Jaki wizerunek muzułmanów przekazują polskie media?


Polski dziennikarz patrzy na islam

Agata Skowron-Nalborczyk



Do wydarzeń z 11 września ubiegłego roku islam i muzułmanie byli w polskich mediach tematem incydentalnym: pisano o nich przy okazji inwazji Iraku na Kuwejt w 1990 r. albo gdy talibowie zajęli Kabul w 1996 r. Rzadko był to wizerunek odpowiadający rzeczywistości, częściej zbitki klisz i błędów. Dziś jest inaczej, choć nie zawsze lepiej. 


Nigdy nie planowałam zająć się takim tematem. Lektura polskiej prasy i oglądanie TV dostarczyły jednak tylu impulsów, że nie mogłam pozostać obojętna. A zgromadzony materiał okazał się tak... interesujący, że na jego podstawie prowadzę dziś wykłady dla studentów arabistyki na temat obrazu muzułmanina i islamu w polskich mediach. Błędy merytoryczne czy brak podstawowej wiedzy są bowiem często tak niebywałe, że czasem zastanawiam się, czy sąsiadujący artykuł o genetyce pisano z podobną znajomością rzeczy. 

Kobieta muzułmańska

Przed 11 września islam trafiał „na łamy” na ogół za sprawą tematu, który zawsze może liczyć na zainteresowanie czytelników, czy raczej czytelniczek. Chodzi o sytuację kobiety w społeczeństwie muzułmańskim, która, co ciekawe, interesuje Europejczyków od początku ich kontaktów z islamem. Już w średniowieczu chrześcijańscy teolodzy zwracali uwagę na rozpustne życie Proroka (tyle żon!) i folgowanie przezeń ludzkim słabościom w celu zdobycia wyznawców, np. przez zgodę na wielożeństwo. No i ten rozpalający zmysły obraz raju z hurysami dla zasłużonych! Mało kto wie, że dla kobiet także przewidziano pięknych młodzieńców, którzy mieli im usługiwać.
Szczególnie od wieku XIX i jego romantycznych fascynacji wątki erotyczno-haremowe cieszyły się popularnością w literaturze i malarstwie. Przyczynę zwięźle ujął autor beznadziejnego tekstu o podróży do Iranu w „Życiu” (z 11 września 1997) Edward Pyrek: seks to „taki ciekawy temat”. I jak malarze portretujący odaliskę w haremie mieli pretekst do malowania nagiej kobiety, tak piszący dziś o niedoli muzułmańskiej kobiety mogą przemycić kilka pobudzających zmysły czytelnika obrazków. Przykładem opis potajemnej prywatki w Iranie ze zmysłowymi tańcami i sposobami na zachowanie dziewictwa w nierzetelnym niestety tekście Marcina Mellera („Polityka” z 31 października 1998). Zdaniem autora Iran to kraj hipokrytów, młodzi Irańczycy prowadzą się dobrze tylko na pokaz, organizując narkotykowo-erotyczne przyjęcia. Tylko że taki tryb życia prowadzi jedynie grupa bogatszej młodzieży, a taką znaleźć można wszędzie. Z kolei Beata Pawlak, zajmując się przywróceniem małżeństwa czasowego w Iranie, pisze: „Małżeństwo tymczasowe wymyślili szyici u zarania islamu” („Magazyn GW” z 15 grudnia 1995). Tymczasem u zarania islamu nie było jeszcze szyitów, a ten rodzaj związku praktykowano powszechnie, póki nie został zakazany przez kalifa Omara (634–644) jeszcze przed politycznym sporem, w wyniku którego powstał podział na sunnitów i szyitów. 
Dużo w tekstach o kobiecie w islamie uogólnień. Podobno w Syrii „mężowie traktują swe żony bez szacunku. Biją je po twarzy, nakazują wykonywanie upokarzających czynności, np. czyszczenie ubikacji po jego w niej bytności” – pisze Ewa Kownacka („Kobieta i życie” z 24 lipca 1999). Mieszkałam w wielu domach syryjskich i nic takiego nie widziałam. Za to byłam świadkiem, jak mąż zmywał naczynia po posiłkach czy przynosił do domu zakupy. Kownacka pisze też, że w Syrii obowiązuje zwyczaj zasłaniania twarzy, co jest nieprawdą, cóż, że często powielaną. Z kolei Joanna Krupa („Kulisy” z 17 maja 2001) utrzymuje, że do śmierci Chomejniego Iranki mogły pokazywać jedynie oczy. Wystarczy obejrzeć zdjęcia z manifestacji w Teheranie za jego życia, by stwierdzić, że to nieprawda. Kobiety irańskie mają obowiązek zasłaniać tylko włosy. Co zabawne, podobne teksty ilustrowane są często zdjęciami kobiet z odsłoniętymi twarzami na ulicy – czy ich autorzy nie zdają sobie sprawy z tego, co widzą? Czy też tam nie byli?

Islam winien wszystkiemu?

Niezmiennie powtarza się też stwierdzenie, że kobiety w islamie nie mają żadnych praw, a religia zastępuje prawo. Jednak w świecie islamu prawo istnieje i ma swe instytucje, tylko jego źródłem nie są ustawy, lecz słowo Boga. Przepisy prawne odnoszące się do kobiet są czasem niezrozumiałe czy szokujące dla osób z zewnątrz (np. zeznanie jednego mężczyzny mogą podważyć zeznania dopiero dwóch kobiet). Jednak nie wszystkie te normy obowiązują jednakowo w całym świecie islamu. Niektóre kraje, np. Tunezja czy Turcja, przejęły częściowo prawodawstwo europejskie.
Często islam traktowany jest niesłusznie jako jednolita całość, bez dostrzegania różnic między konserwatywną Arabią Saudyjską a zlaicyzowaną Syrią lub Tunezją. Powtarzającym się zabiegiem jest używanie zwrotu „w większości krajów muzułmańskich” czy „w świecie islamu”, które poprzedzają omówienie zjawiska charakterystycznego tylko dla jednego kraju. Podobnie poglądy obowiązujące w całym islamie prezentuje się zapatrywania jednego odłamu itd.
Często też państwa muzułmańskie postrzegane są wyłącznie przez pryzmat islamu. Zestawienie „Prawa człowieka w krajach islamskich” („TP” z 3 lutego br.) omawia sytuacje w poszczególnych krajach, których jedyną cechą wspólną jest religia wyznawana przez większość mieszkańców. Tak jakby np. to, że w dyktaturze wojskowej, jaką jest Irak, nieprzestrzeganie praw człowieka było związane z islamem! Przecież państwa islamskie nie mają na to wyłączności; weźmy choćby niedawną sytuację w chrześcijańskim Chile czy afrykańskie dyktatury w państwach silnie schrystianizowanych, jak Zimbabwe, którego prezydent jest katolikiem.
To islam obarczany jest jednak winą za wszystko, co złe w państwach muzułmańskich. Nie tylko za to, że mężowie biją żony, ale także za to, że młode matki ostro karzą dzieci w Algierii (Monika Słowakiewicz w „Magazynie GW” z 5-6 grudnia 1997). Proszę wczytać się w taką oto notatkę: „Islamski zamach. 9 osób zginęło w niedzielę podczas wybuchu bomby w rzymskokatolickim kościele w Bangladeszu. Nie wiadomo, kto jest odpowiedzialny za zamach” („Życie” z 4 czerwca 2001). Nie wiadomo, ale zamach był „islamski”?

Pisać każdy może...

Przykłady błędów można wyliczać w nieskończoność: polskiemu Tatarowi „na chrzcie nadano imię Szaban” („Rzeczpospolita” z 3 czerwca 1993), a „azan” (wezwanie do modlitwy) to ceremonia nadania dziecku imienia (Wiadomości KAI z 23 listopada 2000)... 
Najbardziej jednak oburzają nie błędy, ale brak szacunku dla opisywanych ludzi. Przykładem wspomniany artykuł w „Życiu” o Iranie, w którym Edward Pyrek, popisując się niewiedzą (układ sur w Koranie kojarzy mu się ze stronami wierszy ks. Twardowskiego, a Persepolis to prehistoryczne ruiny) widzi jedynie podarte skarpetki u wychodzącego z meczetu (wszyscy Polacy mają skarpetki bez dziur, czyż nie?) i donosi, że Iran to kraj „frustracji seksualnej” (zresztą wszyscy Azjaci to według niego „sfrustrowani seksualnie mężczyźni”), a homoseksualizm jest na pograniczu z Pakistanem „czymś normalnym, codziennym, bo tradycyjnym”. Jest to obelga, gdyż w islamie homoseksualizm jest poważnym grzechem – co nie znaczy, że nie występuje. Autor tekstu, ponoć wytrawny podróżnik, nie zrozumiał różnicy dystansu w kontakcie ludzi Wschodu ze sobą – dotykanie, głaskanie jest oznaką sympatii i wyraża bliskość, a nie homoseksualne zamiary. 
Dalsze rady dla Polaków wybierających się do Iranu są żenujące: nie należy pani domu klepać po plecach (polski zwyczaj?), wwozić filmów pornograficznych (ciekawy pogląd na temat zawartości turystycznego plecaka) i jeśli jest się kobietą, uważać, by nie zostać wziętą za seksualną modliszkę, bo Azjaci z chęcią „poddaliby się takiej konsumpcji”. Na list do redakcji ówczesny naczelny „Życia” odpowiedział, że są to opinie autora wysnute z jego „konkretnych obserwacji”, do których ma prawo. Zgoda, autor ma prawo napisać, co mu się podoba. Ale czy redakcja ma prawo drukować „opinie”, oparte na braku wiedzy?
Inny przykład pochodzi z „Wprost” (z 22 marca 1998), gdzie w tekście Roberta Stillera można przeczytać zdania świadczące o „wyjątkowym” szacunku dla opisywanych ludzi: „Reszta muzułmaństwa, szczególnie arabskiego, to bierna i obojętna masa, która potrafi włączać się w akcje na zasadzie niszczącego motłochu, lecz z natury w nic się nie angażuje. Ryczą i mogą być niebezpieczni. Ale premedytacji mają w sobie tyle co powódź”. Tekst jest o tym, że kultura arabska nie wniosła nic oryginalnego do światowego dziedzictwa, a jedyne godne uwagi dzieło to „Księga tysiąca i jednej nocy”. Inny przykład, rekordowy jeśli chodzi o ilość błędów, to tekst „Postne obżarstwo. Ramadan, miesiąc pokuty i przebaczenia” („Polityka” z 10 stycznia 1998), gdzie Anna Mariańska twierdzi, że Ali, czwarty kalif prawowierny, był „dysydentem i twórcą szyizmu”, gdy odłam ten ukształtował się dopiero po jego śmierci. Autorka podważa sens ramadanu i nie pała sympatią do muzułmanów. Podobnie jak w wielu innych tekstach opisywani muzułmańscy goście kawiarni nie piją, lecz „chlipią” lub „siorbią”, zaś „wyszminkowane piękności”, czyli lokalne gwiazdy piosenki „zawodzą”. Czasownik ten jest popularny także u innych autorów, którzy używają go wobec muezzina i modlących się wiernych.

Katolicy o „islamistach”

O islamie można pisać w Polsce wszystko. Listy ze sprostowaniami pozostają często bez odpowiedzi. Tak było w przypadku serii listów w sprawie słowa „islamista”, które w języku polskim znaczy „znawca, badacz islamu”, natomiast np. w angielskim „fundamentalista muzułmański”. Od wojny w Zatoce (1990-91) dziennikarze, wzorując się na anglojęzycznych tekstach, stosują ten wyraz niezgodnie z polskim znaczeniem. Na listy w tej sprawie nie było żadnej odpowiedzi. Zareagował jedynie „TP” – i w tym czasopiśmie „islamista” pojawia się w złym znaczeniu tylko mniej więcej dwa razy do roku.
Szczególnie oburzające jest milczenie autorów katolickiego programu „Czasy” po liście protestacyjnym, podpisanym m.in. przez dwoje profesorów i dwóch księży werbistów. Oto jesienią 2000 „Czasy” przedstawiły reportaż z Libanu, którego treść służyła udowodnieniu tezy zawartej w pierwszym zdaniu: „Trwa dramat chrześcijan Bliskiego Wschodu”. Według autorów „prześladowania chrześcijan rozpoczęto w VII w. i trwają do dnia dzisiejszego”. Tymczasem w VII w. zaczęły się wojny muzułmanów z Bizancjum, a najnowsze badania historyczne wykazują, że późniejsze prześladowania chrześcijan były lokalne i krótkotrwałe. Warto też zwrócić uwagę, że władcy muzułmańscy mieli chrześcijańskich poddanych, gdy chrześcijańscy nie mieli poddanych-muzułmanów, bo wyznawców islamu wypędzali, więc nie mieli kogo prześladować. Brak tu miejsca na szczegółowe omówienie błędów w tym reportażu. Powiedzmy tylko, że jako tło relacji z Libanu pokazano... Wielki Meczet Omajjadów w Damaszku. 
List protestacyjny dotarł do autorów programu, red. Tomasz Królak obiecał odpowiedzieć i do dziś – nic. Reportaż zawierał tak wiele typowych uogólnień (np. „chrześcijanie nie mogą obejmować żadnych stanowisk w rządzie”, gdy słynny Tarik Aziz, wicepremier Iraku, to chrześcijanin) i błędów w odniesieniu do relacji muzułmańsko-chrześcijańskich, że służy mi dziś jako pomoc naukowa w czasie zajęć ze studentami. Tylko gdzieś w duszy tli się żal, że to katolicki magazyn.
Oczywiście nie wszystkie materiały w mediach o islamie prezentują taki poziom. Ukazują się teksty fachowców, ale nie tylko. Wyważony i prawdziwy obraz wojen krzyżowych kreślił ks. Jan Kracik („TP” z 18 lipca 1999). Dowodem, że można pisać rzetelnie, są Wojciech Jagielski i Olga Stanisławska z „Gazety Wyborczej”: wykazują się nie tylko wiedzą, ale i wyczuciem atmosfery świata muzułmańskiego, zaś Juliusz Urbanowicz z „Wprost” przed wyjazdem do Iranu kontaktował się ze specjalistami. Bez zarzutu jest ogół tekstów w „Newsweeku”, numery poświęcone islamowi „Znaku” czy „Jednoty”. Rzetelnie przygotowane teksty są też na ogół mniej sensacyjne. Cóż... Kiedy w ramach I Warszawskiego Tygodnia Wielokulturowego (maj 2001) omawiałam błędy w polskich mediach, dziennikarka „Wprost” zapytała: „Czy pani chce, żeby pisać 
tylko politycznie poprawne artykuły? Przecież takich nikt by nie chciał czytać!”.

Po 11 września: lepiej, ale... 


Zamachy na USA zaowocowały w Polsce taką ilością materiałów na temat islamu, że choć pisali je wszyscy (od indologów po ekonomistów) i choć nie brakowało wpadek, to przynajmniej przyczyniły się do rozpowszechnienia się wiedzy w tej dziedzinie. W wywiadach wypowiadali się specjaliści czy polscy muzułmanie, a tematyka wykraczała poza typową dotąd zbitkę przemocy i erotyki. 
Paradoksalnym może wydawać się fakt, że mimo dalszego występowania tu i ówdzie stwierdzeń, że islam chce zniszczyć cywilizację zachodnią, a wszyscy muzułmanie są nietolerancyjni wobec chrześcijan, autorzy bardziej trzymają się faktów. I choć na początku dowodzono, że stosowanie przemocy jest integralną częścią islamu, to dziś bardziej podkreśla się jego zróżnicowanie, ukazuje tendencje modernistyczne i konieczność podejmowania dialogu międzyreligijnego. Widać też ton zrozumienia dla sytuacji islamu i społeczeństw muzułmańskich – oraz większego szacunku dla muzułmanów. Choć niewiedza objawia się nadal: w lutowym numerze „Znaku”, poświęconym pismom świętym wielkich religii, w imieniu islamu pisze członek sekty Ahmadijja – to tak, jakby za całe chrześcijaństwo wypowiadał się Świadek Jehowy. 
Ktoś może zapytać: czy warto zajmować się w Polsce negatywnym i stereotypowym wizerunkiem islamu i jego wyznawców? Otóż nie tylko warto, ale trzeba. Nie tylko dla prawdy. Na zachodzie Europy zrozumienie dla tego problemu jest dziś większe także dlatego, że rośnie tam liczba obywateli-
-muzułmanów. Podejmuje się więc poważne prace badawcze i przygląda się podręcznikom szkolnym, gdyż wiele osób kończy zdobywanie wiedzy na szkole – a potem ogranicza się do mediów. Negatywny obraz muzułmanina owocować może tam wrogością do kolegi z klasy czy sąsiada. 

Autorka jest iranistką i arabistką, doktorem w Zakładzie Islamu Europejskiego Instytutu Orientalistycznego Uniwersytetu Warszawskiego, stypendystką Instytutu Janineum i Fundacji Arabistycznej im. A. Czapkiewicza.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 37 (2775), 15 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl