Amerykańska schizofrenia

Z prof. Wiktorem Osiatyńskim rozmawiają Krzysztof Burnetko i Jarosław Makowski



TYGODNIK POWSZECHNY: – Kiedy runęły wieże World Trade Center i został zaatakowany Pentagon, mówiło się o natychmiastowym odwecie Ameryki, o groźbach kolejnych akcji terrorystycznych, ale też o samosądach Amerykanów na ludności arabskiej i ograniczeniu praw człowieka w samych Stanach Zjednoczonych. Pan jednak upierał się wtedy w „Tygodniku”, że atak ten nie zmieni na gorsze Ameryki. Skąd brał się u Pana ten optymizm?
WIKTOR OSIATYŃSKI: – Z optymizmu! Optymizm nie musi mieć konkretnych źródeł. Jedni ludzie są z natury pesymistami i zawsze szukają dziury w całym, inni – optymistami. 
Wpływ ma też samo życie: jeśli ktoś, przykładowo, jest uzależniony – choćby od alkoholu – to nie może mieć optymistycznego obrazu świata. Wtedy nie miałby przecież powodów, dla których rzekomo musi robić to, co mu pasuje, czyli pić. Sam przez większość życia byłem pesymistą. Ale od pewnego czasu udało mi się to zmienić. Staram się nauczyć optymizmu.
Istnieją też naturalnie uwarunkowania kulturowe. Są kultury – m.in. polska – które optymizm ograniczają, czy nawet karzą, gloryfikując w zamian pesymizm i narzekanie.
Oczywiście, 11 września sytuacja była dramatyczna. Zachowajmy jednak proporcje. W wyniku ataku na WTC i Waszyngton zginęło ok. 3 tys. ludzi. Tyle samo osób ginie w Stanach przez niespełna rok w wypadkach samochodowych. 11 września nie można też porównywać choćby z wielką tragedią, jaka nawiedziła ten kraj w 1929 r. Wtedy Wielki Kryzys uderzył w praktycznie każdą amerykańską rodzinę i w każdego obywatela USA. W porównaniu do tego 11 września dotknął ledwie garstkę Amerykanów.
Owszem, odpowiedzią na atak Al-Kaidy była akcja militarna w Afganistanie i represyjna przeciwko bliżej nieokreślonej sieci terrorystycznej w całym świecie. Zmieniło się też funkcjonowanie amerykańskiej armii i wywiadu. Zmienił się sposób traktowania personelu samolotów i ich pasażerów. 
Lecz choć tragedia z 11 września przyniosła dla Stanów Zjednoczonych kilka zmian, nie są one na tyle rewolucyjne, by zasadniczo wpłynęły na życie Ameryki. To silny kraj. Od początku istnienia boryka się choćby z klęskami żywiołowymi: każdego roku płoną lasy w Kalifornii, południe nawiedza powódź, każdego roku przechodzą huragany, czasem trzęsienia ziemi... I Ameryka potrafi sobie z takimi tragediami radzić i z nimi żyć. I to żyć normalnie. To też przesłanka do optymizmu. 

Orwellowskie wizje

Jak w takim razie skomentować pojawiające się co rusz pomysły czołowych amerykańskich polityków, które zdają się przeczyć dotychczasowej tradycji tego kraju oraz naruszać reguły demokratycznego i wolnego państwa. Przykładowo prokurator generalny chce, by w imię walki z terroryzmem pracownicy poczty i innych urzędów federalnych mieli informować o wszystkich budzących niepokój zachowaniach obywateli. Czy takie plany nie są groźne? Przypominają przecież metody, o których pisał Orwell. 
– Nic bardziej błędnego! John Ashcroft nie został prokuratorem po 11 września, lecz kilka miesięcy przed atakiem. Jest to polityk konserwatywny i podobne rzeczy mówił na długo przed atakiem terrorystów. Pomysły ścisłego nadzoru państwa nad obywatelami zawsze przecież towarzyszyły prawicowym politykom. Jeśli więc Ashcroft występuje z takim konceptem, to chodzi mu o zdobycie względów określonej grupy wyborców. To mnie nie dziwi. 
A że takie idee się w ogóle pojawiają, jest faktycznie intrygujące – tyle że jako dowód witalności demokracji amerykańskiej. Ale świadectwem jej żywotności jest i to, że wiele z takich pomysłów obecnej administracji zostało zneutralizowanych bądź zwyczajnie zignorowanych. Tak stało się m.in. ze spectrybunałami wojskowymi, które miały sądzić pojmanych w Afganistanie członków Al-Kaidy i talibów. Ciekawe, że wiele z pierwotnych planów administracji Busha odnośnie do metod walki z terroryzmem łagodził Departament Sprawiedliwości i Pentagon. 
Owszem, w Stanach po 11 września pojawiły się różne pomysły, ale każdy natychmiast poddawany był analizie, a jak trzeba, to i dogłębnej krytyce. Takie właśnie podejście sprawia, że instytucje amerykańskiej demokracji ulegają nieustannej korekcie. Dlatego nie wierzę, by pracowników poczty Stanów Zjednoczonych dało się zaprząc do donosicielstwa. Co równie ważne: demokracja amerykańska jest na tyle silna, że najbardziej szalone pomysły Ashcrofta jej nie zaszkodzą, natomiast polskiej demokracji mogą zaszkodzić niektóre pomysły eks-ministra Kaczyńskiego.
Ale na lotniskach w Stanach lada dzień będzie można w majestacie prawa pobierać od podróżnych odciski palców. Tego nie ma w całej Europie, a pewnie i w wielu dyktaturach.
– I dobrze, że będą pobierane! Takie działania usprawiedliwia fakt, że Stany Zjednoczone – jako supermocarstwo – są państwem, któremu grozi dziś niebezpieczeństwo nie ze strony innych państw, lecz grup terrorystycznych, czyli trudnej do zidentyfikowania przemocy prywatnej. 
Dziś połowa ludzi na świecie musi liczyć się z zagrożeniem, jakim jest dla nich państwo. Wszyscy ci, którym przyszło żyć w dyktaturach, doświadczają represji władzy własnego państwa. Druga połowa – żyjąca w krajach, w których władza państwa została ograniczona do koniecznego minimum – też musi liczyć się z różnymi zagrożeniami. Tyle że pochodzą one od mafii i innych organizacji przestępczych czy pazernych korporacji. Te oczywiście bywają powiązane z politykami, ale mimo to nie sposób uznać, by w krajach tych państwo stanowiło zagrożenie jego obywateli. 
Dlatego – jako obywatel tej części świata i jako podatnik – czułbym się zagrożony, gdyby państwo nie reagowało na terroryzm i nie używało swej władzy oraz siły do jego zwalczania.
Ale do jakiego stopnia w imię walki z terroryzmem można ograniczać prawa obywatelskie? 
– Tego nie wiem. Wiem za to jedno: orwellowskich wizji bałbym się w Kazachstanie, Rosji, Polsce czy nawet we Francji i Niemczech, ale nie w Ameryce. Może kiedyś i w Stanach pojawi się niebezpieczeństwo wszechmocnego państwa – ale dziś go nie ma. 
A czy nie jest zmianą tradycji amerykańskiej demokracji centralizacja władzy? Prezydent Bush, pod pozorem walki z terroryzmem, stara się wzmocnić rolę władz federalnych – czyli Waszyngtonu, kosztem władz stanowych. A przecież to ich pozycja była zawsze probierzem amerykańskiej demokracji. Sam Bush, kiedy był jeszcze gubernatorem Teksasu i tylko kandydatem do Białego Domu, obiecywał wzmocnienie decyzyjnej roli stanów. Teraz zapowiada choćby nabór tysięcy urzędników do organów federalnych...
– Oni mają zająć się głównie ochroną lotnisk, więc nic w tym złego. 

Zdrowy rozsądek Amerykanów

Ale to rozwój biurokracji centralnej. Więcej: Biały Dom jeszcze przed atakiem 11 września próbował ingerować w decyzje stanów. Obywatele Oregonu, na przykład, już dwukrotnie przegłosowali w referendum prawo do eutanazji. Można potępiać eutanazję, ale znamienne jest, że w odpowiedzi administracja Busha postanowiła ścigać lekarzy działających zgodnie z prawem stanu Oregon. Dopiero interwencja sądu federalnego ją powstrzymała.
– Nie jest to jeszcze świadectwo centralizacji. Zwłaszcza, że amerykańska tradycja zna przypadki użycia przez prezydenta wojska do złamania oporów stanów – tak było choćby w latach 60., kiedy to Południe wbrew Waszyngtonowi chciało utrzymać regulacje i obyczaje rasistowskie.
Prezydent Bush – jak wszyscy republikanie – raczej nie jest zwolennikiem rozbudowanego rządu centralnego o nieograniczonych uprawnieniach. Sprzeciw wobec praw stanu Oregon może być najwyżej argumentem potwierdzającym konserwatyzm Busha, który na dodatek otoczył się podobnymi mu konserwatystami. 
W sferze polityki wewnętrznej można wskazać na dwa efekty 11 września. 
Pamiętamy, że Bush wybory prezydenckie wygrał jednym głosem – był to, co ciekawe, głos sędziego Sądu Najwyższego. Społeczeństwo amerykańskie bowiem w swojej nieograniczonej mądrości zbiorowej – bo istnieje taka kategoria w polityce – w listopadzie 2000 r. odmówiło wyboru między dwoma nadzwyczaj słabymi kandydatami, by nie powiedzieć miernotami, którzy ubiegali się o fotel prezydenta. Bo taka była w gruncie rzeczy przyczyna niebywałej równowagi głosów oddanych na Busha i Gore’a. Amerykanie dali jakby do zrozumienia: oni są tak kiepscy, że nie potrafimy dokonać między nimi wyboru. Trzeba było znaleźć inny sposób ustalenia, który z nich ma być prezydentem. Sprawa oparła się więc o Sąd Najwyższy i tam wygrał jednym głosem Bush. 
W efekcie nowa głowa państwa miała niskie zaufanie społeczne i niewielkie poparcie. Swoje zrobiła też historia z liczeniem głosów na Florydzie: gubernatorem był tam Jeb Bush, brat kandydata i mocno pachniało szwindlem. 
Żartowałem wtedy, że wobec tak słabej legitymizacji władzy, nowemu prezydentowi przydałaby się jakaś wojna. I stało się. Tuż po 11 września pierwszym odruchem Busha była jeszcze ucieczka do atomowego schronu. Ale widać ktoś – może Bush senior – powiedział świeżo upieczonej głowie państwa parę ostrych słów, bo następnego dnia prezydent pojawił się publicznie i zaczął działać. Dzięki temu dziś nie musi się już martwić się o poparcie. To pierwsza ważka konsekwencja polityczna 11 września. 
Niektórzy skomentują to kwaśno: w takim razie od kilku miesięcy zdrowy rozsądek społeczeństwa amerykańskiego przebywa na urlopie.
– Zdrowy rozsądek też, niestety, ulega emocjom pod wpływem tragicznych wydarzeń. Amerykanie po 11 września uznali, że niebezpieczeństwo ze strony terrorystów jest na tyle poważne, iż potrzebują twardego i stanowczego przywództwa. Do tego lepiej nadaje się kowboj czy szeryf niż subtelny intelektualista albo ekonomista. Bush pasuje do tego wizerunku – i dlatego go popierają.
Okazuje się więc, że wyniki badań popularności mogą drastycznie rozmijać się z rezultatami wyborów. Na co dzień społeczeństwo kieruje się emocjami, wybory zaś są widocznie dużo bardziej przemyślanym aktem. Trudno o wydarzenia bardziej pobudzające emocje niż obrazy z Manhattanu. Amerykanie niekoniecznie głosowali na Busha, ale dziś go popierają. Bo czują się zagrożeni. Bo dostrzegali konieczność interwencji w Afganistanie. Bo – co chyba najważniejsze – chcą znowu normalnie żyć: bezpiecznie latać samolotami – co w Stanach jest nie jest bez znaczenia, bez obaw odbierać listy na poczcie itp. 
Dlatego dziś w Ameryce trudno opierać się wszystkiemu, co uchodzi za politykę antyterrorystyczną. Każdy, kto próbuje zgłaszać jakiekolwiek wątpliwości, jest podejrzany. Nie przypomina to jeszcze maccartyzmu z końca lat 50. z jego obsesją ukrytych wszędzie komunistów – nikt nie jest przecież prześladowany za bycie w opozycji wobec obecnej administracji. Lecz widoczne jest znaczne przesunięcie nastrojów w kierunku przyzwolenia na większą kontrolę obywateli przez państwo – i to jest druga polityczna konsekwencja ubiegłorocznego ataku. Ale znowu: pamiętajmy, że Ameryka stosunkowo gładko wyszła z maccartyzmu, a sytuacja polityczna była wówczas dużo mniej sprzyjająca. Wszystko więc i teraz pewnie wróci do normy.

Obywatele i przybysze

Czy Pan aby nie bagatelizuje sytuacji? Ostatni raport Human Rights Watch stwierdza, że pod pozorem walki z terroryzmem w Stanach łamane są tak podstawowe prawa człowieka, jak choćby domniemanie niewinności. Liczne są na przykład przypadki długotrwałego przetrzymywania w więzieniu bez zgody sądu ludzi, którzy nie są wprawdzie obywatelami USA, ale znaleźli się na jego terytorium legalnie. Tymczasem dotąd wielką kartą amerykańskiej tradycji było chyba zapewnienie wszystkim równej ochrony – tak obywatelom, jak gościom. 
– Pozornie tak to wygląda. Ale w Stanach Zjednoczonych perspektywa jest inna. 
Amerykanie zawsze byli oddani idei praw konstytucyjnych obywateli. Takie też ich rozumienie propagowali w świecie. Amerykanin rozumuje tak: „nasze prawa konstytucyjne dotyczą obywateli amerykańskich, natomiast nie dotyczą obcokrajowców i przyjezdnych”. Bo równocześnie Stany Zjednoczone były – i są – sceptycznie nastawione do idei praw człowieka – czyli koncepcji praw, które miałyby przynależeć każdej istocie na świecie. W ich rozpowszechnianie zaangażowała się za to Europa. Kiedy zaczynałem wykładać przedmiot „prawa człowieka” na wydziale prawa uniwersytetu w Chicago, jednym z najbardziej prestiżowych w Stanach, to jego dziekan zapytał: „O czym ty właściwie mówisz studentom?”. Jeszcze przed dziesięcioma laty prawa człowieka były w Stanach wykładane na wydziałach... stosunków zagranicznych. Spośród Amerykanów ich zwolenniczką była jedynie Eleonora Roosevelt. Ale już nie, na przykład, prezydent Truman. 
Nie bez powodu Ameryka rzadko podpisuje się pod konwencjami bądź uchwałami ONZ czy Rady Bezpieczeństwa. Stąd też Amerykanie od pewnego momentu wcale nie godzą się na przyznawanie bez ograniczeń wiz czy przyjmowanie na szeroką skalę imigrantów. Już w XIX wieku Samuel Gompers, który sam był imigrantem z Irlandii i założycielem związków zawodowych w Ameryce, głosił hasło zatrzymania fali przybyszów do USA. Konflikt między tymi, którzy już żyli w Stanach, a tymi, którzy dopiero chcieli rozpocząć w niej nowe życie, był zawsze silny. Złagodziły go nieco decyzje Johna Kennedy’ego i Lyndona Johnsona. Ale zwykli Amerykanie wcale nie piali z zachwytu nad takim liberalizmem swoich prezydentów.
Zatem i dziś to, że Waszyngton dopuszcza do innego traktowania obcokrajowców niż obywateli USA, nie jest – w amerykańskim pojęciu – żadnym naruszeniem praw obywatelskich. Stąd można przyjąć, że rozmaite przemiany, które obserwujemy teraz w USA, mieszczą się w ramach konfliktów czy dyskusji, które Ameryka w swej historii już przerabiała. Natomiast z perspektywy zewnętrznej – zwłaszcza europejskiej – opisy niektórych zachowań władz amerykańskich wobec obcokrajowców faktycznie mogą budzić zdziwienie, a nawet oburzenie. Tyle że wiele z padających zarzutów jest wydumanych. Nadto często krzyk podnoszą ci europejscy intelektualiści, którzy siedzieli cicho, gdy prawa człowieka były faktycznie naruszane – choćby przez komunistów z bloku wschodniego.
Znany politolog i publicysta Robert Kaplan napisał niedawno, że jeżeli Ameryka ma być promotorem ruchów demokratycznych w Czeczenii czy Kirgistanie, to musi wzmocnić swój wizerunek jedynego supermocarstwa na naszej planecie. Lecz skoro jej posunięcia w sferze praw człowieka bulwersują świat, to siłą rzeczy osłabiają też prestiż.
– Zgoda: Ameryka powinna być promotorem ruchów demokratycznych. Ba, za taką jest w tej chwili uważana. Ale przecież nie zawsze tak było. Po prostu: w Ameryce władzę sprawują różni ludzie – a zgodnie z zasadami demokracji pełnią ją tylko przez okres najwyżej dwóch kadencji, czyli ośmiu lat.
Owszem, prezydent Jimmy Carter był promotorem praw człowieka, a Bill Clinton zwolennikiem ruchów demokratycznych. Ale już choćby Ronaldowi Reaganowi szło nie tyle o wspieranie demokracji, co o walkę z komunizmem. 
Dlatego nie bez powodu po 11 września pojawiło się pytanie: czy i jak działania Ameryki przeciwko terroryzmowi wpłyną na reżimy niedemokratyczne w świecie? Tu zasadne są obawy, że teraz nikt już palcem nie kiwnie choćby w sprawie ciemiężonych mniejszości religijnych i narodowych w Kirgistanie czy Uzbekistanie. Bo reżimy te stały się z dnia na dzień sojusznikami Stanów Zjednoczonych i Zachodu w walce z terroryzmem. 
Z Pana opisu Ameryki wyłania się schizofreniczny kraj: z jednej strony ludzie wybierają prezydenta, by kierował krajem, z drugiej od początku nie chcą mieć z tym facetem nic wspólnego. Itp.
– Ale który kraj jest mniej schizofreniczny? Taka Polska, na przykład, jest krańcowo schizofreniczna – od początku do końca. Tak samo Rosja Putina, gdzie gołym okiem widać, że ludzie co innego mówią, a w co innego wierzą...
Bo w ogóle polityka w nowoczesnej demokracji jest schizofreniczna. Na tym tle Ameryka nie odbiega od normy. 
Jeśli już używać takich kategorii, to systemy polityczne można podzielić na demokrację, czyli schizofrenię, i niedemokrację, czyli psychopatologię. Przyznam, że od psychopatologii wolę schizofrenię.
Skoro Ameryka – chcąc nie chcąc – jest uważana za ideał wolności i praw ludzkich, to czy nie powinna nas martwić „nowa moralność”, która pojawiła się w Stanach po 11 września? To, na przykład, że można będzie w majestacie prawa zestrzelić porwany samolot i poświęcić życie jego pasażerów i załogi, jeśli powstanie domniemanie, że maszyna może być użyta do uderzenia w jakiś obiekt na ziemi.
– Czy to jest już nowa moralność – nie wiem. Na pewno jest to mrożące krew w żyłach zastosowanie starej zasady moralnej: mniejszego zła i wyższej konieczności. Bo nie mówimy przecież o transakcji: jedno życie za inne. Przecież kiedy trzeba odpowiedzieć na pytanie: czy ma zginąć sto osób, czy też sto plus trzy tysiące, wybór jest tyleż tragiczny, co oczywisty. 
Amerykanie zaś – w przeciwieństwie do Europejczyków – są na tyle odważni i praktyczni, że gotowi są ustalić procedury zachowań w tak dramatycznych momentach. Bo wiedzą, że jeśli już dochodzi do takiej sytuacji, to nie ma czasu na dumanie – trzeba więc z góry opracować reguły działania. 

Raj na ziemi?

– A więc Ameryka to raj na ziemi?
– Bynajmniej! To jednocześnie koszmarny kraj – tu znowu można mówić o jej schizofrenii. 
Stany Zjednoczone są, na przykład, państwem od początku opartym na przemocy – i to ciągle spychanej w podświadomość. Amerykanie wciąż mają choćby trudności z przyznaniem, że w USA krzywdzono Murzynów. Nie chcą też uznać, że amerykańska demokracja i ów mityczny sukces oparte były o prywatną eksterminację 5, a wedle niektórych, może i 15 milionów Indian. 
Jest to także kraj, który produkuje największy chłam, jaki można sobie wyobrazić w postaci filmów i gier komputerowych pokazujących przemoc, gwałt i zabijanie. 
Pod tym względem negatywne oddziaływanie Ameryki na kulturę światową być może nawet równoważy pozytywny wkład, który zawdzięczamy Stanom Zjednoczonym. 
Podam przykład: płynąłem kiedyś promem na Zanzibar. Podróżują nim także biedni Afrykanie, z całymi rodzinami. Na statku jest zamontowanych 6 ekranów, a na każdym pokazywany ten sam straszliwy film, w którym leje się krew, padają trupy, gwałcą itd. Oczywiście amerykański. Te afrykańskie kobiety zasłaniały dzieciom oczy, by maleństwa nie oglądały takich scen. Bo cokolwiek by mówić o zdarzającym się okrucieństwie obyczajów w Afryce, to tamtejsze pojmowanie rozrywki kłóci się z amerykańskim. 
Kłopot w tym, że amerykański chłam można kupić bardzo tanio, a potem na nim zarabiać. Dowiedziałem się, że grupa intelektualistów z Zanzibaru chciała ograniczyć faktyczny monopol filmów amerykańskich – m.in. dlatego właśnie, że zawierają przemoc, na rzecz produkcji afrykańskich. Ale oczywiście na rodzime filmy nie ma pieniędzy. Interweniowała za to momentalnie Światowa Organizacja Handlu, która oskarżyła ich o próby wprowadzania protekcjonizmu. 
To Stany Zjednoczone winne są dziś w dużej mierze zalewaniu świata przez przemoc – tę prywatną, codzienną. Warto też pamiętać, że Ameryka jest krajem, który – po Chinach – skazuje najwięcej ludzi na karę śmierci. I mnóstwo ludzi trzyma w więzieniach – w tym dorównuje jej tylko Białoruś i Rosja. 
To druga strona Ameryki. Ta gorsza. 
Czy właśnie ta druga strona Ameryki – brutalna i butna – nie jest źródłem niechęci do Stanów Zjednoczonych i do amerykańskiego społeczeństwa? Trudno lubić państwo, które wytyka brak wolności i demokratycznych standardów innym, a na własnym podwórku ma nie posprzątane. 
– Amerykańska mocarstwowość rzeczywiście łączy się często z brakiem taktu bądź zrozumienia, że inne kraje mogą funkcjonować inaczej, a ich mieszkańcy promować inne niż amerykańskie wartości. Amerykanie z pewnych różnic często nie zdają sobie sprawy, więc w dobrej wierze dają innym rady, jak żyć. I nie zawsze robią to taktownie.
W Europie antyamerykanizm bierze się przede wszystkim z zawiści, choć również z ekonomicznej i militarnej dominacji USA. Ale dlaczego w takim razie Europejczycy nie potrafią choćby usprawnić funkcjonowania Unii Europejskiej i stale godzą się łożyć miliony euro na jej zbiurokratyzowane instytucje? Albo: jak to się stało, że w Europie nie ma żadnego liczącego się na świecie producenta komputerów? O równaniu się z Ameryką w finansowaniu armii nawet nie warto mówić. Te przykłady mówią wiele o przyszłości Starego Kontynentu.
– A skąd niechęć do USA wśród Arabów?
– Znamienne, że do aktywistów Al-Kaidy nie należeli wcale biedacy, ale przedstawiciele zamożnej i wykształconej części świata arabskiego. Są to ludzie, którzy potwornie boją się modernizacji i tego, co ona ze sobą niesie. Nie bez powodu: wiedzą przecież, że każda modernizacja społeczna wiąże się z podziałem władzy. Dla wielkich rodów arabskich i rodzin teokratycznych nie do wyobrażenia jest m.in., że kobiety mogą przestać być niewolnicami mężczyzn. W ich mentalności oznacza to rewolucję – spadek prestiżu i właśnie utratę władzy. 
Tak samo boją się utraty pozycji gospodarczej. Jeszcze 20 czy 30 lat temu w ścisłej czołówce rankingów najbogatszych ludzi świata można było znaleźć co najmniej kilka rodzin z Bliskiego Wschodu: Arabii Saudyjskiej czy Kuwejtu. Dziś ich już tam nie ma. A wcale nie potracili swych fortun – ale Bill Gates i mu podobni pobili całą konkurencję. Jak tu się dziwić, że niektórzy bogaci Arabowie nienawidzą Ameryki i sprawności jej systemu gospodarczego? A także jej symboli, z których najbardziej znanym było właśnie World Trade Center? 
I wreszcie: Ameryka jest dziś na świeczniku. Ba, sama chce być numerem 1. Tyle że tym samym jest idealnym punktem odniesienia do budowania gwałtownych, a negatywnych emocji. Może służyć do personifikacji wszelkiego zła, i godnego do zniszczenia przeciwnika.

Autor jest wykładowcą konstytucjonalizmu i praw człowieka na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 37 (2775), 15 września 2002



do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl