Nowy stary patriotyzm

Irena Grudzińska-Gross



Co się stało 11 września 2001 roku? Jak nazwać to wydarzenie? Czy był to atak terrorystyczny, czy wojna? Przeciwko komu i czemu? Gdzie są dziś ci, którzy z oddali wspierali atakujących?


Nie ma na te pytania jednoznacznej odpowiedzi. Wydarzenia te nazywane są przez Amerykanów „11 września” albo, mniej elegancko, „dziewięć/jedenaście”. Afganistan zniknął z amerykańskich ekranów telewizyjnych, słowo „taliban” znów kojarzy się tylko ze słowem „turban”. W więzieniach siedzi niewiadoma liczba nieznanych z nazwiska osób. Powstaje nowe ministerstwo bezpieczeństwa wewnętrznego, ale służyć ma głównie usprawnieniu wspólnego działania dotychczas konkurujących ze sobą służb i urzędów. Nie wspomina się już o „terrorystach wśród nas”, choć wiadomo, że wąglik był wewnętrznej proweniencji. W ramach niezdefiniowanej „wojny z terroryzmem” prezydent Bush koncentruje się na Iraku, nie sugerując wszelako związku Saddama Husajna z „9/11”. Zaś „11 września” to widok palących się nowojorskich Wież. Tak jakby rok temu grupka fanatyków zaatakowała tylko Nowy Jork.

Skrzywdzone miasto

Fakt, że zniszczony został także Pentagon (ale czy można powiedzieć tu „także”?), nieczęsto pojawia się w wypowiedziach publicznych. Atak na Pentagon – serce militarne Ameryki – oznaczał wojnę. Zginęło tam mniej ludzi niż w Nowym Jorku, ale byli oni, można powiedzieć, w jakiś sposób częścią amerykańskiego systemu wojskowego. Atak na Wieże – dużo bardziej widowiskowy i obserwowany przez miliony ludzi na całym świecie – znaczył co innego. Zginęli tu tylko cywile, ludzie, którzy przyszli pracować. Ich śmierć była więc wynikiem ataku terrorystycznego. Zbiorowym wysiłkiem interpretacyjnym amerykańska opinia publiczna skupiła się na Nowym Jorku-ofierze, a wojnę „wygnała” poza granice kraju. Sztuka, symbole graficzne, skróty myślowe – dotyczą tylko dwóch palących się, a potem zapadających Wież, strażaków biegnących z pomocą, przysypanych pyłem uciekinierów. Symbole te mówią, że ludzie widzą siebie nie jako wojowników, lecz jako niewinne ofiary. Nowy Jork to skrzywdzone miasto, które ciągle jeszcze liczy poległych.
Plany obchodów pierwszej rocznicy ataku koncentrują się więc na Nowym Jorku. Przyjedzie tu nawet sam prezydent Bush. Ceremonia zapowiada się jako długi i uroczysty apel poległych, którego centralnym punktem będzie odczytywanie nazwisk ofiar – lista ich nie jest zresztą jeszcze zamknięta. Pierwszym z odczytujących będzie były burmistrz Rudy Giuliani. Odczytane będą kanoniczne teksty demokracji amerykańskiej, jak Deklaracja Niepodległości, odprawione zostanie tradycyjne już wielowyznaniowe nabożeństwo. Plan ten powstał w wyniku szerokich konsultacji z mieszkańcami Nowego Jorku. Miasto przeżywa tę żałobę bardzo demokratycznie. Ton obchodów jest podniosły, ale pokojowy.
Nowy Jork zresztą nigdy nie był specjalnie wojowniczy, dlatego prawica i konserwatyści tradycyjnie już krytykują to miasto jako skażone, pozbawione cnót obywatelskich: patriotyzmu, militaryzmu, religijności. Port, przez który wpływają do Ameryki coraz to nowe fale emigrantów, wzbudza mieszane uczucia u tych, którzy zapomnieli już o ich własnych emigracyjnych korzeniach. Przez ponad dziewięć miesięcy wydawało się, że 11 września przełamał to nastawienie do Nowego Jorku. Miasto upodobniło się do reszty kraju – jego symbolem stał się umundurowany mężczyzna – strażak albo policjant – z flagami w tle. Był to okres zawieszenia normalnego życia politycznego w Stanach Zjednoczonych. Konflikt demokratów z republikanami, „prawdziwej Ameryki” z Ameryką miast i slumsów, militarystów z (nielicznymi zresztą) pacyfistami, ustąpił miejsca wszechogarniającej solidarności. 

Ateny czy Sparta?

Ameryka poczuła się zagrożona i stanęła murem za ofiarami. Czas trwogi jednak już minął i pytania, które normalnie znajdują się w samym centrum politycznego życia tego kraju, powoli znów się wyłaniają. Czy prezydent i rząd powinni mieć wolną rękę w decydowaniu o wojnie, pozasądowych aresztowaniach, utajnianiu swych decyzji? Czy Amerykanie myślą o swoim kraju jako o demokracji, czy jako o imperium? Czy obywatelskość oznacza cnoty cywilne czy wojskowe? Ateny czy Spartę?
Pytania te nie są nowe i zawsze były w Ameryce stawiane. Prezydent Jerzy Waszyngton wierzył w ideał Cyncynata – uprawiającego swą ziemię wojownika. Ale Ameryka to kraj bez feudalnej przeszłości rycerskiej, z ideologią pracy jako najwyższej cnoty obywatelskiej. Miliony emigrantów, które tu od dawna dążą, przyciągane są właśnie tym: ideą, że Ameryka to kraj bogactwa, które każdy tworzy od podstaw, a nie, jak w ich krajach, podziału tego, co zastane. To praca ma czynić człowieka Amerykaninem, a nie język czy pochodzenie. 
Ale drugi, równoległy etos Ameryki symbolizuje najlepiej western: to etos walki i wojny, granicy, którą trzeba stale przekraczać, nowych terenów do zdobycia i zagospodarowania. Rozdwojenie na pług i miecz leży u samych podstaw sprzecznych sposobów odnoszenia się do wydarzeń 11 września. Można je schematycznie przedstawić tak: prezydent i jego ministrowie (a także ta połowa Ameryki, która ich wybrała) koncentrują się na statusie imperialnym Stanów i wierzą w praktyczny rozsądek kapitalizmu. Ameryka jest dla nich Spartą, z obyczajem wojskowym złagodzonym przez komercję. Demokraci bronią pierwszeństwa demokracji i chcą, by Stany Zjednoczone postrzegano jako obywatela świata, najpotężniejszego, ale wśród sobie równych. Ci pierwsi są jak szeryf z „W samo południe”, ci drudzy to rozgadana, cały czas negocjująca grupa cywili.

„Haniebne zdrady”

Podział ten przekłada się także na wspomniany już stosunek do Nowego Jorku. Swą odwagą, aktywną solidarnością, poświęceniem, miasto przełamało niechęć konserwatywnej Ameryki. Nie na długo. Czerwcowy numer prawicowego miesięcznika „The American Enterprise” jest gwałtownym atakiem na Nowy Jork. Wydawany przez znany waszyngtoński instytut polityczny o tej samej nazwie, miesięcznik ten prezentuje dość typowe uprzedzenia przeciw miastu. 
Fred Siegel rozpoczyna swój artykuł od zdania: „W ciągu ostatniego stulecia tylko jeden burmistrz Nowego Jorku – Rudy Giuliani – sprzeciwiał się z powodów zasadniczych rozrostowi biurokracji miejskiej”. Artykuł opisuje kolejnych burmistrzów – począwszy od Jimmy Walkera (1920), jako skorumpowanych, ekscentrycznych liberałów, którzy lubią młode kobiety i naciągają rząd federalny na grube sumy pieniędzy. Nic nie zapisuje się na korzyść miasta, nawet budowa mostów i tuneli. A już stawianie szkół i szpitali – typowa demokratyczna słabość – wprawia autora w stan najwyższego podrażnienia. Mieszkańcy Nowego Jorku płacą ogromne podatki federalne i miejskie, i są przekonani, że to oni utrzymują cały kraj. Fred Siegel o podatkach nie wspomina. Miasto jest dla niego tak przesiąknięte demokratycznym liberalizmem, że nawet Giuliani zostawił je zadłużone i jeszcze bardziej zbiurokratyzowane. 
Kolejny artykuł, równie sążnisty jak poprzedni, nazywa się „Nieznośne cudo”. Jego autor, Karl Zinsmeister, jest redaktorem naczelnym „The American Enterprise”. W swym życiorysie podkreśla, że jest szóstym pokoleniem Zinsmeisterów mieszkających w miasteczku na północy stanu Nowy Jork – w Ameryce szóste pokolenie równa się wieczności. Na początku artykułu zachwyca się odbudową i zdrowiem ekonomicznym niegdyś biednych i niebezpiecznych dzielnic Nowego Jorku. Ale szybko przechodzi do ataków na lewicę i liberałów i na samą naturę miasta. „Sprawa polega na tym – pisze – że Nowy Jork był zawsze najmniej patriotycznym miejscem w Ameryce. Tak było już za czasów Petera Stuyvesanta. Gdy w sierpniu 1664 roku cztery angielskie okręty wojenne przybiły do Staten Island, kupcy dolnego Manhattanu domagali się od gubernatora poddania się bez walki...”. 
Tak jak w poprzednio cytowanym artykule, następuje wyliczanie, tym razem chodzi o „haniebne zdrady” mieszkańców Nowego Jorku podczas Rewolucji Amerykańskiej i wojny domowej 1863 roku. Niepomny faktu, że miasto gości ciągle nowe fale imigrantów, Zinsmeister oburza się, że w roku 2001 „Nowy Jork dostarczył proporcjonalnie o jedną trzecią mniej nowych rekrutów niż reszta kraju. A z pięciu dzielnic tego miasta, Manhattan miał najniższy wskaźnik, ofiarując radykalnie mniej swych synów sprawie obrony narodowej niż średnia krajowa”. Dalej następuje pozbawiony statystyk bezpardonowy atak na hipokryzję, bogactwo i lewicowość mieszkańców Manhattanu.

Ludzie zbudowali pomniki

Nie będę streszczać trzeciego artykułu, w którym Bill Kauffmann wyśmiewa Nowy Jork, bo nawet jego koledzy z tego samego numeru pisma określają go jako „zjadliwy”. Ale naprawdę interesujący esej zamieszczony jest w lipcowo-sierpniowym numerze pisma. Historyk architektury o nazwisku Catesby Leigh proponuje w nim, by przy rozważaniu sposobów na upamiętnienie ofiar 11 września oprzeć się modernistycznym pomysłom i sięgnąć po klasycystyczną tradycję pomnikową. Artykuł ilustrowany jest zdjęciami starych amerykańskich klasycyzujących pomników poświęconych zabitym i zmarłym, oraz dwoma projektami struktur, które te tradycje miałyby kontynuować.
Pierwsza to budynek wzorowany na rzymskim Panteonie i przypominający rozmiarami i wyglądem warszawską Zachętę. Miałby on, jak rozumiem, stanąć na dole Manhattanu, obok miejsca, gdzie kiedyś znajdowały się Wieże. Drugi – też proponowany na to samo miejsce – przedstawia gigantyczną, wzorowaną na Statui Wolności postać kobiety w udrapowanej, antycznej szacie. Kobieta spogląda dość smutno w przestrzeń, jedną ręką przyciska do siebie wiązkę palm, w drugiej zaś, nieco wzniesionej do góry, trzyma tylko jedną palmę, wdzięcznie przy tym odchylając najmniejszy palec u dłoni. Podpis objaśnia, że palmy są symbolem ofiary.
Projektów pomników będzie z pewnością więcej, ale trudno będzie znaleźć coś bardziej odległego od ducha panującego na dole Manhattanu niż ten Panteon i gigantyczna statua. Dwa snopy światła, które na kształt Wież wznosiły się nad Manhattanem parę miesięcy temu, były prostym i surowym upamiętnieniem ofiar. Robotnicy pracujący na rumowisku, okoliczni mieszkańcy, rodziny zabitych też już zbudowali swoje pomniki, pod którymi składają kwiaty, modlą się, medytują. Są to krzyż z połamanego żelastwa wypatrzony przez strażaków i miejscowego księdza w Wieży numer 6, powgniatany glob ziemski, który zdobił kiedyś plac między pierwszą a drugą Wieżą, żelazny szkielet jednego z pięter, który chrześcijanom kojarzy się z Kalwarią, Żydom z menorą, a muzułmanom z kształtem pleców modlącej się osoby. Co w końcu stanie na tym cmentarzysku, to się dopiero okaże. Ścierają się tu różne interesy, gusta i potrzeby. Ale Nowego Jorku nigdy nie dało się wtłoczyć w klasycystyczne ramy. Teraz także to się pewno nie uda.
Mieszkałam kiedyś w Decatur, w stanie Georgia. Było to małe przedmieście Atlanty. Moim sąsiadem był emeryt-alkoholik, w młodości podobno bardzo ostry sędzia. Siedział cały dzień przed domem, podejrzliwie lustrując rzadkich przechodniów. Gdy dowiedział się, że przyjechałam z Nowego Jorku, powiedział: „Lady, wiele złego zrobiłem w moim długim życiu. Ale z jednego nie będę się musiał przed Bogiem tłumaczyć: moja noga nigdy nie postała w Nowym Jorku”. Na jego ganku powiewała flaga amerykańska, był prawdziwym patriotą. Przypomniał mi się, gdy po 11 września mówiło się, że teraz wszystko już będzie inaczej. Ale w niespełna rok później wszystko wróciło do normy. Nowy patriotyzm jest zupełnie taki sam, jak ten stary. Wróciło nowe. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 37 (2775), 15 września 2002



do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl