Kołodko z nożyczkami 

MICHAŁ KOMAR

 


Wróciłem do domu późnym wieczorem. Włączyłem telewizor. Na ekranie wiceprezes Rady Ministrów Grzegorz Kołodko machał nożyczkami. Ciekawy widok. Chciałem włączyć dźwięk, aby dowiedzieć się czegoś konkretnego o przyczynach machania nożyczkami, ale nie odniosłem sukcesu. Okazało się, że głośnik jest zepsuty. Następnego dnia pobiegłem do kiosku po gazety. Może w nich coś znajdę? Niezwyczajne to przecież widzieć Kołodkę z nożyczkami wieczorową porą. Z marchewką, owszem. Ale z nożyczkami!? 
Z gazet wywnioskowałem, że publicyści chyba Kołodki nie lubią, nazywają aberrantem, obwiniają o chęć umożliwienia gangsterom legalizacji przestępczych dochodów – a wszystko to w związku z projektem abolicji podatkowej połączonej (jakże niezręcznie) z przymusem składania deklaracji majątkowych. Na przykład poseł Janusz Wojciechowski, były szef Najwyższej Izby Kontroli oświadczył na łamach „Wprostu”, że pomysł abolicji jest dwuznaczny moralnie: „Społeczeństwo mogłoby go odebrać jako sygnał, że łamanie prawa może na dłuższą metę przynosić zyski”. Z całym szacunkiem dla autora tej wypowiedzi, muszę zauważyć, że w ubiegłych latach takich sygnałów społeczeństwo otrzymało wystarczająco dużo, by nauczyć się, że owszem, łamanie prawa przynosi zyski, pod warunkiem załatwienia sobie ochrony politycznej. Obywatel-płatnik nie jest dzieckiem, swoje wie i pamięta. Z kolei Robert Gwiazdowski, szef komisji podatkowej Centrum im. Adama Smitha powiedział: „Jeśli darowujemy tym, którzy oszukiwali, to uczciwość wymagałaby oddać pieniądze tym, którzy uczciwie płacili podatki. Amnestia stwarza też zbyt duże zagrożenie masowego prania brudnych pieniędzy”. Bardzo cenię działalność i publicystykę Gwiazdowskiego, ale w tym przypadku trudno mi się z nim zgodzić. No bo, biorąc na zdrowy rozum: czy z faktu, że jeśli X skopał do krwi znienawidzonego sąsiada, a następnie wymknął się karzącej dłoni sprawiedliwości, musi wynikać, że wszyscy inni obywatele uzyskali miłe prawo do swobodnego i bezkarnego skopania do krwi swych znienawidzonych sąsiadów, a każdy takiego ma, prawda? A co do brudnych pieniędzy, czyli pochodzących z czynów objętych kodeksem karnym, to przecież projekt Kołodki wyraźnie obwieszcza, że abolicja ich nie obejmie. 
Przeczytałem dalej we „Wproście”: „Podlegające opodatkowaniu, a nie znane fiskusowi dochody obywateli (...) sięgają 500 miliardów złotych – szacuje prof. Elżbieta Chojna-Duch, doradca ministra finansów”. Zatelefonowałem do Pani Profesor. Potwierdziła, że owszem, takie są szacunki. Tyle, mniej więcej, pieniędzy znajduje się w szarej strefie. Ale kiedy zaczęliśmy definiować pojęcie szarej strefy, okazało się, że sprawa jest bardziej złożona, niż by to wynikało z publikacji prasowych oraz z wypowiedzi wiceprezesa Rady Ministrów. Podejrzewam więc, że projekt Kołodki – nie pozbawiony wartości, gdy idzie o intencje – nie może sobie poradzić z aspektami prawnymi sprawy. Zanim miałoby dojść do abolicji, uczciwy podatnik (czyli ja) chciałby wiedzieć, ile obecnie jest prowadzonych spraw karno-skarbowych, ile osób w Polsce utrzymuje się z działalności w szarej strefie: milion czy pięć milionów, i jaki ma to związek z bezrobociem (praca na czarno)? W szarej strefie są pieniądze bandyckie, ale są też środki pochodzące z obrotu – nazwijmy to delikatnie – nierejestrowanego. Małe i większe lewizny, o których obecni prasowi oponenci Kołodki pisywali w ostatnich latach z najwyższym i słusznym oburzeniem. Każdy przecież pamięta kampanie medialne dotyczące biorących bokiem lekarzy, adwokatów, prokuratorów, policjantów, sędziów, działaczy władz samorządowych; kiedy to wszystko zostanie zsumowane, powstanie ogromny majątek. Szacuję na 20–25 miliardów złotych rocznie. Do tego można by dodać ze dwa miliardy złotych z VAT nie wpływającego co rok do fiskusa z wielkich firm ubezpieczeniowych, na których działalność minister finansów ma bezpośredni wpływ (o czym pisałem na łamach „TP” dwa lata temu, bez żadnego oddźwięku ze strony nożyczek). 
Być może deklaracje majątkowe proponowane przez Kołodkę to pomysł nieco toporny z prawnego punktu widzenia i wzbudzi krytyczne uwagi konstytucjonalistów, ale mimo wszystko dobrze by było, lepiej by było, gdyby osoby uciekające do tej pory przed podatkiem otrzymały szansę powrotu do sfery legalności. Łatwo i przyjemnie czuć się moralnym, gdy ma się poczucie, że wokół sami bezkarni i bogaci złodzieje. Ale czy to poczucie ma – tak naprawdę – jakikolwiek związek z moralnością? Jeśli moralność ma polegać na porównywaniu, to czy nie lepiej przestać o niej mówić? Ja zaś uważam, że dobrze i moralnie jest ułatwić grzesznikowi skruchę. 
Że jestem naiwny? Wcale nie. W związku z arogancją manifestowaną przez Grzegorza Kołodkę wobec znacznej części opinii publicznej, postanowiłem zapłacić za naprawę głośnika w telewizorze bokiem, bez rachunku. Niech Kołodko ma! A ujmując rzecz dokładniej: niech nie ma! 




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 37 (2775), 15 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl