Apokalipsa według pianisty

ANITA PIOTROWSKA



Film taki jak „Pianista” powinien był powstać jeszcze zanim wystygły piece krematoriów, ale, jak wiadomo, ani w Polsce, ani nigdzie indziej taki film powstać wówczas nie mógł.


Na początek naiwne pytanie: którą scenę z „Pianisty” uznaliby państwo za kluczową? Myślę, że nawet czytelnicy nie znający jeszcze filmu Polańskiego zgodnie przywołają dramatyczny fragment wspomnień Szpilmana, w którym ukrywający się w zrujnowanej willi muzyk zostaje przyłapany przez kapitana Hosenfelda i ratuje swoje życie odgrywając przed Niemcem chopinowski nokturn cis-moll. To prawda: również w filmie Polańskiego moment ten nosi znamiona dramaturgicznej kulminacji. Żydowski pianista, muzyka Chopina i wrażliwy oficer Wehrmachtu – metafora aż nadto wyrazista. Oto sztuka, która ocala. Żydowski Orfeusz wykupujący swoje życie z rąk wszechwładnego bóstwa. Artysta – pomazaniec boży i muzyka jako emanacja tkwiących głęboko w człowieku metafizycznych pierwiastków... 
A jednak coś nie pozwala do końca uwierzyć, że Polański raczy nas pointą tak oczywistą. Już za chwilę naciera na nas inna scena, pozornie mniej nośna, nie tak w filmie celebrowana, ale o wiele bardziej niepokojąca. Szpilman w podarowanym przez Hosenfelda oficerskim płaszczu wychodzi z ruin prosto w zimowy pejzaż oswobodzonej Warszawy. Natyka się na polskich żołnierzy, którzy na widok znienawidzonego stalowoniebieskiego szynela natychmiast chwytają za broń. Życie bohatera po raz kolejny zawisa na przysłowiowym włosku. Rozpoznanie jednak w porę następuje i kolejny przypadek – ktoś krzyknął: „to Polak!” – przesądza o losie pianisty. 

*

Uczepiłam się tej właśnie sceny, bo odczytałam w niej swoistą deklarację. Szpilman w interpretacji Adriena Brody’ego obdarzony jest niemal wyzywającą w swym cierpieniu twarzą, która tak intensywnie wgryza się w pamięć, że mogłaby uchodzić niemal za ikonę Żyda. A jednak wybawicielski okrzyk brzmi właśnie: „to Polak!”, czyli bohater zostaje rozpoznany jako „swój”. W okrzyku tym wybrzmiewa coś więcej niż spontanicznie wyrażona wspólnota losu Polaków i Żydów. Mimowolnie ujawnia się w nim także głos tożsamości samego reżysera, który będąc Żydem tak brutalnie poturbowanym przez los, nigdy nie przestał być Polakiem i nie ugrzązł w typowych dla jednych i drugich resentymentach czy uprzedzeniach. W postawie jego odbija się pamiętny gest Artura Rubinsteina, który podczas sesji inauguracyjnej ONZ, na której zabrakło polskiej delegacji, odegrał Mazurka Dąbrowskiego i ostentacyjnie opuścił salę. W filmie „Pianista” tę nierozerwalność również się czuje: Polański w osobie swego bohatera nie antagonizuje, a wręcz w naturalny sposób spaja ze sobą obie kategorie – Polaka i Żyda. 
Przedstawiona przez niego historia Szpilmana to opowieść o Żydzie zasymilowanym, o cenionym muzyku nagrywającym dla Polskiego Radia, który nagle, niemal z dnia na dzień, staje się zakładnikiem swojej żydowskości. Ciągle jednak jest Polakiem. I taka perspektywa jest w filmie (podobnie jak w książce) czymś bardzo cennym: w końcu tym, który patrzy na płonące getto, nie jest „biedny chrześcijanin”, ale ktoś, kto cudem znalazł się po drugiej stronie muru. 
Za tym cudem nie stoi w filmie opatrzność czy kapryśny przypadek, ale po prostu inni ludzie: Żydzi, Polacy, w końcu też i Niemiec. Nie ma jednak wątpliwości, kto komu ten los zgotował. I choć na ekranie pojawia się zarówno żydowski policjant, jak i polski szmalcownik, kaci i ofiary pozostają wyraźnie oddzieleni. Rozmach dokonującej się na naszych oczach apokalipsy przeczy całkowicie oskarżycielskim opiniom, jakoby miał to być naiwny film o nadziei. Bohater przygląda się oszalałemu światu zrazu z niedowierzaniem, z mieszaniną bezradności i zgrozy, by w końcu, utraciwszy wszystko, co najcenniejsze, rzucić się w desperacką walkę o przetrwanie. Od momentu, gdy w okupowanej stolicy zatrzasną się przed nim drzwi ulubionej kawiarni, rozpoczyna się także inna gehenna – wykluczenia, napiętnowania i narastającej samotności. 
Optymistyczny finał nie równoważy rozmiarów tej podwójnej grozy. Z filmu wychodzimy raczej przybici niż uskrzydleni. Pozostają w pamięci nie tylko pojedyncze obrazy (dosłownie zresztą przeniesione z książki): ludzie, którzy z bólu postradali rozum, czy poniewierające się po ulicach ludzkie strzępy. Dokucza cała przygnębiająca aura tego filmu, włącznie ze zmieniającą się i coraz bardziej „minorową” tonacją kolorystyczną, aż po spektakularne, niespotykane dotychczas w kinie obrazy „śmierci miasta”: szkielety domów, niekończące się rumowiska, a pośród nich kikuty drzew i żałosne ornamenty okaleczonych latarń. Pozostaje w nas jeszcze coś – paradoks losu kapitana Hosenfelda, który za życia nie doczekał się nagrody za swój czyn: jak dowiadujemy się z końcowych napisów, zmarł w 1952 roku w sowieckim łagrze.

*

W polskiej prasie zarzuca się Polańskiemu, że nie znalazł właściwego języka – na tyle oryginalnego i dobitnego, by w twórczy sposób wpleść swoją opowieść w toczący się od lat dyskurs o Holocauście. Że nakręcił film anachroniczny, a w najlepszym razie akademicki. Że opowieść o wybitnym pianiście nijak nie chce mu się złożyć w aktualną – dziś, „po Jedwabnem” – parabolę żydowskiego losu czy w ogóle istoty zła, a co gorsza, że brakuje tu nawet ambicji dokonania takiej śmiałej artystycznej syntezy. I choć w przypadku adaptacji filmowych wszelkie odstępstwa od literackiego oryginału uważa się zazwyczaj za mniej lub bardziej „twórczą zdradę”, w przypadku Polańskiego gromy posypały się za coś wręcz przeciwnego: że tak bezrefleksyjnie, by nie rzec – mechanicznie potraktował słowo pisane, przenosząc Szpilmanowskiego „Pianistę” na ekran nadto „po bożemu”. 
Myślę jednak, że Polański schował się za historią Szpilmana w sposób całkowicie świadomy i zrobił film na swój sposób bardzo odważny. Z rozmysłem zignorował wszystko, co składa się na filmową antologię Szoah – włącznie z tym, co w niej najbardziej spektakularne (krzepiąca bajka Spielberga) czy najbardziej kontrowersyjne (słynny dokument Lanzmanna). Polański niejako wrócił do samego początku – taki film powinien był powstać, jeszcze zanim wystygły piece krematoriów, ale jak wiadomo ani w Polsce, ani nigdzie indziej taki film powstać wówczas nie mógł. Toteż na przekór oczekiwaniom swych starych wielbicieli, Polański nie dokonał w „Pianiście” kolejnego – po „Lokatorze” czy „Makbecie” – aktu bolesnej autoterapii. Nie skorzystał tym razem z przepastnego rezerwuaru swej surrealistycznej wyobraźni, wolał pójść w całkiem innym kierunku. Wolał zająć się „nadrabianiem zaległości”, a właściwie odrobił je za polskie kino. 

*

Wbrew wątpliwościom filozofów na czele z Adornem, sztuka od ponad półwiecza usiłuje uporać się z mrocznym fenomenem Szoah i robi to na różne sposoby, z lepszym lub gorszym skutkiem. Upływ czasu i stopniowe zacieranie się w świadomości kolejnych pokoleń tego, czym była Zagłada, to nieustające wyzwanie dla artystów i hochsztaplerów. Działania tych ostatnich tym się jednak charakteryzują, że obliczone są na medialny rozgłos, a ich skutek bywa zazwyczaj doraźny. Film Polańskiego, mimo że towarzyszą mu fanfary zwiastujące wielkie, nieomal narodowe wydarzenie, może się podobać lub nie, ale nie sposób zarzucić mu jednego: zimnego wyrachowania. Choć nie raz chwyta widza za gardło, nie epatuje grozą na wzór hollywoodzki, nie stawia też, na wzór europejski, filozoficznych pytań w rodzaju unde malum. Zrobiony jest z pokorą, ale przecież nie na kolanach: momentami dziwnie wyciszony (również w warstwie muzycznej), ograniczony do suchej rekonstrukcji zdarzeń, unika martyrologicznego patosu. 
Słyszałam opinie, że Polański próbuje żerować na zbiorowym poczuciu winy, tworząc kolejny produkt „holobiznesu”. Nic bardziej fałszywego. Nie powstało spodziewane arcydzieło, ale film, w którym czuje się fundamentalną uczciwość: wobec bohatera i wobec widza. Kino fabularne z natury swej nie dorasta do rzeczy tak niepojętych jak Holocaust. Doszedł do tego nawet optymista Spielberg, który w kilka lat po „Liście Schindlera” rozpoczął żmudną pracę nad wielkim „archiwum pamięci” kompletującym dokumentalne relacje żyjących „dzieci Holocaustu” – jakby zdał sobie sprawę z nieuleczalnej ułomności tamtego medium. I niestety, nawet krystaliczna czystość „dokumentalnych baśni” Hanny Krall nie ostała się w konfrontacji z kinem: dramat „Daleko od okna” Jana Jakuba Kolskiego okazał się piękną porażką, dziełem zastygłym w hieratycznej, pełnej namaszczenia formie. 
W tym przypadku jednak już sam punkt wyjścia był inny. Obowiązkowe pytanie: jak znaleźć właściwy język będąc oniemiałym ze zgrozy, Polański potraktował jako retoryczne. Historię Szpilmana opowiedział prosto, niezwykle przejrzyście, nie wstydząc się swych emocji, ale też ograniczeń. Sam miał odwagę je sobie postawić.

„PIANISTA”. Reż. Roman Polański, scen. (na podst. książki Władysława Szpilmana „Pianista. Warszawskie wspomnienia 1939–1945”) Ronald Harwood, zdj. Paweł Edelman, muz. Wojciech Kilar, scenogr. Allan Starski, wyst.: Adrien Brody, Thomas Kretschmann, Frank Finlay, Maureen Lipman, Emilia Fox, Ed Stoppard, Julia Rayner, Jessica Kate Meyer i inni. Prod. Francja – Polska – Niemcy – Wielka Brytania 2002. Dystryb. Syrena Entertainment Group. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 37 (2775), 15 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl