Z kim naprawdę walczymy 

Edward N. Luttwak z Waszyngtonu 



Gdyby ataki terrorystyczne z 11 września 2001 r. miały wyznaczyć – jak niektórzy natychmiast ogłosili i nadal utrzymują – początek prawdziwej, choć niekonwencjonalnej wojny, to w wyniku następujących po sobie akcji i reakcji powinien się odsłonić charakter tej walki i tożsamość wroga. W rzeczywistości to, co wydarzyło się 11 września, pozostaje wyjątkową katastrofą, której skutki odczuwamy do dziś; nie bardzo wiadomo, czy zmagania mają charakter tysiącletni, czy efemeryczny, centralny czy peryferyjny. Widoczna jest nawet niechęć do nazwania wroga po imieniu. 


Wszyscy jesteśmy świadomi skutków uprzedzeń. Instynktownie więc wzbraniamy się przed określeniem narodowości pojedynczych przestępców, a jeszcze częściej ich religii. Gdybyśmy to zrobili, oznaczałoby to, że za winne uznajemy całe masy: narody i religie. Tymczasem ataku dokonało tylko 19 ludzi – spośród 200 milionów Arabów i ponad miliarda muzułmanów. 
Z drugiej strony jednak ignorowanie etnicznej i religijnej tożsamości tych dziewiętnastu – tak jakby byli oni, dajmy na to, bankowymi rabusiami, których wspólne pochodzenie i wyznanie były jedynie zbiegiem okoliczności – dowodziłoby obłudy. Więcej – nie można by wtedy skutecznie zapobiec dalszym atakom. 

Cel: starsza pani 

Tak się właśnie dzieje w przypadku uciążliwych procedur bezpieczeństwa, obowiązujących dziś na amerykańskich lotniskach. Metody te muszą być wolne od jakichkolwiek podejrzeń o „etniczne profilowanie” pasażerów – takie polecenie wydał sekretarz transportu Norman Y. Mineta, który na oficjalnej stronie internetowej opisuje siebie jako „jednego ze 120 tys. Amerykanów japońskiego pochodzenia zesłanych po 
Pearl Harbor do obozów internowania” i lubi przypominać, że jedyną próbę ataku na amerykański samolot po 11 września podjął ekscentryczny brytyjski Hindus nawrócony na islam, a nie żaden mężczyzna o wyglądzie Araba i muzułmańskim imieniu. 
Tak więc pasażerowie odlatujący w sierpniu z waszyngtońskiego lotniska Dullesa cierpieli co prawda na spore niewygody, ale nie byli dokładnie przeszukiwani przez przeciążoną załogę linii lotniczych i pracujących za minimalną stawkę pracowników bezpieczeństwa, z których większość stanowili muzułmańscy imigranci z Pakistanu, niektórzy z brodami typowymi dla fundamentalistów. Do powtórnego przeszukania kierowali oni przede wszystkim... starsze panie, a następnie starannie łamali drobne ostrza ich nożyczek do paznokci, rozmyślnie nie poświęcając specjalnej uwagi nikomu, kto wyglądał na Araba albo muzułmanina, szczególnie jeśli byli to młodzi brodaci mężczyźni o imieniu Muhammad. Kontrolowanie ich byłoby bowiem najlepszym przykładem zakazanego przez Minetę „etnicznego profilowania”. 
Pod rządami sekretarza transportu i w obliczu uzasadnionej groźby kosztownych procesów w oparciu o prawo antydyskryminacyjne pracownicy linii lotniczych wybierają pasażerów do dodatkowej kontroli na podstawie ściśle obiektywnych kryteriów, innych niż rasa, narodowość czy religia, czyli takich jak np. podróżowanie z biletem w jedną stronę czy kupno biletu za gotówkę. W rzeczywistości obie te cechy właściwe są raczej właśnie udającym się w podróż starszym paniom – porywacze z 11 września wsiedli na pokład samolotów z popularnymi biletami dwustronnymi, kupionymi przy użyciu kart kredytowych. Bez wątpienia kwestie bezpieczeństwa są lepiej rozwiązane na przykład w Korei Północnej, gdzie nieliczni nie-Koreańczycy są natychmiast rozpoznawani i gdzie pluralistyczno-demokratyczno-legalistyczne nonsensy nie kolidują z gruntownymi środkami bezpieczeństwa...

Resentymenty bin Ladena

Kto zatem tak naprawdę jest wrogiem? Nie może nim być terroryzm jako taki, gdyż jest on tylko rodzajem taktyki, przeciw której mogą być użyte specyficzne środki, ale która nie dostarcza konkretnych celów do kontrataku – jak to się dzieje w przypadku klasycznej wojny. To samo dotyczy „terrorystów”: określenie to pozwala na wygodne potępienie wszystkich, którzy rozmyślnie atakują zgromadzenia cywilów, ale nie stanowią określonej grupy, z którą można toczyć bitwy, a co dopiero wojnę. Wirtualnie oficjalna „wojna z terrorem” jest zatem niczym więcej, jak zamazaniem prostej prawdy, że porywaczami z 11 września byli arabscy muzułmanie, kierowani wyolbrzymioną interpretacją resentymentów powszechnych wśród Arabów i wyznawców islamu. Resentymentów czasem bardzo świeżych, czasem sięgających kilka wieków wstecz. 
Pierwsza i najpełniejsza wersja przemówienia Osamy bin Ladena przekazana przez telewizję Al-Dżazira zaczyna się od przypomnienia utraty Hiszpanii przez Maurów na początku drugiego tysiąclecia – ten fakt ciągle budzi emocje, bo Hiszpania oznacza tu szczyt arabskiej potęgi – a kończy trwającym po 1990 r. profanowaniem Półwyspu Arabskiego przez uzbrojonych chrześcijan. Pośrodku znajdziemy wiele innych urazów: zniesienie w 1924 r. kalifatu przez apostatę i rzekomego krypto-Żyda Kemala Ata-türka, utratę części Kaszmiru w 1947 r., utratę części brytyjskiej Palestyny na rzecz Żydów w 1948 r., utratę kolejnej części Palestyny w 1967 r. i dalsze straty w Bośni, Czeczenii, Xinjiangu (Wschodnim Turkiestanie) i gdzie indziej. Do tego wszystkiego bin Laden dodał uraz być może jeszcze ważniejszy: upokarzające podporządkowanie nominalnie niezależnych przywódców muzułmańskich materialistycznej władzy chrześcijan – bo taka jest jego definicja Amerykanów. Ci bowiem, nawet jeśli sami uważają się za ateistów bądź buddystów, są dla niego chrześcijanami, aczkolwiek na służbie Szatana, a nie Jezusa. 
Wreszcie dla bin Ladena źródłem resentymentu może być utrata islamskiej czystości w krajach rządzonych przez bezwstydnie swobodnych przywódców muzułmańskich. Oni także sankcjonują cudzołóstwo lub jego równoważniki w postaci bezczelnego wystawiania na widok publiczny włosów i odsłoniętych twarzy kobiet, które mogą wychodzić ze swoich domów bez eskorty, pracować i bawić się bez nadzoru w towarzystwie mężczyzn, zuchwale prowadzić samochód, a czasem nawet pokazywać niemal nagość, chodząc w strojach kąpielowych na publicznych plażach. Ba, pełni hipokryzji muzułmańscy przywódcy Arabii Saudyjskiej, którzy zakazują tych bezeceństw, sami w tajemnicy oddają się zakazanej rozpuście i spożywaniu alkoholu. 

Inspiracje morderców

Po 11 września zachodni arabiści i iraniści wskazali z zadziwiającą jednomyślnością na źródła tych przekonań. Oto terroryści opierać mieli – jak zwykle – swą nienawiść na argumentach pseudointelektualistów czy gryzipiórków. W tym przypadku pochodziły one głównie od Sayyda Qutby – drugorzędnego egipskiego poety, zwolnionego z pracy wychowawcy, nieudanego dziennikarza, ignorowanego krytyka literackiego, odtrąconego kochanka i płodnego autora, straconego przez rząd Nasera w 1966 r. w ramach represji przeciw Stowarzyszeniu Braci Muzułmanów. Grupa ta twierdziła, że tylko przemoc może przywrócić muzułmańską czystość i arabski honor – splugawione przez materialistyczne siły Zachodu (dzieła Qutby zostały opisane przez Adnana Musallama w wydanej przez Palestyńskie Towarzystwo Akademickie Studiów Spraw Międzynarodowych w Jerozolimie książce „Sayyd Qutb: the Emergence of the Islamicist 1939-1950”). 
Drugą inspiracją był Muhammad bin Abd al-Wahhab, XVIII-wieczny twórca purytańskiej i bezwzględnie nietolerancyjnej wersji islamu – odłamu ortodoksyjnej szkoły hanbalitów (nazwy „wahhabici” używają ich wrogowie, by określić ich jako sektę). Właśnie to wyznanie propaguje saudyjska rodzina królewska – przez wiele lat sojusznik Stanów Zjednoczonych i lojalny klient brytyjskich producentów towarów luksusowych. Propagowała je najpierw przy pomocy miecza w podbitych krajach Arabii, gdzie nie wolno praktykować żadnej religii poza islamem. Później, po finansowym boomie związanym z eksploatacją ropy naftowej, przy pomocy charakterystycznych błyszczących białych meczetów i świetnie wyposażonych szkół budowanych w takich miejscach, jak Afganistan, Pakistan, Indonezja, Azja Środkowa, Czeczenia, Sudan, Bośnia, Kosowo, Macedonia (nieprzypadkowo wszystkie te kraje stały się scenami krwawych sporów religijnych). Oraz w wielu innych miejscach, gdzie mieszkają muzułmanie, łącznie z Wielką Brytanią i Stanami Zjednoczonymi, gdzie indoktrynowanym dzieciom zakazuje się przyjaźnić z chrześcijanami lub Żydami. Tak jest choćby naprzeciw Białego Domu, po drugiej stronie rzeki Potomac, w saudyjskiej Islamskiej Akademii Aleksandryjskiej w Wirginii, sponsorowanej przez księcia Bandara bin Sultana, długoletniego ambasadora saudyjskiego w Waszyngtonie, szczodrego gospodarza dla swoich rodaków przybywających do Stanów i częstego gościa w domu Busha-seniora, a nawet, choć tylko okazjonalnie, na ranczo jego syna. 
Fatalne zetknięcie marzeń Sayyda Qutby o chłopcach „walczących za sprawę Allaha przez zabijanie i bycie zabijanym” z ideami Muhammada bin Abd al-Wahhaba głoszącego odrzucenie jakiejkolwiek tolerancji dla łagodniejszych muzułmanów i nie-muzułmanów nie było przypadkiem, ale efektem polityki rządu Arabii Saudyjskiej. 
Bo kiedy Saudyjczycy zakładali szkoły i uniwersytety za pieniądze ze sprzedaży ropy, to sprowadzali do nich nauczycieli głównie z Egiptu. Purytańska nuda Arabii przyciągała głównie ludzi przegranych, desperacko szukających pracy. A także naśladowców Qutby, który sam wychwalał Saudyjczyków za biczowanie „poetów, którzy flirtują z poezją miłosną”, przeciwstawiając Arabię Egiptowi, gdzie „aplauz otrzymują ci, którzy wiodą chłopców i dziewczęta ku niemoralności i ćwiczą ich w bezwstydzie”. Jeśli program nauczania opierał się o wahhabicką indoktrynację (nawet w uniwersytetach oficjalnie świeckich, o uczelniach islamskich nie wspominając), a nauczycielami historii, nauk politycznych i innych przedmiotów byli uczniowie Qutby, efektem nie mogła być liberalna edukacja. Nie przez przypadek 15 spośród 19 porywaczy było Saudyjczykami „z pewnym”, jak napisałaby kiedyś „Prawda”, wykształceniem uniwersyteckim. 

Antymodernistyczni polityczni moderniści 

Ci sami specjaliści od świata muzułmańskiego dowodzili też, że – pomimo islamskiej otoczki i źródeł – pełne gwałtu doktryny fanatyków są w swojej naturze czysto polityczne. Wszyscy oni chcą nie duchowej pociechy, ale władzy ziemskiej – od założonego w 1929 r. egipskiego Stowarzyszenia Braci Muzułmanów po Al-Kaidę. I nie „pomimo”, ale dlatego, że te doktryny tworzą antymodernistyczną ideologię, są równie nowoczesne jak faszyzm, nazizm i leninizm. Więcej: to z tych doktryn fundamentaliści czerpali metody działania – czasem nieświadomie, a czasem jak najbardziej świadomie – jak w przypadku założyciela Stowarzyszenia Braci Muzułmanów Hasana al-Banna, który podziwiał Mussoliniego, a swoim zwolennikom kazał „zadeptywać wrogów”. 
Lecz choć dzisiejsi fundamentaliści są antymodernistycznymi politycznymi modernistami, nadal hołdują staroświeckim religijnym doktrynom Muhammada bin Abd al-Wahhaba: to one służą legitymizowaniu morderstw przez odmawianie prawa do życia chrześcijanom, Żydom i wyznawcom zoroastryzmu. A przecież zgodnie z głównym nurtem islamu, choć wszyscy oni stoją niżej w hierarchii od muzułmanów, zasłużyli na to, by żyć i uprawiać swoje kulty jako „ludzie księgi”. Uważają tak zarówno sunnici, jak szyici, którzy tylko poganom, takim jak współcześni animiści na południu Sudanu, pozostawiają wybór „śmierć albo nawrócenie”. 
Wahhabici odrzucają tę godną pogardy łagodność i głoszą śmierć dla wszystkich, którzy nie chcą się nawrócić. Tolerują co najwyżej – jako nieunikniony kompromis – niewiernych speców od wydobycia ropy oraz innych uzdolnionych niewolników (i amerykańskie oddziały w Arabii). 
Ponieważ wyznawcy ortodoksyjnego nurtu islamu nie są bardziej uprawnieni do zabijania niewinnych chrześcijan, Żydów i zoroastrian niż inni muzułmanie, fanatycy z Al-Kaidy nie mogli ogłosić światowej wojny z chrześcijanami i Żydami jako takimi. Nie przypadkiem jednak jedyną swoją operację po 11 września skierowali przeciwko zupełnie nieszkodliwej dla Arabów żydowskiej społeczności w Tunezji, wysadzając ciężarówkę z materiałami wybuchowymi pod starą synagogą na wyspie Dżerba. 

Mocno religijni, a czysto świeccy

Nieporozumieniem okazał się rozpowszechniony zwłaszcza w mediach pogląd, że w przypadku fundamentalizmu mamy do czynienia z religijnym średniowieczem. W rzeczywistości jest to kolejna polityczna odmiana modernizmu. Posługujący się e-mailami, doceniający pożytki płynące z technologii, podróżujący po świecie stratedzy Al-Kaidy, którzy z oddali lub osobiście kierowali atakami z 11 września – podobnie zresztą jak większość przywódców Dżihadu – są w swoim mniemaniu mocno religijni, ale już w swoich aspiracjach czysto świeccy. Ponad wszystko tęsknią za militarną bądź quasi-militarną siłą i polityczną władzą. To zaś, że zasady, które chcą narzucić kobietom, są repliką nostalgicznych fantazji na temat obyczajów z VII w., czyli Arabii za czasów Mahometa, pokazuje tylko, że fundamentaliści są współcześni nawet w swych obsesjach seksualnych. 
Widać to u Sayyda Qutby, który oskarżał „nagie kobiety” kąpiące się na aleksandryjskich plażach w czasach Justyny, Balthazara, Mountolive’a i Clei [imiona bohaterów „Kwartetu Aleksandryjskiego” Lawrence’a Durrela, opisującego Aleksandrię przed II wojną światową – przyp. tłum.]. Widać to również w krańcowym mizoginizmie talibów, którzy wymyślali kolejne restrykcje, by poskromić nieodpartą i kuszącą każdego mężczyznę siłę każdej kobiety w każdej sytuacji. Nie jest bez znaczenia, że zamachowcy z 11 września byli wyjątkowo pruderyjni, że prawdopodobnie byli prawiczkami i że gdy Hamas ogłosił swoje powstanie w Strefie Gazy we wczesnych latach 70., rozpoczął działalność – jeszcze przed próbą ataku na izraelskich osadników – od mordowania kobiet i dziewcząt oskarżonych o prostytucję lub jedynie o swobodny styl życia. Obecna indoktrynacja kandydatów do ataków samobójczych tej organizacji kładzie nacisk na niebiańskie rozkosze seksualne, dostarczane przez tłumy czarnookich piękności. 
Jednak kiedy w istocie nowocześni, z obsesją na punkcie seksu, a doktrynalnie heterodoksyjni i całkowicie rozpolitykowani członkowie Al-Kaidy przeprowadzili swoje zamachy, spotkali się z natychmiastową, a później często entuzjastyczną aprobatą wielu, jeśli nie większości muzułmanów, którzy w żadnym razie nie byli fanatykami. W Tunezji, najłagodniejszym z krajów arabskich, francuscy inwestorzy, którzy właśnie 11 sierpnia odwiedzali odnowioną kolonialną winiarnię, stali się świadkami wybuchu hałaśliwej radości tunezyjskich współpracowników, dyrektorów, stażystów, enologów i laborantów, którzy przed telewizorami śledzili masakrę w Nowym Jorku i Waszyngtonie. Poczucie natychmiastowej aprobaty – nieliczne zastrzeżenia przyszły później – było przytłaczające, i to w najszerszej skali geograficznej i społecznej. Najwidoczniej czyn współgrał z muzułmańskim głębokim poczuciem krzywdy, a nawet na krótko je uśmierzył. 

Istota krzywdy

Poczucie krzywdy wynika z przekonania, że historia została zdeformowana przez wrogie spiski, które opóźniają wypełnienie boskiej obietnicy islamskiej supremacji nad planetą oraz pozwalają wszechmocnym chrześcijanom, a nawet garstce Żydów i Hindusów, hulać na ziemiach muzułmańskich. A przecież powinni oni byli być zadowoleni, że mogą potulnie żyć w przypisanym im stanie warunkowej tolerancji. 
Wedle fundamentalistów każda krzywda ma początek w naruszeniu nauk islamu lub w niesprawiedliwości wyrządzonej muzułmanom – w Kaszmirze, Palestynie, chińskim Xinjiangu i w innych miejscach. Ale w przeciwieństwie do niekończących się moralistycznych narzekań cynicznie wycelowanych w chrześcijańską wrażliwość, to nie niesprawiedliwości jako takie (w końcu zawsze można je powstrzymać lub zakończyć), ale samo narzucenie siły jest dla muzułmanów czymś nie do zniesienia. „Inni” po prostu nie powinni mieć władzy narzucania swojej woli muzułmanom, którym sam Bóg w swojej łaskawości przyznał zwierzchnictwo na dowód wyższości ich wiary nad ich żydowskimi czy chrześcijańskimi protoplastami. Wielu potępia też współczesny porządek świata jako pod wieloma względami niesprawiedliwy. Ale niesprawiedliwość, która napędziła 11 września śmiercionośny uraz i zrodziła powszechną satysfakcję z masakry, polegała na tym, że muzułmańskie państwa i idealna społeczność wszystkich muzułmanów nie są tak silne, jak być powinny. 
Krzywd nie mogą uleczyć świeckie siły zaliczone do „chrześcijan i Żydów”, znanych też jako „Brytyjczycy, Francuzi, Holendrzy (!) i teraz Amerykanie”, jak narzekał Sayyd Qutb w 1946 r. (op.cit. str. 64). Teraz winno się do tego dodać Hindusów i, oczywiście, Izraelczyków. W czasach interwencjonizmu ONZ czymś zwyczajnym jest apel słabszego do silniejszego o pomoc. Dziś biedni codziennie proszą, a nawet żądają od zasobniejszych podzielenia się bogactwem. Na większą skalę odbywa się to podczas globalnych szczytów – choćby ostatnio w Johannesburgu. Ale kiedy politycznie, ekonomicznie, edukacyjnie i technologicznie słabi żądają od silnych przekazania władzy, „bo Bóg tak chce”, nie może to wywołać pozytywnej odpowiedzi, nie mówiąc o lekarstwie lub nawet częściowych rozwiązaniach.

Dobre skutki niewiedzy 

Może więc amerykańska niechęć do nazwania wroga po imieniu okazała się pomocna? Państwom muzułmańskim z pewnością ułatwiła zgodę na współpracę w czasie kampanii w Afganistanie. Rządy talibów udzielających schronienia wrogom Ameryki zostały tam szybko i elegancko zdemolowane za pomocą skromnych sił lądowych oraz kilku bombardowań – i to mimo wysokogórskiego terenu, zbliżających się opadów śniegu, zabraniającego walki okresu ramadanu i rzekomo fanatycznego oporu, który – wedle komentatorów różnego autoramentu – miał pogrzebać amerykańskie nadzieje na zwycięstwo, tak jak pogrzebał kiedyś nadzieje Sowietów. Z kolei siłom policyjnym i agencjom bezpieczeństwa ułatwiła współpracę przy wykryciu i aresztowaniu działaczy i zwolenników Al-Kaidy – niechętnie i w niewielkim wymiarze w przypadku Arabii Saudyjskiej, o wiele gorliwej w Malezji, Egipcie, Algierii, Tunezji, nawet Libii, a najszerzej w Pakistanie. Te wysiłki miały udział w energicznych działaniach policyjnych po 11 września, efektem których było zmarginalizowanie islamskich organizacji w USA, Europie Zachodniej i w innych miejscach. Dotąd formacje te funkcjonowały w najlepsze mimo narastających wobec nich podejrzeń – teraz okazało się, że uderzenie w nie zapobiegło być może atakom w tak różnych miejscach jak Rzym, Singapur czy paragwajskie Ciudad del Este. 
Odpowiednikiem cichej współpracy wywiadowczej była oficjalna i strategiczna koalicja, którą po 11 września szybko stworzyła administracja Busha pomawianego o kowbojski unilateralizm razem z Federacją Rosyjską, Chińską Republiką Ludowo-Demokratyczną i Indiami oraz z sojusznikami z NATO, Japonią itd. Dzięki takiej pomocy toczyła się wojna w Afganistanie: z rosyjskimi kontrolerami lotu gładko przeprowadzającymi amerykańskie samoloty wojskowe nad terytoriami Federacji, które lądowały potem w byłych bazach radzieckich w Uzbekistanie i Kirgistanie w bliskim sąsiedztwie nie protestujących Chin; wojna, w której aktywny udział brały oddziały rozmieszczone w dalekiej Australii i z których część, jak np. Niemcy, nie oddały strzału od 1945 r., albo, jak Norwegowie, nigdy nie walczyły jako zwarte jednostki. 

Leniwa wojna z terrorem

Oczywiście ten entuzjazm uczestników koalicji przygasł, kiedy przyszło do zapewnienia długoterminowego bezpieczeństwa w Afganistanie, tym najmniej bezpiecznym z państw. Owszem, zdecydowane, a nawet brutalne pierwsze reakcje tamtejszej policji były szybko moderowane lub tłumione przez normy konstytucyjne i policyjne restrykcje ustanowione w obawie przed zarzutami obserwatorów zewnętrznych. Tak czy inazcej jednak następcy postreligijnych rządów talibów przyjęli ostrożną politykę wobec wszelkich manifestacji muzułmańskiej religijności. 
Z kolei w większości państw Europy i w Stanach Zjednoczonych ciągle widać całkowite i zupełnie nieodwzajemnione tolerowanie lokalnych muzułmańskich duchownych, którzy usprawiedliwiają, a nawet zalecają stosowanie przemocy w imię islamu, a przy tym niewątpliwie sprzyjają rekrutacji swoich współbraci przez aktywne grupki ekstremistów. Byłoby miło trwać w przekonaniu, że muzułmańscy mówcy nie są niepokojeni w imię głębokich zasad cywilizacji zachodniej. Można się jednak obawiać, że prawdziwszym wyjaśnieniem jest tu moralne lenistwo. W krajach takich jak Francja i Niemcy, gdzie podburzanie jest już przestępstwem, odmowa zaprowadzenia prawa siłą przez policję obrazuje porażkę woli politycznej w rywalizacji z milionami muzułmańskich obywateli, potrzebujących postępu edukacyjnego, kulturalnego i ekonomicznego. Okazuje się, że kwestie te są lepiej rozwiązane w Stanach Zjednoczonych, gdzie stawiająca na jednostkę ekonomia „płyń albo utoniesz” szybko oswaja fanatyzm – z wyjątkiem najcięższych przypadków, w których najsurowszy na Zachodzie aparat sprawiedliwości od razu wsadza winnych za kraty lub nawet wydaje na stracenie. 
To prawda, że nieprecyzyjny termin „wojna z terrorem” pozwala rządom na całym świecie, które zwalczają lub tylko represjonują swoich oponentów – nazywanych teraz terrorystami – czynić to z większą bezkarnością, a nawet z aprobatą czy wręcz pomocą materialną innych krajów. Terrorysta to wszak praktycznie każdy, kto na szerszą skalę i bez powodu używa przemocy przeciwko cywilom – lub kogo można posądzić o to z pewnym prawdopodobieństwem. Skutkiem tego oficjalną listę organizacji terrorystycznych, które są uznawane za wrogów Stanów Zjednoczonych, bez względu na to, komu lub czemu się one sprzeciwiają, uzupełniono ostatnio o chyba najbardziej egzotyczną pozycję: Islamski Ruch Wschodniego Turkiestanu, wywodzący się z Xinjiangu, ujgurskiej prowincji autonomicznej na terenie Chin. Wydawałoby się, że trudno pomyśleć, by ten ruch był prawdziwym wrogiem USA, choć ujgurscy rekruci trenowani przez Al-Kaidę zostali schwytani w Afganistanie, kiedy walczyli w szeregach talibów. Ujgurowie twierdzili, że chcieli zaatakować tylko chińskich ciemiężycieli i błagali Amerykanów o uwolnienie i darowanie życia. Teraz jednak widać, że wszystko jest tym samym, że wszyscy jesteśmy zjednoczeni w walce z – terrorem. 


Przełożył Mateusz Flak 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 37 (2775), 15 września 2002



do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl