Johannesburg 2002: głód i AIDS 


„Dyktator dawał chociaż żyć”

Jan Trzciński z Malawi (Afryka Południowo-Zachodnia)



To jeden z trzech – obok Zambii i Mozambiku – krajów świata, najbardziej zagrożonych klęską głodu, którego społeczeństwo żyje
w ciągłym strachu. Za rządów dożywotniego prezydenta Kamuzu Bandy ludzie bali się głównie reżimu. Teraz nie daje im żyć lęk przed śmiercią z głodu oraz przed epidemią AIDS. 



Młodziutki ogrodnik mozolnie ciągnie po ziemi cmentarza w stołecznym Lilongwe szlauch do podlewania roślin. Za chwilę spłowiała od skwaru trawa, otaczająca tonącą w kwiatach i wieńcach mogiłę Kamuzu Bandy – najbardziej charyzmatycznego dyktatora w historii Afryki – dostanie swą porcję wody, bez której musi się obejść reszta okolicznej flory. Upał spowalnia ruchy ogrodnika, a policjantów z pobliskiego punktu kontrolnego (na który składa się połatany namiot i dwa zydle) zmusza do opuszczenia posterunku i ucieczki w cień. Za czasów Bandy taka niesubordynacja byłaby nie do pomyślenia, podobnie jak dziesiątki innych rzeczy, składających się na codzienność Republiki Malawi, niewielkiego kraiku nad jeziorem o tej samej nazwie, wciśniętego między Mozambik, Zambię i Tanzanię.
 
Jedyna megagwiazda 

Na straganach największego bazaru w Lilongwe króluje reggae: Bob Marley, Burning Spear, Junior Kelly. I najjaśniejsza z lokalnych gwiazd: Lucius Banda (zbieżność nazwisk przypadkowa), cieszący się opinią buntownika i nazywany przez ludzi „Żołnierzem”. Luciusowi zdecydowanie nie odpowiadały rządy Kamuzu, ale i będący dziś u władzy Zjednoczony Front Demokratyczny (UDF) okazał się dlań koniec końców rozczarowaniem. Lucius opowiada teraz w gazetach, że czuje się zagubiony i wzdycha: „Ciężko jest bojownikowi o wolność, gdy się już tę wolność wywalczy”, a w tytule swej najnowszej płyty pyta retorycznie: „Jak długo?” (How long?). Na jej okładce prezentuje się w rynsztunku twardego, czarnego mężczyzny z nowojorskiego Bronksu: ciężki skórzany płaszcz i skrywające wzrok okulary. Wiadomo: „Żołnierz” zawsze gotowy. Co prawda UDF nie przypomina na pozór ekipy Kamuzu, ale strzeżonego...
Z drugiej strony przy kłopotach, jakie miewali szansoniści w erze dyktatora Bandy, obawy Luciusa wydają się przesadzone. I nie chodzi jedynie o restrykcje obyczajowe, z którymi można się było zapoznać kiedyś już na lotnisku: na długowłosych mężczyzn czekał fryzjer, a kobietom tłumaczono dobitnie, że w Malawi nie nosi się mini. Ci, którzy nie chcieli słuchać dobrych rad, wracali pierwszym samolotem tam, skąd przylecieli. 
O tym, że przyjezdni musieli wówczas znać swoje miejsce w szeregu, przekonał się choćby Percy Sledge, ten od „When a man loves a woman”, który dla części świata był megagwiazdą, ale nie trafiało doń, że Malawi leży w części zupełnie innej. Tu jedyną gwiazdą był Jego Ekscelencja Dożywotni Prezydent Ngwazi Doktor Hastings Kamuzu Banda (tytuł konstytucyjny; Ngwazi oznacza „wodza wodzów i zdobywcę”) i dla niego zastrzeżone były przywileje. Sledge zapłacił za faux pas, jakie popełnił wjeżdżając odkrytą limuzyną przez główną bramę stadionu, gdzie miał się odbyć koncert i pozdrawiając zebrane tłumy. Jego występ skończył się, nim jeszcze się rozpoczął: koncert odwołano, a obrazoburcę deportowano. 

Naród głoduje, prezydent za granicą 

Malayina to drzewo o owocach tak trujących, że tam, gdzie spadną, już nie wyrośnie trawa. Władze zabraniają sadzenia tej rośliny, która niszczy też do cna uprawy kukurydzy, podstawy wyżywienia Malawijczyków. Ale przekorny naród nic sobie z zakazu nie robi i sadzi malayinę na potęgę. Powód: drzewo to rośnie szybko jak bambus, a jego drewno jest doskonałym materiałem na opał.
Kukurydza, z której robi się ciasto zwane nsimą-nsima, ma tu takie znaczenie jak u nas ziemniaki czy chleb – chronicznie jej brakuje na skutek klęsk, na zmianę: suszy i powodzi. Dla wielu rodzin oznacza to śmierć. Według oficjalnych danych w Malawi w ostatnich miesiącach zmarło z głodu trzysta osób, a blisko 70 proc. z 11 mln Malawijczyków codziennie nie dojada. Tylko szpital w największym mieście Blantyre przyjmuje codziennie dziesięcioro dzieci cierpiących na różne dolegliwości wywołane niedożywieniem. W niektórych miejscowościach przed szpitalami koczują całe rodziny chorych, ale nie po to, by czuwać nad losem bliskich. Przeciwnie: to chorzy, których podczas pobytu w szpitalu byle jak, ale jednak karmi państwo, dzielą się z krewnymi swymi racjami. 
Nad wygłodniałym Malawi pochyla się czasem litościwie bogata RPA: widać, stara miłość nie rdzewieje. Wystarczy, że władze w Pretorii sprezentują władzom w Lilongwe kilkadziesiąt tysięcy ton kukurydzy, a wiadomość o tym przez długi czas nie schodzi z pierwszych stron gazet. I tylko tygodnik „Oko Narodu” (People’s Eye), prawdziwy – jak pisze o sobie – głos tych, którzy głosu nie mają, ciągle gromi rząd. „W kraju brakuje kukurydzy, a prezydent Bakili Muluzi wraz z otaczającą go 50-osobową świtą bogaczy wciąż bawi, wiadomo za czyje pieniądze, na zagranicznych wojażach” – grzmi „Oko”. 
Kamuzu nigdy by sobie na taką (ani na żadną inną) krytykę nie pozwolił. „Cokolwiek mówię, jest prawem. Tak, prawem. W tym kraju tak jest” – zwykł powtarzać największy demokrata Malawi. „Jak to jest, że przywódca mówi jedno, a ktoś inny drugie? To kto w końcu jest przywódcą? To nie jest system obowiązujący w Malawi. System obowiązujący w Malawi to taki system, że jak Kamuzu coś mówi, to tak ma być. Nie może być tak, żeby wszyscy decydowali” – przekonywał w przemówieniach. Tym, którzy nie rozumieli, pozostawała emigracja. Ci zaś, którzy nie uciekli i nie zamilkli, gnili w więzieniach, bądź – jak komuniści, których Banda nienawidził najbardziej – kończyli w bagnie pełnym krokodyli.

Dyktator w meloniku

Kamuzu urodził się w 1899 r. w Niasie, jak wówczas nazywało się Malawi. Jako nastoletni chłopak przewędrował piechotą 1500 km, by szukać pracy w kopalniach złota w RPA. Tam wpadł w oko szkockim prezbiterianom, którzy wysłali go do szkoły, a potem na studia medyczne do USA i Anglii. Banda praktykował później przez 20 lat w Wielkiej Brytanii i pełnił odpowiedzialne funkcje w kościelnej hierarchii. Nie pił alkoholu, żył w celibacie i ubierał się z elegancją, której pozostał wierny nawet w wilgotnej Afryce: trzyczęściowy, czarny najczęściej garnitur i melonik. Niektórym kojarzył się z przedsiębiorcą pogrzebowym, ale też z powagą i statecznością. Biała klientela garnęła się więc do gabinetu czarnego doktora.
Dolce vita skończyło się, gdy Kamuzu wdał się w romans ze swą białą sekretarką i spłodził dziecko. Państwo młodzi, zmuszeni opuścić Wielką Brytanię, udali się do Złotego Wybrzeża (Ghany) rządzonego przez poznanego przez Bandę w Londynie Kwame Nkrumacha, legendarnego pierwszego czarnego przywódcę postkolonialnej Afryki. Banda i Nkrumach lubili się, a Kamuzu (starszy od swego gospodarza) mówił o Kwame per „my boy”. Ale po czterech latach, w 1958 r., oskarżany o paranie się nielegalnymi aborcjami, Banda opuścił Ghanę.
Postanowił wrócić w rodzinne strony, do Niasy. Choć nie znał podobno lokalnego języka cziczewa i nie miał żadnych krewnych (co w Afryce budzi ogromne zdumienie), towarzysze z walczącego z kolonializmem Afrykańskiego Kongresu Niasy, w którego działalność się zaangażował, uczynili go z szacunku dla wieku i wykształcenia swym przywódcą. Kamuzu zaktywizował Kongres i trafił nawet za swą działalność do więzienia. Niedługo po tym, jak odzyskał wolność, Brytyjczycy zgodzili się na rozpad Federacji Rodezji Północnej, Południowej i Niasy – to obecnie Zambia, Zimbabwe i Malawi. 6 lipca 1964 r. na świat przyszła Republika Malawi; Malawi znaczy w cziczewa światło, jasność, promień.
W nowym państwie Banda został prezydentem (od 1971 r. dożywotnim), premierem i szefem połowy ministerstw. Ubierał się jak zawsze w garnitur i melonik, do których doszła wodzowska packa na muchy, wykonana z grzywy lwa. Do narodu zwracał się po angielsku. Aby umożliwić zdolnym nastolatkom naukę na wyższym poziomie, założył Akademię Kamuzu, ze strukturą opartą na brytyjskiej szkole Eton. Sprowadzani z Brytanii wykładowcy wbijali młodym Malawijczykom do głów grekę i łacinę. „Nie ustawajcie w nauce – apelował Banda do słuchaczy na rozpoczęcie roku szkolnego – gdyż bez znajomości tych języków nie dacie sobie rady we współczesnym świecie”.
Zasady polityki zagranicznej Kamuzu były proste: żadnego flirtu z socjalistami czy komunistami i żadnego wtrącania się w sprawy innych państw. Cieszyło to Zachód i rządzoną przez białych segregacjonistów RPA, którzy nie szczędzili czarnemu sojusznikowi pieniędzy. Banda utrzymywał nadto doskonałe stosunki z Izraelem, a ten z wdzięczności szkolił Młodych Pionierów – elitarne skrzydło trzęsącej krajem Malawijskiej Partii Kongresowej – głównie zresztą pod kątem ich przyszłej pracy w służbie bezpieczeństwa. 
Zyski płynęły również z dwóch przedsiębiorstw, kontrolujących cały przemysł i rolnictwo. Obie firmy należały do Bandy. Ale dyktator potrafił się dzielić i wysyłał czeki nawet... Nelsonowi Mandeli, wojującemu z tak lubianym przez Bandę reżimem w Pretorii. „Mógłbym wygłosić o nim wiele złych opinii, ale muszę przyznać, że robił on również mnóstwo dobrych rzeczy, o których inni nie wiedzieli – wspominał Mandela po śmierci Kamuzu. – Słał czeki i o nic w zamian nie prosił”.
W 1993 r. przyciśnięty do muru dyktator – coraz głośniej krytykowany przez malawijski Kościół katolicki i Zachód za łamanie praw człowieka – zgodził się na referendum w sprawie ustroju państwa. Wyborcy opowiedzieli się w nim za systemem wielopartyjnym. Rok później Banda przegrał w wyborach prezydenckich z Bakilim Muluzim, niegdyś swym stronnikiem, a później wrogiem. Po śmierci eksdyktatora w 1997 r. (w wieku 99 lat) Muluzi ogłosił tydzień żałoby: ciało Kamuzu wystawiono w pałacu prezydenckim w Lilongwe, zbudowanym za pieniądze RPA, i liczącym 144 komnaty, w którym Banda spędził podobno za życia tylko jedną noc. Kolejki ludzi, którzy przyszli oddać cześć zmarłemu, nie miały końca. Wielu przyjechało tylko po to, by przekonać się, że Dożywotni Prezydent naprawdę nie żyje. W pogrzebie wzięło udział 100 tys. osób. 

HIV: jeden na jedenastu

Obecny prezydent Muluzi, nazywany przez swych wyznawców Największym Zdobywcą, kocha swój wizerunek. Dlatego – podobnie jak to było za Bandy – jego portrety wiszą we wszystkich urzędach. Kwartalnik „BBC Focus on Africa” twierdził, że różnica polega na tym, że za niewywieszenie fotografii prezydenta nie ląduje się dziś w więzieniu. 
Innymi sukcesami Muluzi pochwalić się nie może. Odkąd spadła koniunktura na herbatę i tytoń – z uprawy i handlu którymi utrzymuje się pośrednio bądź bezpośrednio dziewięciu na dziesięciu Malawijczyków – ludziom wiedzie się coraz gorzej. Maleje i tak skromna pomoc międzynarodowa; wielu państwom nie podoba się panująca tu korupcja i złe gospodarowanie pieniędzmi. Niektórzy, ostatnio Duńczycy, całkowicie wycofują się z udzielania pomocy. 
Dobrze ma się natomiast browar, produkujący wyjątkowo tutaj octowatego Carlsberga, gorzelnia zalewająca kraj trzcinową wódką Power’s No 1, sprzedawaną wszędzie nawet w 30-mililitrowych saszetkach, przypominających opakowania od keczupu, oraz warzelnie czibuku, czyli kukurydzianego piwa, którym najchętniej upijają się mężczyźni, zdemoralizowani notorycznym brakiem zajęcia. A piją nawet najmłodsi, bo przyszłość przed nimi żadna, chyba że uznać za takową działalność w jednym z gangów rabusiów i morderców. Picie to poza tym dla wielu styl życia, o czym świadczą tłumy w barach, zwanych bottle stores. 
Próbując wskazać młodym inną drogę życia, dziennik „The Nation” prezentuje popularne zawody. Kiedyś zachwalał, jak wielką przygodą jest nauka w kształcącym maszynistów Kolejowym Centrum Szkoleniowym w Limbe. Ale kilkanaście akapitów niżej dyrektor szkoły przyznawał, że i tak nie ma dla maszynistów pracy, bo w kraju ostała się jedna linia kolejowa. 
Teoretycznie źródłem dochodów kraju mogłaby być turystyka. Jezioro Malawi jest ogromne, nie tak może jak Morze Kaspijskie, ale ogromne. I w dodatku piękne, pełne magicznych wysepek, porośniętych białymi drzewami setaniani o fantazyjnie powykrzywianych konarach. W 1914 r. brytyjski okręt „Guendolin”, używany do ścigania łodzi handlarzy niewolników, zniszczył tu niemiecką fregatę pilnującą interesów Berlina nad Niasą. Było to pierwsze brytyjskie zwycięstwo w I wojnie światowej i jedyna bitwa morska w historii jeziora.
Ale jezioro nie przyciąga wielu turystów. Przyjezdni boją się bilharzii, ciężkiej choroby jelit przenoszonej przez zamieszkujące jezioro ślimaki i inne pasożyty. Przeraża też cholera, czająca się po przybrzeżnych wsiach, która tylko w tym roku zabiła kilkaset osób. Turyści boją się też oczywiście wirusa HIV, którego nosicielami jest ponad milion Malawijczyków, jeden na jedenastu. Co roku umiera na AIDS 70 tys. ludzi. Z dnia na dzień śmierć staje się więc, tak jak głód, czymś coraz bardziej zwyczajnym i oswojonym.
„To był despota jakich mało – wspominają dyktaturę Bandy rozczarowani młodą i kulawą demokracją Malawijczycy. – Ale przynajmniej dawał jeść. A jeśli człowiek nie wchodził mu w drogę, dawał żyć. A teraz?” – pytanie zawisa w próżni.
W lepkim powietrzu Lilongwe sączy się z bazarowych głośników Marleyowska mantra o zrzucaniu kajdan, o miłości, równości i braterstwie. Burning Spear chwali Królestwo Jahwe i obala Babilon, Junior Kelly odpędza szatana, Lucius Banda pyta „Jak długo?”. I tak co dzień. Oprócz taśm w straganowych magnetofonach, nie zmienia się nic. 

Autor jest dziennikarzem i podróżnikiem, publikował m.in. w „Nowym Państwie”, „Rzeczpospolitej”, „Gazecie Wyborczej”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 37 (2775), 15 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl