pt. „EWG a RWPG”, a ponadto artykuły w jakichś dziwnych miejscach, jak na przykład „Prawo i Życie”, w okolicach 68 roku. Otóż właśnie w tym czasie, zaraz po Marcu, w gorącej jeszcze atmosferze, tenże Andrzej Werner opublikował w „Kulturze” (bynajmniej nie tej Giedroyciowej) recenzję z książki napisanej przez warszawskiego filozofa. Bardzo chwalona przezeń książka była monografią twórczości Charlesa Peirce’a. Ale nie w tym rzecz. Jadowitość okoliczności polegała na tym, że autor tej monografii znany był nie tyle ze swoich myślowych osiągnięć, ile z faktu, że własnoręcznie bił studentów podczas manifestacji na wydziale. Po tej „mojej” publikacji paru znajomych nie odkłoniło się na ulicy i chcąc nie chcąc musiałem wydzwaniać po świadomych rzeczy ludziach, a nawet zamieściłem w „Kulturze” króciutkie sprostowanie, że nie chcę sobie przywłaszczać zasług itd. Telefony przyjmowane były na ogół życzliwie: jak się cieszę, że to nie ty, bo przyznam, że się zmartwiłem. I tylko dwie osoby zachowały olimpijski spokój: nie przejmuj się, to akurat zupełnie niezła książka (wtedy się jeszcze dużo czytało). Byli to Bronisław Baczko i Jan Strzelecki. 
Niebezpieczne, źle widziane było także krytykowanie twórczości czy osoby, należącej do tej samej, w dwudzielnym podziale politycznym, drużyny. No właśnie: twórczości czy osoby? Bo nawet, jeśli to była krytyka twórczości, odczytywana była zawsze jako wymierzona w osobę. Istniało nawet wymowne określenie na tego rodzaju krytykę: donos. Zwłaszcza jeśli przedmiotem krytyki była twórczość (osoba) pisarza (artysty) aktualnie znajdującego się w głębokiej niełasce władzy czy wręcz prześladowanego. Racje merytoryczne nie miały wówczas większego znaczenia. Odwróconym wariantem takiej sytuacji była krytyka na oficjalne, partyjne zamówienie: niezmiernie zatroskana artystyczną degradacją polskiej sztuki, która miast ambitnie drążyć nowe drogi wyrazu, ulega trywialnej publicystycznej tendencji. Taki był tenor m.in. oficjalnej krytyki kina „moralnego niepokoju” w drugiej połowie lat siedemdziesiątych.
Nielicznym starczało odwagi, by wyłamywać się z jakże szkodliwego obyczaju partyjnej dwudzielności intelektualnych dyskusji w rodzimym życiu kulturalnym. Szkodliwego również i z tego powodu, że do racji dochodzi się przecież w dyskusji między stanowiskami zbliżonymi, gdzie pole wartości jest w jakiejś mierze wspólne, dzięki czemu odmienne stanowiska choć kłócą się, spierają, ale rozmawiają ze sobą. Podczas gdy stanowiska diametralnie sobie przeciwstawne mogą pozwolić sobie co najwyżej na spisanie protokołu rozbieżności. Kołakowski mógł dyskutować z Pomianem, Baczką czy Walickim, ale dyskusja z Werblanem byłaby całkowicie bezprzedmiotowa. A i z Schaffem nie za bardzo było o co się spierać. Tymczasem kierunki sporów w kulturze PRL-u polaryzowały się, zwłaszcza w momentach napięć społecznych i politycznych: im większe napięcia, tym większa polaryzacja. Była to więc dwubiegunowość o jawnie politycznym charakterze. 
Przymusowa polityzacja życia kulturalnego była czymś niezmiernie dolegliwym. Wprowadzała nieautentyczność w tę sferę myśli i życia, którą najbardziej chciałoby się od tej zmory – jakże charakterystycznej dla całej schizofrenicznej egzystencji w realnym socjalizmie – uwolnić. W jej imię prowadzono wiele batalii w naszej kulturze. W pewnym sensie ten rodzaj polityzacji życia kulturalnego uznać można za zwycięstwo represyjnej polityki komunistów, opozycyjnie do niej nastawione środowisko przejmowało bowiem w ten sposób narzucony mu język. Nie oceniam, nie twierdzę, że można było inaczej – stwierdzam jedynie fakt wraz z towarzyszącym mu uszczerbkiem dla kultury. 

Wolna, czyli zniewolona

Z pewnością nie byłem wyjątkiem włączając do swoich nieśmiałych marzeń o wolnej Polsce kulturę, w której słowo czy obraz znaczą tyle, co słowo i obraz, bez dodatkowych gierek, które ze sztuką i jej wartościami nie mają nic wspólnego, bez świętych krów i etatowych przeciwników, o których nawet myśleć nie warto, a co dopiero z nimi dyskutować. 
O, naiwny! Naiwność jest wpisana w samą istotę marzeń, tym razem jednak przekroczyła dopuszczalne proporcje. Jeszcze przed wojną na górze zaczęła się mrówcza, podjazdowo wyniszczająca wojna na dole, klarowną sytuację binarnego podziału (czasem tylko zakłócanego przez frakcyjną zarazę) zastąpiły dziesiątki ugrupowań prowadzących własną politykę kulturalną, to znaczy na własny sposób podporządkowujących racje kultury racjom polityki. Święte krowy rozmnożyły się w tempie zastraszającym, tym bardziej zadziwiającym, że przyspieszony proces rozrodczy objął również nieboszczyków, którzy stali się kamieniami węgielnymi ideowej tradycji i patronami kolejnych ugrupowań politycznych. Najbardziej nawet poczciwa filologia uniwersytecka stała się nagle zbiorem zjadliwie politycznych wypowiedzi. 
Można oczywiście uporządkować tę mapę różnorodnych stanowisk polityczno-kulturalnych według podziału na lewicę i prawicę, ze świadomością wszakże, iż w tym przypadku jest on jeszcze bardziej mętny niż w samej polityce. Skoro jednak sami uczestnicy polityczno-kulturalnych batalii się do niego przyznają, a spory wokół pewnych nazwisk istotnie polaryzują opinię według prawicowej i lewicowej identyfikacji i poczucia zbiorowej tożsamości, to warto może pewne jego kontury zachować. Z tym tylko zastrzeżeniem, iż nie będziemy nazywać lewicą obozu postkomunistycznego. Zajmuje się on sprawami „poważniejszymi” niż kultura, do sporów o tradycję praktycznie się nie wtrąca, własnej tradycji i patronów woli nie nazywać. Co zresztą można uznać za ważny czynnik weryfikujący tę jakoby lewicową tożsamość.
Jednym z pierwszych i najważniejszych przejawów nowej polityzacji literatury była gorączka lustracyjna. Nie będę się tu wypowiadał na temat potrzeb, pożytków, względnie niebezpieczeństw i szkód płynących z lustracji według kryteriów moralnych, społecznych i politycznych. Tyle już na ten temat powiedziano. Tutaj interesują mnie wyłącznie konsekwencje w sferze kultury – i to raczej wąsko rozumianej. 
Narzucającą się korzyścią jest rozładowanie emocji; powiedzieliśmy sobie, co trzeba, winy zostały wyznane, sprawiedliwości stało się zadość, zaczynamy od nowa w czystej sytuacji, bez wielkich złudzeń, ale i bez niedomówień, bez trupa w szafie. Polityczny gruz został usunięty, zajmujemy się teraz kulturą – a więc powstaje sytuacja, o której tu poniekąd marzę. Kłopot jedynie w tym, że tak mają się rzeczy na odległej wyspie zwanej Utopią, z pewnością zaś nie w dorzeczu Wisły, a od niedawna i Odry. Nigdy nie będzie zgody w kwestii winy, inaczej będzie ona wyglądała dla żądnych skruchy i pokajania, inaczej od środka. Dla pierwszych nigdy nie będzie wystarczająca, dla drugich – nigdy zrozumiana. 
Moralistyczne roszczenia rugują możliwość zrozumienia złożonego procesu historycznego i katalogu możliwych wyborów stojących przed jednostką. Pół biedy jeszcze, kiedy kulturowa lustracja wynika z poczciwej potrzeby wiedzy i sprawiedliwości. Tak bywa, ale częściej jest inaczej. Lustracja jest maczugą, która pozwala unieszkodliwić przeciwnika politycznego. Maczugę kierujemy niekoniecznie bezpośrednio w przeciwnika. Skuteczniejsze wydaje się niekiedy lustrowanie nieboszczyków. Szczególnie, gdy nieboszczyk ten jest kreowany (mniejsza już czy zasadnie) na ideowego patrona nie lubianej grupy politycznej, czy jej autorytet moralny. Niekończący się serial sporu o Józefa Mackiewicza jest jednym z dobitnych na to przykładów. Trudno sobie wyobrazić, aby spojrzenie apolityczne, ograniczone do maksymalnie zobiektywizowanego oglądu dzieła i życia pisarza, mogło zostać tak właśnie odebrane po obu stronach politycznego sporu. Co gorsza polityczna interpretacja wrosła już w zwykłych odbiorców. 
Najbardziej jednak gorszącym, a i wskazującym na stopień politycznego zatrucia, partyjnictwa był spektakl, który nam zafundowano rozdmuchując konflikt, jaki miał kiedyś miejsce między Zbigniewem Herbertem i Czesławem Miłoszem. Spektakl tym bardziej szkodliwy, że wykorzystano w nim wielkich twórców i wielkie autorytety, że szło w nim nie tyle o to, by wywyższyć swojego faworyta, wpisując go zarazem, mniejsza czy zasadnie, w poczet własnych patronów, ale że czyniono to starając się poniżyć przeciwnego (?) na swym słońcu Boga. 
Być może wynika to w ostatecznym rachunku z frustracji. Demokracja plus media wyznaczają obszar, na którym głos artysty, pisarza, kogoś, kto pretenduje do roli wieszcza, znaczy już bardzo niewiele. Powiedziałbym nawet, że im większy to artysta, tym mniej ponad tłum się wybije. Jego wielkość zaświadczać będą inne znamiona niż chęć przypodobania się tym, którzy tę wielkość statystycznie podeprą. A bez wpływu na masę głos Mickiewicza wydaje się być równoważny głosowi Kowalskiego. Wielcy artyści rzadko się jednak frustrują, świadomość własnej sztuki potrafi zastąpić marzenie, by rządzić duszami. Niestety, w tej sytuacji zaczyna ich powoli brakować.

I tak nikt mi nie uwierzy...

Lepiej oczywiście, kiedy jest więcej pieniędzy, niż kiedy jest ich mniej, lepiej, gdy nowe media służą dystrybucji dobrych, a nie marnych dzieł literackich teatralnych i filmowych, dobrej, a nie marnej muzyki, ale warunkiem będzie zawsze istnienie tych dzieł. Od wszystkich zewnętrznych czynników wpływających na niezbyt radosny stan kultury wyższej stokroć ważniejsze są przyczyny wewnętrzne, czyli po prostu – brak armat. Gdybym czytał wspaniałe książki, które nie mogą znaleźć wydawcy, scenariusze, z których nie mogą powstać wybitne filmy, partytury bez wykonawców, wiedziałbym, że dokonuje się zbrodnia na żywym ciele kultury. Widzę niegodziwości, ale jeśli chwast dusi pożyteczną roślinę, znaczy, że tyleż chwast mocny, co roślina słaba. Warto postulować rozsądną opiekę dla wartościowej twórczości, ale nie mniej warto przyjrzeć się czasem własnym słabościom i ograniczeniom.
Myślę, że fałszywa świadomość, każąca patrzeć na kulturę przez polityczne okulary, jest nie tylko objawem tej słabości, ale i jedną z istotniejszych jej przyczyn. Dla polityków ważniejszym wskaźnikiem niż rzeczywistość są poglądy wyborców, urabiane przez media, które z kolei są kontrolowane, przynajmniej częściowo, przez tych samych polityków. Czy zbiorowej świadomości przeniesionej w krainę medialnej fikcji kultura wyższego rzędu potrafi przeciwstawić twardy grunt prawdy wydartej rzeczywistości? Czy też, przeciwnie, sama będzie wpisywała się w błędne koło fikcji, tworząc polityczne dyskursy, traktując inne dzieła kultury jako jawne czy ukryte deklaracje polityczne, bądź też prowadząc grę szklanych paciorków, programowo zrywając odpowiedzialny kontakt z otaczającym nas światem? 
Protestując tu przeciw szponom polityki zagłębionym w ciągle jeszcze żywe ciało kultury praktycznie uniemożliwiam sobie analizę aktualnych przypadków politycznych nieporozumień wokół problemów, które mogłyby się stać przedmiotem dyskusji merytorycznych, a zamieniają się w polityczną pyskówkę. Bo musiałbym wejść w szczegóły racji osób dyskutujących na przykład o ostatnio wydanych książkach krytycznych Tomasza Burka, a nie ma możliwości, by moje sądy zostały potraktowane jako merytoryczne, to znaczy odwołujące się bez reszty do literatury, bez podejrzeń, że jest to kolejna prezentacja upodobań i antypatii politycznych. Pewnie stanie się tak również wtedy, gdy dodam w tej kwestii jedynie kilka słów, ale zaryzykuję. Trudno nie uznać, że Tomasz Burek jest w pewnym stopniu współwinowajcą zamieszania wokół jego nowej twórczości krytycznej. Bo i sam polityzował kulturę, to znaczy spoglądał na literaturę i życie literackie przez okulary politycznych antypatii, choć przede wszystkim w tych formach gatunkowych, które w jakimś stopniu usprawiedliwiają uproszczenia, złośliwości, językową popędliwość. Nie znaczy to jednak, że całość twórczości krytycznej Burka po przełomie daje się sprowadzić do widzenia zjawisk literackich w kategoriach partyjno-politycznych. Że na przykład ceni poezję Krzysztofa Karaska tylko dlatego, by go przeciwstawić Zagajewskiemu, Krynickiemu lub Barańczakowi, o nich zaś wyraża się z przekąsem tylko ze względu na to, że ich hołubi „Gazeta Wyborcza”. Podobnie z prozaikami młodszej generacji: Tokarczuk, Tulli czy Vargą. Czy jeśli nie wstrząsa mną pisarstwo Krzysztofa Vargi, znaczy, iż jestem wrogiem „Gazety Wyborczej” i Adama Michnika w szczególności? Szkoda, że Janusz Anderman zauważając w „Gazecie” szacunek i sentyment Burka do twórczości Iwaszkiewicza nie dostrzega tu argumentu przeciw własnym wywodom, bo przecież programowy antykomunizm kazałby raczej redukować pisarstwo pana na Stawisku do politycznego konformizmu. Zamiast obdarzać Burka pochwalnymi epitetami ze względu na minione zasługi, lepiej byłoby zapytać, czemu czyni to, co czyni, zakładając że przynajmniej część tych zasług jest nadal aktywnym kapitałem myślenia krytycznego. 
Tak to już jest, że łyżeczka politycznego dziegciu zepsuje beczkę najbogatszej twórczości: choćby były w niej obszary krytycznej niewinności, obszary całkowicie niezależne od aktualnych pojedynków politycznych, nikt nie uwierzy – przynajmniej w takiej atmosferze kulturalnej, jaka dziś u nas panuje – w bezinteresowność twojego krytycznego sądu. Każde zdanie będzie dowodem, że uczestniczysz w spisku politycznym Żydów i masonów, albo uknutego przeciw Żydom i masonom.
Dość. Nie mam najmniejszego zamiaru mniemać albo i nie mniemać, kto rację w tym sporze ma, a u kogo jej nie dostaje. Winni są wszyscy, bo wybrali zły język dyskusji o kulturze czy też pozwolili, aby ten język ich wybrał. Ratunku! Nie dajmy się zwariować. 

Andrzej Werner – krytyk literacki i filmowy, profesor Instytutu Badań Literackich PAN i Akademii Teatralnej w Warszawie, wydał m. in. książki: „Zwyczajna apokalipsa”, „Polskie, arcypolskie”, „Dekada kina”.

Tytuł i śródtytuły artykułu pochodzą od redakcji „TP”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 37 (2775), 15 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl