Ameryki wojna z prawem

Roman Kuźniar



Nasilające się amerykańskie wezwania do wojny przeciwko Irakowi i obalenia Saddama Husajna budzą coraz większy niepokój i zdziwienie społeczności międzynarodowej, w tym zachodnioeuropejskich sojuszników USA. 


Trzeba oddać Amerykanom sprawiedliwość: w samych Stanach Zjednoczonych jest wielu stanowczych krytyków takiej wojny. Ich niepokój wywołują przede wszystkim trzy czynniki – wykazywana przez prawicowych apologetów siłowego rozwiązania „problemu Iraku” nieadekwatna ocena rzeczywistości (chybione porównania do historii), amatorszczyzna strategicznego rozumowania (tylko wojna!) oraz lekceważący stosunek do prawa i instytucji regulujących użycie siły w relacjach międzynarodowych. 

Nieobecność casus belli

Amerykańscy zwolennicy „wyprzedzającej” wojny z Irakiem do tej pory nie byli w stanie przekonać reszty świata, że wojna istotnie jest uzasadnionym i koniecznym środkiem dla zapobieżenia niebezpieczeństwu, jakie stwarza ten kraj. Po pierwsze, brak wiarygodnych dowodów (Waszyngton ich nie ujawnił), że Irak dysponuje bronią masowego rażenia i środkami jej przenoszenia. Po drugie, teza, że „Husajn przygotowuje się do biologicznego i chemicznego ataku na Stany Zjednoczone” (wygłosił ją m.in. Edward Luttwak w „TP” z 25 sierpnia) jest niepoważna. Dowodziłaby, że Husajn stracił instynkt samozachowawczy. Tymczasem jego postępowanie po przegranej wojnie w 1991 r. i w trwającej już dekadę sytuacji „oblężenia” międzynarodowego wskazuje na coś przeciwnego. Bagdad wie doskonale, że porwanie się na USA oznaczałoby zmiecenie Iraku z powierzchni ziemi. Po trzecie, brakuje przesłanek, że Irak rzeczywiście stanowi zagrożenie dla regionu czy świata. Wojnie z Irakiem sprzeciwiają się jego sąsiedzi, co oznacza, że nie czują się zagrożeni przez Husajna – tym bardziej bezpieczna wydaje się Ameryka. 
Obecna sytuacja jest zupełnie odmienna od tej sprzed 11 lat. Owszem, reżim Husajna jest dyktatorski i nie respektuje uniwersalnych standardów praw człowieka (takich reżimów jest na świecie niestety znacznie więcej), lecz nie oznacza to, że jedynym i usprawiedliwionym sposobem na jego zmianę jest otwarta wojna. 

Najpierw ONZ

Tym, co budzi szczególny niepokój przeciwników wojny z Irakiem, zwłaszcza w Europie, jest opinia amerykańskich zwolenników rozprawy z Saddamem, że Stany Zjednoczone nie potrzebują żadnej międzynarodowej legitymizacji dla swojej akcji. Tymczasem jest odwrotnie. Jeśli istnieją jakieś powody do wojny przeciwko Irakowi, to możliwe i konieczne jest uzyskanie autoryzacji ze strony Rady Bezpieczeństwa NZ – tylko ona może zarządzać lub autoryzować użycie siły przeciwko innemu państwu (o ile nie mamy do czynienia z sytuacją samoobrony). Do podjęcia próby uzyskania akceptacji Rady dla swych planów wzywają prezydenta Busha nie uchodzący wszakże na amerykańskiej scenie za gołębie James Baker czy Richard Holbrooke. Rada Bezpieczeństwa może przecież przyjąć taką rezolucję, która umożliwi skuteczną inspekcję Iraku, a w razie jej fiaska – sięgnięcie po mocniejsze środki. 
Wojna z Irakiem z pominięciem ONZ i w sytuacji braku poważnych powodów dla jej wszczęcia, mogłaby się okazać gwoździem do trumny ONZ-owskiego systemu bezpieczeństwa międzynarodowego, jego zasad, procedur i organów. Taka perspektywa musi budzić obawy szczególnie w państwach mniejszych, takich jak Polska, w interesie których leży utrzymywanie silnej pozycji prawa i instytucji międzynarodowych. Przypomnijmy, że to właśnie pośpieszne, podjęte bez dyskusji i akceptacji ze strony Rady Bezpieczeństwa, bombardowanie Iraku przez Amerykanów i Brytyjczyków w grudniu 1998 r. „wygnało” z Iraku inspektorów ONZ. Henry Kissinger przyznał, że nie chodziło wtedy o treść ich raportu, lecz o obalenie Husajna. 

Niedostatek wyobraźni

Ostatnim – zasadniczym – powodem do sceptycyzmu wobec idei „wyprzedzającego” ataku na Irak są jego możliwe do przewidzenia skutki. Wojna, o jakiej mówią jej amerykańscy protagoniści, to śmierć tysięcy niewinnych cywili, to prawdopodobieństwo dezintegracji Iraku, to regionalna destabilizacja i inne, mniej dziś wyobrażalne efekty. Taka wojna wywołałaby również dalszy wzrost nienawiści sporej części świata wobec USA i Zachodu, który nawet jeśli nie będzie uczestniczył w akcji militarnie, będzie zobowiązany do jej politycznego poparcia. Pogłębi to fragmentację świata, ów słynny podział na „the West and the Rest” (Zachód i reszta). Bezpodstawne są iluzje, że upadek reżimu Husajna pociągnie za sobą demokratyzację innych państw arabskich (zwłaszcza Arabii Saudyjskiej). Świat islamu jest odmienną formacją geopolityczno-cywilizacyjną i nie można w nim liczyć na efekt domina. Wojna z Irakiem nie ułatwi też rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego, którego źródła i ewolucja nie mają związku z takim lub innym Kadafim, Sadatem czy Husajnem. Uzasadniona jest za to obawa, że w razie wojny potwierdzi się prawo niezamierzonych konsekwencji – np. jeśli Irak istotnie posiada jakąś broń chemiczną, to użyje jej wobec wojsk USA, które znajdą się na jego terytorium. 

Co robić?

Po pierwsze, należy się zastanowić, czy istotnie „problem Iraku” w jego obecnej postaci daje podstawy do nerwowości, którą wykazują zwolennicy wyprawy wojennej przeciwko „smokowi z Bagdadu”. Jak dotąd nie zdołali oni przekonać do swej idei sceptyków, co może się zmienić, jeśli wyłożą wreszcie karty (dowody) na stół. 
Po drugie, wiadomo, że militarna presja czy groźba wojny wzmaga solidarność wewnątrz zagrożonego kraju, a różnego rodzaju sankcje czy izolacja międzynarodowa przedłużają władzę tyranów. 
Po trzecie, najlepiej dopasowanym do celu środkiem na pozbycie się Husajna niekoniecznie jest operacja militarna. Najpierw należy wykorzystać dostępne kroki polityczno-dyplomatyczne, których, przyznajmy, nie było w przeszłości zbyt wiele. Dyktatorzy i reżimy totali- i autorytarne niekiedy łatwiej upadają pod wpływem czynników wewnętrznych niż w wyniku zewnętrznych operacji zbrojnych. Pomoc zewnętrzna jest zaś skuteczniejsza, jeśli ma charakter pośredni. Do upadku reżimu w Iraku być może łatwiej doprowadzi „gra na wywołanie” i wzmocnienie czynników wewnętrznej ewolucji, a w końcu pożądanej zmiany. Otwierając ten kraj na świat można „wpuszczać” do niego coraz więcej powietrza, które – jak wiadomo – sprzyja erozji... Warto spróbować. Do tego potrzeba jednak trochę czasu, subtelności i cierpliwości, której wyraźnie brakuje zwolennikom rozwiązania siłowego. Nasilająca się retoryka wojenna nie służy dobremu rozwiązaniu problemu: tworzy bowiem wrażenie, że jedynym rozwiązaniem jest użycie siły. Pojawia się obawa, że mogą w to uwierzyć także ci, którzy się nią posługują. 

Autor jest kierownikiem Zakładu Studiów Strategicznych Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 37 (2775), 15 września 2002



do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl