„Mistrz i Małgorzata” w reżyserii Franka Castorfa 


W barze „Uwierzyć”

Piotr Gruszczyński



Na środku sceny przeszklona buda. W niej nieapetyczny, oświetlony jarzeniowym światłem bar. Tani, przy ulicy, a może na dworcu. Na witrynie baru różowy neon z nazwą:
„I want to believe”. Bar „Uwierzyć” to najkrótszy i najtrafniejszy z możliwych komentarzy do scenicznej wersji „Mistrza i Małgorzaty” autorstwa Franka Castorfa. 



Potrzeba wiary to wszak jeden z głównych tematów powieści. Ale „I want to believe” to cytat z kultury masowej, z serialu „Archiwum X”. Nad biurkiem agenta Muldera wisiał plakat z latającym talerzem i tym właśnie hasłem: „I want to believe”. Nitki interpretacyjne rozbiegają się w różne strony.
Jeśli rzecz dzieje się w Moskwie, to zdecydowanie tej dzisiejszej, owładniętej nowym urokiem konsumpcji. Małgorzata wygląda jak tania dziwka. Spędza chętnie czas w barze, podobnie jak Berlioz i Bezdomny. Woland jest także w całości z tego świata. W kowbojskim kapeluszu wygląda na reprezentanta raju lub piekła spełnionej konsumpcji. W takim świecie nic nie może zdarzyć się naprawdę. Wszystkie zdarzenia zostaną ujęte w cudzysłowy, tak by definitywnie zaburzyć status realności. Wykorzystywana przez Castorfa coraz mocniej technika telewizyjnej transmisji z miejsca zdarzenia nadaje się do tego wyjątkowo dobrze. Na budzie, stojącej pośrodku wielkiej sceny obwieszonej sreberkami, takimi jakich używa się do dekoracji choinek albo scen rewiowych, ustawiono wielki ekran. Dużą, jeśli nie większą część pięciogodzinnego spektaklu będziemy oglądać właśnie na tym ekranie.

*

Pierwsza scena „transmitowana” to scena z Poncjuszem Piłatem. Rozgrywana w tandetnych, naprędce skleconych dekoracjach, ustawionych gdzieś z tyłu sceny. Dekoracje jak ze złego kostiumowego filmu z czasów Chrystusa. Szybko okazuje się, że kamera nie jest tylko po to, by umożliwić zmianę miejsca gry bez zmieniania dekoracji. Daje przede wszystkim wielką okazję do stosowania zbliżeń, pokazywania każdego ruchu mięśni na twarzy aktora. Kadry są ostentacyjnie niedbałe, niedorobione, przecięte lub przekoszone. 
Nie wiemy, kto aranżuje to szmirowate widowisko. W ogóle nie dowiemy się nigdy, kto stoi za kamerami, na ogół perfekcyjnie ukrytymi. Szybko orientujemy się, że głównym zadaniem kamer nie jest budowanie iluzji, jak w scenie z Piłatem czy potem podczas lotu Małgorzaty na bal, ale deziluzji. Jak w widowiskach typu reality show. Kamera staje się narzędziem deziluzji, co więcej, okazuje się idealnym przekaźnikiem depresji, która ogarnia wszystkich bohaterów spektaklu. Depresja jest nieodłącznym atrybutem kryzysu, który dręczy współczesny raj. Castorf, jak zwykle, zajmuje stanowisko skrajnie lewackie i z tej perspektywy czyta powieść Bułhakowa, traktując ją często pretekstowo.
Jeśli pokusimy się o ustalenie miejsca akcji tego spektaklu, okaże się, że rzecz dzieje się w telewizji. Nie w studio telewizyjnym, ale właśnie w telewizji, świecie nieistniejącym, pozbawionym jakiejkolwiek realności, wykreowanym i znikającym za jednym naciśnięciem guzika na pilocie. Telewizja jest rodzajem współczesnego nieba i piekła. Rzeczywistością mitologizowaną, Olimpem, na którym ciągle rodzą się nowi bogowie i herosi. W telewizji pieśnią anielskiego chóru może być „California Dream”. Tu może spotkać się Poncjusz Piłat z kabaretową szansonistką. Tu da się wszystko pokazać, nawet to, co niemożliwe, staje się łatwe. Małgorzata może bez kłopotu latać nad moskiewskimi domami jak fryga. Wystarczy przecież kamera i odpowiednio rozświetlone domy z kartonu, które tworzą wspaniały, prawie amerykański pejzaż miejski, taki sam, jaki wstawia się za okna wszystkich sitcomów o yuppies, dinksach i bobosach. 
Jeśli telewizja jest barem „Uwierzyć”, to daje wiarę łatwą. Przecież wszystko dzieje się na naszych oczach. Jesteśmy wielkimi świadkami telewizji. Rzeczy się dzieją, ale nie naprawdę. Wszystko jest na niby. Tak samo u Castorfa, nawet bal u Wolanda jest całkowicie na niby. Scena pompowania krwi do pucharu Wolanda z ciała przywleczonego na bal w smokingu barona Meigla jest sceną całkowicie buffo, jak z najgłupszego śmiechu warte czy innej telewizyjnej debiliady. Twórcy reality show dowiedli, że kawałek niereżyserowanego życia ludzi miernych dla wielu może okazać się ciekawszy od najbardziej wyrafinowanego filmu. Castorf drwi bezlitośnie z widzów spodziewających się odnaleźć w teatrze wzniosłe przeżycia. Nie daje na nie najmniejszej szansy. Funduje teatralny reality show, odkrywając przy okazji nową artystyczną jakość: transmisję bezpośrednią z wydarzeń, które właściwie moglibyśmy obejrzeć sami, bez pośrednictwa kamery. Ale przecież nie można nam w pełni zaufać, że zobaczymy to, co trzeba, dlatego lepiej prowadzić nasze oko, a aktorom stworzyć pełnię fałszywej intymności, dać szansę gry bez widowni, wobec beznamiętnych kamerzystów.

*

W czasie premiery w Wiedniu przedstawienie Castorfa nie było jeszcze gotowe. Sypało się i nie miało rytmu. Zapewne w nowym sezonie w Berlinie nabierze właściwych barw i tempa. Zostanie też skonfrontowane ze spektaklem Lupy, który będzie niebawem gościem jesiennego festiwalu w Berlinie. Z porównania tych dwóch przedstawień nie wyniknie nic ciekawego. Zobaczymy tylko, że oba teatry: Lupy i Castorfa są wspaniałe, potężne i zupełnie różne. 
Castorf cyniczny, za pan brat z kulturą masową, której nienawidzi, ale którą umie sprytnie manipulować. Castorf nie pozwalający aktorom na głęboką grę, szybki w rysowaniu postaci i sytuacji. Można powiedzieć, skrajnie nowoczesny, jeśli to określenie cokolwiek dziś znaczy. I Lupa schodzący w najgłębsze czeluście aktorstwa i psychologii postaci. Z poczuciem odpowiedzialności za współczesną duchowość i jej kształt, z poczuciem intelektualnej wyższości wobec jarmarcznej kultury masowej. Każdy z tych teatrów prowadzi do poznania prawdy, a może lepiej, każdy ponosi klęskę w drodze do prawdy i za chwilę podnosi się, by podjąć trud dążenia jeszcze raz. Ktoś może woleć Lupę, kto inny Castorfa. Obyśmy w nadchodzącym sezonie mieli same takie dylematy.

„Mistrz i Małgorzata” według M. Bułhakowa. Reżyseria Frank Castorf, scenografia Bert Neumann, premiera podczas Wiener Festwochen.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 37 (2775), 15 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl