Dlaczego nienawidzą Stanów?

Wojciech Stanisławski


 

Ja posiadam wielki kanion Colorado, 
Delfinów język też rozszyfrowałem ja, 
U mnie Niagara jest największy z wodospadów, 
I gwiazd pięćdziesiąt moja flaga ma! 

A ja na to: ja w niebo ślę rakiety, 
Bez wysiłku wielkich rzek zawracam bieg, 
Żal mi ciebie, lecz niestety, także trudny 
kunszt baletu
Najlepiej ja posiadłem na planecie tej! 


Jacek Kaczmarski,
„Rozmowa w porcie”



Widmo krąży po świecie – widmo Wspaniałej Ameryki, „America the Beautiful”. Wszystkie potęgi starego świata połączyły się w świętej nagonce przeciw temu widmu: ajatollah Iranu i arcybiskup Canterbury, szehid z Ramallah i antysemita z Torunia, wegetarianin z ulic Genui i kanibal z pałacu w Afryce. 



Przesada? Doprawdy, niewielka. Głowa Kościoła anglikańskiego, abp Rowan Williams, krytykuje obecną „kampanię antyterrorystyczną” w sposób tylko trochę mniej radykalny niż Noam Chomsky. Publicystyka „Naszego Dziennika” przełożona na arabski uradowałaby każdego bojownika Hamasu, a plakaty wymierzone w globalistów z Wall Street malowane na uczelniach włoskich, niemieckich i irańskich nie różnią się niczym od karykatur zamieszczanych przed pół wiekiem na łamach moskiewskiego „Krokodiła”. 

Ziarno i plewy

Pewne jest natomiast, że wyliczanka z pierwszego akapitu mogłaby być dużo dłuższa. Autorzy sparafrazowanego na wstępie zdania mieli bądź co bądź do czynienia jedynie z XIX-wieczną Europą, w której posiadanie jakichkolwiek poglądów politycznych pozostawało przywilejem oświeconych elit. Znajoma fraza „papież i car, Metternich i Guizot, francuscy radykałowie i niemieccy policjanci” trafnie charakteryzowała koalicję najważniejszych przeciwników opiewanego przez Karola Marksa komunizmu. W naszych czasach posiadanie wyrazistych poglądów i żywienie prymitywnych antypatii jest luksusem tanim i powszechnie dostępnym, a antyamerykanizm pojmowany raczej jako odruch niż koherentna doktryna polityczna jest en vogue w przeważającej części globu. 
Debata nad motywami zamachowców – szerzej, źródłami niechęci do „american way of life” rozpoczęła się w Stanach i na świecie nazajutrz po zamachu na World Trade Center. Dla Amerykanów ma ona znaczenie nad wyraz praktyczne: w przekonaniu architektów polityki bezpieczeństwa zrozumienie przyczyn niechęci może pozwolić na wcześniejszą ich neutralizację: stąd fala programów propagujących i promujących amerykański model życia, rewizja wielu dotychczasowych założeń polityki zagranicznej, kolejne miliardy dolarów kierowane na programy pomocowe. Swoistym papierkiem lakmusowym potwierdzającym wartość demokracji amerykańskiej okazał się natomiast fakt, że często przy okazji tej debaty obywatele Stanów, zamiast zasklepiać się w poczuciu krzywdy, dawali upust daleko idącemu samokrytycyzmowi, nieraz niedalekiemu od samobiczowania. Reszta świata, kibicująca coraz bardziej niekonsekwentnie i ospale antyterrorystycznej kampanii Waszyngtonu, często traktuje debatę nad praprzyczynami niechęci do USA jako okazję do rozważań nad drogami rozwoju współczesnej cywilizacji lub do udzielania ze swoistą Schadenfreude pouczeń przemądrzałym Jankesom. 
Naturalnie, najwięcej spostrzeżeń dotyczy motywacji i urazów ogromnie przecież niejednorodnego, zaczynającego się dopiero rozpoznawać jako całość świata islamu. Jego przedstawiciele nie kryją swoich emocji. „Why I hate America” („Dlaczego nienawidzę Ameryki”) – zatytułował swój szkic, gościnnie publikowany na stronach internetowych amerykańskich anarchistów, Khalid Amayreh. Khalid i setki jemu podobnych, których znaleźć można w chat-roomach globalnej sieci, tłumaczą bez najmniejszej żenady, że „Ameryka jest dla Palestyńczyków tym, czym dla Żydów były nazistowskie Niemcy”. Dziesiątki komentatorów i analityków podchodzi do tych zawstydzających nonsensów z wyrozumiałością i brakiem krytycyzmu, które aż nadto uzasadniają sarkazm Davida Horowitza, twierdzącego, że „dla lewicujących liberałów Zachodu jedyną religią możliwą dziś do zaakceptowania jest radykalny wariant islamu”. 
Nie wszystkie jednak argumenty rzeczników rozczarowanego Bliskiego Wschodu i Trzeciego Świata są równie absurdalne. Istnieją komentatorzy, zdolni do rozróżnienia ziarna od plew. Z pewnością wielka gra, która rozgrywa się w trójkącie Stany Zjednoczone – Izrael – świat islamu jest zjawiskiem niezwykle złożonym. Mówiąc o niej, brać trzeba pod uwagę i uwikłanie Waszyngtonu w lojalność wobec Jerozolimy, i ogromne zróżnicowanie wewnętrzne „świata islamu”, i jego zawiedzione nadzieje na modernizację, i gromko deklarowaną „solidarność z Palestyną”, która często jest jedynie pretekstem dla tłumów w galabijach, demonstrujących pod amerykańskimi konsulatami w Karaczi, Kuala Lumpur i Kairze. 
Omówienie relacji w tym trójkącie zasługuje na odrębny artykuł; opublikowano ich zresztą w ostatnich miesiącach bez liku (wśród najtrafniejszych wymienić można analizę pióra Fouada Ajami, którą za „Foreign Affairs” przedrukowała w styczniu br. „Gazeta Wyborcza”, teksty Michaela Kambera z „The Village Voice” czy Petera Forda z „Christian Science Monitor”). Znaczną część urazów i różnych odmian zawiści wobec Stanów świat arabski dzieli jednak z resztą świata – tym właśnie urazom i zawiściom, w różnych proporcjach i różnym stężeniu obecnym od Paryża po Montevideo, poświęcić chciałbym nieco uwagi. Co takiego się stało, że mit „America the Beautiful” nie tyle upadł, co stał się źródłem powszechnej niechęci? 

„Wszechmocny opiekun”

W pewnym sensie – choć nie tym, jaki przywołują żarliwi krytycy „american way of life” – Stany rzeczywiście skazane zostały na swój los i silna jest pokusa, by oddać się rozważaniom o losie potęg, uginających się, a z czasem – zapadających pod własnym ciężarem. Warto jednak zrezygnować z tej taniej w swoim pesymizmie historiozofii, tym bardziej, że USA są inną jakościowo potęgą niż wszystkie dotychczasowe, i emocje, jakie się przeciw nim zwracają, nie są, inaczej niż to bywało dotychczas w dziejach, konsekwencją ich okrucieństwa, ekspansjonizmu czy eksploatacji. Chodzi raczej o zawiść, jaką budzi dobrobyt i potęga Ameryki, mitologizowane i wyolbrzymiane w oczach odbiorców mediów, zawiść tym większa, im bardziej normą dzisiejszych czasów staje się postawa roszczeniowa. Ameryka dorobiła się, jeśli można się tak wyrazić, nie jednej, lecz kilku pięt achillesowych, właśnie dzięki swym zaletom i potędze. 
Po pierwsze – Stany ponoszą konsekwencje faktu zamożności swych mieszkańców i ich swobody w korzystaniu z dostępnych zasobów. Warto jednak od razu zauważyć, że dzisiejsza Ameryka, niezależnie od rzeczywistego stanu rzeczy, posłużyła jako wzorzec dla mitycznego obrazu „świata zasobności” („Pays de Cockagne”). Cały wielomiliardowy „wyklęty lud ziemi” mówiąc „powodzenie”, myśli „Ameryka”. Inaczej było jeszcze dwa pokolenia temu, kiedy to synonimami zamożności i dobrobytu bywała również Wielka Brytania lub Szwajcaria. Dziś one przecież nie zbiedniały. Przykładu najbardziej ostentacyjnej konsumpcji dostarczają zaś niewyobrażalnie bogate kraje Półwyspu Arabskiego. A jednak w oczach bezkrytycznego i zalewanego papką medialną świata rola „raju obfitości” przypadła li tylko i jedynie USA. To wyobrażenia Beverly Hills stanowią ideał nieskomplikowany, płaski i fałszywy, jak scenografia z „Dynastii”, uwodząca emerytów i gospodynie domowe Polski, Rumunii i Kamczatki. 
Tym samym zaś naturalne w swojej brutalności pytanie: „Dlaczego to nie nam przypadł w udziale taki los?” – kierowane jest jedynie pod amerykańskim adresem. Pięści ubogich w Mexico City i Ciechanowcu nie zaciskają się na myśl o willach Vancouver i paryskiego deuxieme arrondisment, lecz Big Sur. Im większa nędza, tym ten dystans i poczucie krzywdy odczuwane będzie dotkliwiej. Najbardziej rozgoryczeni będą ci, którym przypadnie w udziale garstka ryżu z worka z nadrukiem US AID. Stany nie nakarmią świata w pojedynkę: świat zaś coraz bardziej będzie tego oczekiwał. 
Odrębną odmianę tych pretensji i żalu stanowią kwestie bezpieczeństwa. Stany, „the lonely superpower”, gotowe są, kierując się już to idealizmem, już to stanowiącym jeden z fundamentów ich polityki zagranicznej pragnieniem stabilizacji na świecie, interweniować w większej ilości przypadków naruszania praw człowieka lub dochodzenia do władzy niebezpiecznych reżimów, niż zdarzyło się to jakiejkolwiek dotąd potędze. Paradoksalnie jednak – im więcej tych inicjatyw, tym więcej podnosi się na świecie zarówno oskarżeń o arogancję, jeśli nie wręcz imperializm (o czym za chwilę poniżej), co zarzutów o niepodejmowanie działań. „Ameryka jest winna, bo nie interweniuje w Bośni. Gdy po trzech latach podejmuje akcję (...), znów jest winna” – zauważył niedawno, komentując to zjawisko, Drago Jančar. 
USA krytykowane są za wszelką niesprawiedliwość, jakiej nie zapobiegły: powszechnie uznaje się, że ponoszą odpowiedzialność przez zaniechanie. Dlaczego za dopuszczenie do rzezi w Timorze i opresji w Tybecie krytykowana jest nie Francja, lecz Stany? Ponieważ stworzyły one wrażenie, że są wszechmocne. Czy rzeczywiście ich przywódcy kiedykolwiek to deklarowali? Dla analizy dzisiejszych urazów nie jest to istotne: istotny jest żal do USA, które zawiodły nadzieje na „pax Americana”. Żal do wszechmocnego opiekuna, żywiony przez rozkapryszoną „światową społeczność gapiów” – wytwór kultury zależności. Od społeczności tej nie należy się spodziewać konsekwencji. Mit Jankesów zarazem potężnych i obojętnych jest pierwszym, który może ją antagonizować, lecz drażnić ją będzie również przyjęcie przez Amerykę postawy sprawiedliwego szeryfa. 

Arogancja McDonalds’a

Również drugi słaby punkt, a zarazem źródło uprzedzeń i niechęci wobec Stanów okazuje się być konsekwencją tego, co jest źródłem ich potęgi: dynamizmu ich rozwoju gospodarczego i intelektualnego, owej przewagi w wersji „soft”. Dynamizm ten sprawia, że od połowy XX wieku narastał dystans między możliwościami technologicznymi USA a reszty świata, który dziś jest wyraźniejszy niż kiedykolwiek. Na naszych oczach kolejne wcielenie znajduje jeden z mitów towarzyszących rozwojowi Ameryki: mit „wędrującej granicy”. 
Dziewiętnastowieczna ekspansja terytorialna dobiegła kresu z chwilą dotarcia do brzegów Pacyfiku; za kolejne realizacje opublikowanego w 1845 r. „Manifest Destiny” uznawano już to „kolonizację wewnętrzną”, już to przodowanie USA w rozwoju nowego medium, jakim okazał się być internet. Entuzjaści mówili wówczas o rozwijanej w wirtualnej przestrzeni „granicy elektronicznej”, na wzór granicy nowoczesnej cywilizacji, rozwijającej się przed ponad stu laty w poprzek Wielkich Prerii. Dziś staje się coraz bardziej oczywiste, że Stany stały się, na dobre i na złe, forpocztą cywilizacji jako takiej – nie na mocy czyjejkolwiek decyzji lub woli, lecz mocą samej dynamiki społeczności, na którą składają się miliony aktywnych, zarazem powiązanych i rywalizujących ze sobą jednostek. Właśnie w Stanach rodzi się i w przewidywalnym czasie rodzić się będzie ogromna większość dobrego i złego, które niesie ze sobą – by sięgnąć po kolejny diablo nieprecyzyjny zwrot – „nowoczesność”. 
To z Krzemowej Doliny, Houston, Princeton i Harvardu trafią do nas nowe antybiotyki, pojazdy kosmiczne i pasty do zębów, nowe formy samoorganizacji społecznej, interpretacje Szekspira i szkoły malarskie. Lecz także – nieuchronnie – nowe narkotyki, sekty i przestępstwa. „Nowa ekonomia” dot-comów i nowe pomysły na „kreatywną księgowość”. Nowe wzorce ofiarności i próżności, nowe diety i nowe chipsy. Ameryka doświadcza dziś tego, czego my doświadczymy za kilka lat. Wizyta w Stanach jest wycieczką w niedaleką przyszłość, czy idzie o funkcjonowanie biblioteki uniwersyteckiej, czy pracę dentysty. Dzieje się tak za sprawą jej szczególnej dynamiki, jej tempa rozwoju, którego nikt nie zaplanował ani też nie jest w stanie powstrzymać. 
To zaś sprawi, że ogromna większość tych, którzy lękają się jakichkolwiek przejawów „nowoczesności” – a kto nie lęka się ich w czasach nowych broni, nowych wynalazków, nowych zbrodni? – utożsamia je z „Ameryką” jako taką. Na naszych oczach raz jeszcze działa w najlepsze mechanizm, który tylekroć w dziejach powodował stosowanie reguł zbiorowej odpowiedzialności wobec Żydów, Polaczków, rudych i cyklistów. O ileż wygodniej i łatwiej stworzyć ad hoc hipostazę, wytłumaczyć niechciane zjawiska działaniami czyjejś skoordynowanej woli, niż pogodzić się z chaosem i wielowątkowością świata! Tak właśnie dzieje się dzisiaj: społeczność, w której jednostka obdarzona jest prawdopodobnie największą w dziejach niezależnością od państwa i możliwością działania na własny rachunek, postrzegana jest na kształt ekspansjonistycznego mrowiska. „Ameryka” jako całość – dwieście milionów osób nieskrępowanych w swoich planach, działaniach i marzeniach – oskarżana jest tout court za arogancję McDonald’sa i pychę Coca-Coli, płyciznę hollywoodzkich produkcji klasy „B” i blichtr telewizyjnych ewangelistów; za junk food i anoreksję, „imperialne ambicje wojskowych” i „rozkładowy buddyzm” kalifornijskich aśramów, „drenaż mózgów” i niedouczenie absolwentów szkół publicznych. 
Antyamerykanizm stał się postawą zastępczą wobec lęku przed wyzwaniami, jakie stwarza współczesna cywilizacja. Dla każdego coś groźnego – zaś niechęć do Schwarzeneggera, Madonny, „political correctness”, Teksańczyków czy losu, jaki spotkał Sylwię Plath, z łatwością rzutowana jest na „kraj-jako-taki”. Ostatecznie zaś – świat niepowtarzalnej różnorodności i tysiąca pomysłów na życie każdego dnia glajchszaltowany jest i redukowany do jednorodnej, prymitywnej, obżerającej się hamburgerem „Ameryki” przez wszystkich, którzy lękają się któregokolwiek z przejawów stającej się ich udziałem nowoczesności. 

Kukła Wuja Sama 

Trzecim wreszcie handicapem Ameryki okazała się być trwałość urazów, fałszywych konstrukcji i humbugów z lat zimnej wojny – podsycanych przez wyżej wymienione lęki i kompleksy niższości, lecz przecież mających i swoje bardziej konkretne źródła, scenarzystów i autorów. Absurdalne w oczach historyków interpretacje roli USA w XX w. jako protektora wszelkiej maści dyktatur i opresji, wroga obozu postępu, w świadomości manifestantów w Genui i Vancouver, w esejach Chomsky’ego i jego uczniów mają się wprost doskonale. 
W ten wyrazisty sposób po raz kolejny dało o sobie znać zjawisko, które od kilkunastu lat stanowi składową współczesnej kultury politycznej: ogromna dysproporcja między postrzeganiem, mówiąc najbardziej umownie, „czarnego” i „czerwonego”, fakt, że znaczna część świata raczej „prześlizgnęła się” nad doświadczeniem komunizmu i jego zbrodni, niż przemyślała je i potraktowała jako punkt wyjścia dla przewartościowania systemu wartości i wzorców politycznych. Bez reszty słusznemu potępieniu nazizmu i demonizacji (nieraz odrobinę na wyrost) wszystkiego, co ma związek z „prawicowym autorytaryzmem” nigdy nie towarzyszyło całościowe i dogłębne odrzucenie doświadczenia, dorobku, interpretacji i spadkobierców komunizmu. 
U najbardziej naiwnych czy idealistycznie nastawionych obserwatorów kultury masowej zjawisko to wywołuje jeszcze od czasu do czasu wybuchy oburzenia; u większości rezygnację lub bodaj zgodę. W ostatnich latach nieraz doświadczaliśmy tego – wyrazistym przykładem był przebieg dyskusji nad „Czarną księgą komunizmu” i głęboko krytyczne podejście większości elit intelektualnych Zachodu do konkluzji Stephane’a Courtois. Poszczególni obserwatorzy nieraz zwracali uwagę na najróżniejsze tego przejawy, od odmienności podejścia do zwycięstwa Haidera w Austrii i ugrupowań stalinistów współrządzących we Francji, po rozbawioną pobłażliwość wobec oferowanych na pchlich targach gadgetów świata komunizmu – zawsze jednak pozostawało to głosem wołającego na puszczy. 
W istocie nieraz wydaje się, jakby elity Zachodu spełniły swoją powinność, spłaciły „lip service”, potępiając zbrodnie komunizmu – zachowując jednak ogromną większość oferowanej przez Moskwę i Pekin wizji dwudziestowiecznych dziejów, w których siły demokracji ludowej zmagały się z amerykańskim imperializmem, interweniującym w miłującym pokój Wietnamie, w Zatoce Świń i w Nikaragui, wspierającym knowania węgierskich i polskich reakcjonistów. Zrozumienie wagi rozgrywki, która zadecydowała o losach świata, uznanie faktu, że polityka containment, powstrzymywania komunistycznej ekspansji, okazała się (przy wszystkich pomyłkach, błędach i wymuszonych przez realia polityczne nie najszczęśliwszych sojuszach) słuszna, więcej – zbawienna dla świata, wydaje się być niedostępne legionom krytyków USA. Mniejsza już o genealogie tych mitów – o to, czy za ich popularność odpowiedzialne jest „Pokolenie Woodstocku” (które rzeczywiście wydaje się sprawować rząd dusz przynajmniej na amerykańskich campusach), czy w grę wchodzą starsze urazy i mity. 
Dla rozważań nad źródłami antyamerykanizmu kluczowa jest niezwykła trwałość odpornych na fakty mitów, obelg i ikonografii. Kukła Wuja Sama z irytującą kozią bródką płonie dziś na paryskich wiecach tak samo, jak działo się to w latach sześćdziesiątych. A ci, którzy pamiętają tłumy zachodnioniemieckich pacyfistów protestujących w latach 80. przeciw rozmieszczaniu pocisków „Cruise”, mają prawo czuć déja vu widząc, jakiej mobilizacji policji wymaga wizyta George’a W. Busha w Berlinie. Dystansować się od Stanów jest przez cały czas trendy, w równej mierze dla gwiazd pop-kultury, co pop-polityki: grymas niechęci pod adresem Ameryki ma za zadanie ocalić kampanię Schroedera i sprzedaż płyt Bono.
Zawiść wobec tych, którym się powiodło, lęk i niechęć wobec „nowych twarzy nowoczesności”, anachroniczne matryce propagandowe – te trzy postawy, przyjmowane w różnych kombinacjach i z różną intensywnością, umacniają dziś globalną niechęć wobec „America the Beautiful”. Wątpliwe, by w bezpośredni sposób wpływały na losy zmagań z globalnym terroryzmem; wyjątkowo tylko przekroczyć mogą masę krytyczną i prowadzić do konkretnych działań, jeśli nie będą im towarzyszyć dodatkowe emocje. Najczęściej stanowić będą jedynie tło działań fanatyków. Najbardziej niebezpieczne jest to, że stwarzać mogą klimat przyzwolenia dla ich działań, skłaniać do ich racjonalizowania i usprawiedliwiania, a przynajmniej – powiększać dystans i izolację Ameryki od reszty świata. Międzynarodowa koalicja terrorystów nie byłaby tak skuteczna, gdyby nie bezinteresowna zawiść i niechęć setek milionów, tym groźniejsza, że trudno sobie wyobrazić, by najdalej nawet idące inicjatywy Waszyngtonu zdołały na nie coś zaradzić. 
W istocie, „krucjata antyterrorystyczna”, przy całej swej złożoności wydaje się być dziecinnym zadaniem w porównaniu z „krucjatą przeciw mentalności spiskowej”, która mogłaby zmniejszyć natężenie antyamerykanizmu. „Głupota i złość sprzysięgły się przeciwko mnie!” – krzyczał swego czasu konsul Tomasz Buddenbrook. Dziś drobne słabości: snobizm, zazdrość, zaściankowy lęk, podmuch anachronicznej „alergii na kapitalizm” sprzysięgły się przeciw wstępującym właśnie we wczesną jesień miasteczkom Ohio i Indiany: niczego nieświadomym, niewinnym, nie rozumiejącym, dlaczego miałyby być znienawidzone.

Autor jest politologiem i historykiem, analitykiem Ośrodka Studiów Wschodnich w Warszawie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 37 (2775), 15 września 2002



do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl