Opowieści Mostu Pokoju

Marcin Król



Kilka razy dziennie przemierzam Friedensbrücke w Wiedniu. A ponieważ w tej okolicy mieszka sporo Polaków, którzy naturalnie nie wiedzą, że też jestem Polakiem, więc nieuchronnie słyszę ich rozmowy. Kilka scenek: pani jeszcze całkiem w formie z dwiema córkami około osiemnastki. Mama mówi, że tatuś pije i nie daje pieniędzy na jedzenie, więc zabrakło jej nawet na kartofle, a córeczka nie chce „porozmawiać” przez całą noc z Arabem za 100 euro. Na to córeczka płaczliwie: mamusiu, z Arabem? Oczywiście to radykalne streszczenie, bo wszystkie brzydkie słowa opuściłem. Innego dnia: dwóch młodzieńców prowadzi sporego psa, przed nami ładna dziewczyna w krótkiej spódnicy. Panowie są Polakami i detalicznie wdają się w rozważanie, co piesek by zrobił tej pani z jej sempiterną i w ogóle. Wreszcie innego dnia wieczorem, jakoś się zasiedziałem w bibliotece, spotykam dwóch leciutko pijanych obywateli naszego kraju. Jeden rozbił właśnie butelkę wódki, a drugi mu wyjaśnia, że źle uczynił. Takich i podobnych zdarzeń widziałem znacznie więcej. Słów zaś nieparlamentarnych, powtarzanych bez końca i bez sensu, słyszałem za każdym razem od stu do dwustu.
Przypominam sobie znakomity film amerykański „Dym” z Williamem Hurtem i Harveyem Keitelem. Kiedy Hurt domaga się, by Keitel pojednał się z czarnym chłopakiem, ich wspólnym przyjacielem, Keitel powiada z dobrocią: „Fuck you!”, a czarny młodzieniec odpowiada: „And fuck you too, white ass!”. I od tego momentu wszystko jest w porządku. Dlaczego w mądrym amerykańskim filmie słowa te są na miejscu, a wypowiadane po polsku przez Polaków (między innymi na Moście Pokoju w Wiedniu, ale przecież stale i wszędzie), brzmią tak ohydnie?
Odpowiedź jest stosunkowo prosta. Inne są obyczaje, a obyczaje zmieniają się bardzo powoli. Kiedy słyszę, jak tak zwana hołota, ale coraz częściej także przedstawiciele nowej klasy średnio-wyższej, prasa i tłumacze filmów nadawanych przez wszystkie programy telewizyjne, nadużywają rozmaitych, czasem bezsensownych kombinacji brzydkich wyrazów, to mam wrażenie, że wszyscy oni coś udają. Tylko co? Pierwsza – i niepoprawna politycznie – odpowiedź brzmi: udają amerykańskich Murzynów. Ale czy oni naprawdę świadomie chcą udawać Murzynów? Jestem pewien, że nie. A zatem nie wiedzą, co czynią.
Druga możliwość: wulgaryzmy, które w Polsce jeszcze do niedawna były wykluczone z języka literackiego, teraz pojawiły się w nim masowo. Używał ich w jezyku literackim wielki francuski pisarz Celine, zapewne na tę skalę jako pierwszy lub jeden z pierwszych, ale u niego wszystko było na miejscu, u polskich pisarzy jest tak, jakby specjalnie po to pisali, żeby napisać brzydkie słowo. Nawet dziennikarze opisujący wstrząsające wydarzenia uważają za stosowne przytoczyć dosłownie język, jakiego używali sprawcy. Podejrzewam, że robi im to przyjemność, bo czują się tacy odważni i niekonwencjonalni. A przecież to nie wymaga żadnej odwagi, tylko wynika z braku szacunku dla innych. Nie mogę tak wyrazić po polsku przyjaźni, jak to robią bohaterowie „Dymu”, bo po polsku są to słowa obraźliwe. Obraźliwe w dwojakim rozumieniu: w banalnym, a także dlatego, że ograniczają moją wolność. Do pewnego rodzaju lokali nie wejdę, bo wiem, że będę tam słyszał same wulgaryzmy i to wymawiane możliwie najgłośniej. Moja wolność ulega naruszeniu, a także wolność mojej towarzyszki, chociaż oboje, zapewniam, nie jesteśmy niewiniątka: kiedy trzeba, mówimy brzydkie słowa i doskonale je znamy.






 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 37 (2775), 15 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl