Szeryf w muzułmańskim świecie 

John L. Esposito



Po atakach terrorystycznych z 11 września prezydent George W. Bush i jego ekipa twierdzili, że Ameryka prowadzi wojnę przeciwko globalnemu terroryzmowi, a nie przeciwko islamowi. Ba, Bush deklarował głęboki szacunek dla religii muzułmańskiej i wzywał do rozróżniania między islamem a działaniami terrorystów. Praktyka jednak: pościg za rzeczywistymi i domniemanymi terrorystami oraz oskarżenia o nielojalność kierowane – na arenie wewnętrznej i międzynarodowej – przeciwko tym muzułmanom, którzy... przyłączyli się do wojny z międzynarodowym terroryzmem, przeczy słowom Busha. Umacnia nadto negatywne nastroje Arabów wobec USA w świecie muzułmańskim: od północnej Afryki po południowo-wschodnią Azję. Martwi zaś wyznawców Proroka w Europie i Północnej Ameryce.

Muzułmański antyamerykanizm 

Antyamerykanizm w społeczeństwach muzułmańskich jest wynikiem kilku czynników. Pierwszym jest rozszerzająca się poza granice Afganistanu kampania wojskowa pod przywództwem Ameryki. Drugim – coraz powszechniejsze używanie terminu „oś zła” do legitymizacji działań militarnych, które mają być wymierzone przeciwko Irakowi i służyć likwidacji Saddama Husajna. Trzecim jest nawoływanie do ponownego przeanalizowania polityki Waszyngtonu wobec długoletnich sojuszników Ameryki w basenie Zatoki Perskiej – Egiptu i Arabii Saudyjskiej. Wreszcie czwartym, i najważniejszym: niezmiennie proizraelskie stanowisko administracji Busha oraz Kongresu w konflikcie palestyńsko-izraelskim. 
Bo to właśnie nierówne traktowanie przez Amerykę obu stron tego sporu przyczyniło się do powstania u większości Arabów i muzułmanów przeświadczenia, że wojna izraelskiego premiera Ariela Szarona przeciw Palestyńczykom jest niczym innym, jak wojną spółki z ograniczoną odpowiedzialnością „Bush-Szaron”. Świadczyć ma o tym brak amerykańskiego potępienia – lub chociażby przyjęcia do wiadomości – faktu, że to Szaron sprowokował drugą Intifadę podczas wizyty na Górze Świątynnej. Nienawiść wobec Stanów napędza również brak reakcji Waszyngtonu na izraelskie akcje przeciw terroryzmowi palestyńskiemu – okupację palestyńskich osiedli i zajęcie przez Izrael bazyliki Narodzenia Pańskiego w Betlejem. Ponadto o ile Bush i jego urzędnicy krytykowali palestyńskiego przywódcę Jasera Arafata, przypisując mu odpowiedzialność za samobójcze ataki terrorystyczne, to jednocześnie Szaron cały czas uznawany był przez nich za człowieka honoru i zwolennika pokoju. A choć początkowo Waszyngton wzywał Szarona do zaprzestania inwazji i niszczenia osiedli palestyńskich oraz do przestrzegania rezolucji ONZ, to równocześnie po cichu godził się na używanie przez Izrael siły w stosunku do osadników palestyńskich oraz odrzucanie zaleceń społeczności międzynarodowej. 
Polityka administracji Busha, tak w słowach, jak czynach, umocniła więc przekonanie wielu muzułmanów o istnieniu silnego amerykańsko-izraelskiego sojuszu. W efekcie, czy USA chcą tego, czy nie, także działania przeciwko terroryzmowi zaczęły być przez wielu postrzegane jako – jednak – wojna przeciwko islamowi.

Zacięta prawica w ofensywie

Co równie ważne: jeśli początkowo Bush przynajmniej werbalnie akcentował konieczność rozgraniczania religii islamu od działań terrorystów, to w ostatnich miesiącach wrażliwość ta zdecydowanie stopniała. Agresywne działania Prokuratora Generalnego Johna Ashcrofta i wielu agencji rządowych, zmierzające do aresztowania jak największej liczby Arabów i muzułmanów oraz zamykania organizacji islamskich, wyglądały raczej na jawną dyskryminację niż sensownie zaplanowane działania zwiększające bezpieczeństwo amerykańskich obywateli. Liczba zatrzymań i przetrzymywanie ludzi bez procesu, likwidacja szeregu organizacji islamskich bez prawomocnych wyroków niezależnego sądu, postawiły pod znakiem zapytania przestrzeganie wolności obywatelskich w USA. 
Przestaje też dziwić, dlaczego administracja nie reaguje na antyislamskie i antymuzułmańskie wypowiedzi duchownych należących do Chrześcijańskiej Prawicy, z Franklinem Grahamem (syn prominentnego ewangelisty Billy’ego Grahama, duchownego, który został wybrany przez Busha do wygłoszenia modlitwy podczas uroczystości zaprzysiężenia prezydenta), Patem Robertsonem, Jerrym Falwellem i Jerrym Vinesem na czele. Większość z nich jest zaciętymi Republikanami i wyznawcami wojowniczej teologii syjonistycznej, a nadto ma szerokie zaplecze polityczne. Ich pewność siebie i bezkarność, z jaką głoszą swe skrajne poglądy, nakazuje zastanowić się nad ich wpływem na prezydenta Busha i jego administrację. Nie brakuje w niej wszak urzędników, którzy też są członkami Chrześcijańskiej Prawicy. Skądinąd należy do niej sam prezydent oraz prokurator Ashcroft. 

Waszyngton bez planu

Naturalnie nie da się zaprzeczyć, że wiele z zarzutów wobec Arafata, które podnoszą ludzie Busha, ma uzasadnienie. Otoczenie szefa OWP rzeczywiście jest autorytarne, skorumpowane i niekompetentne. Sam Arafat nie był zaś w stanie zapanować ani nad członkami swojej ochrony i skupionymi wokół siłami paramilitarnymi, ani nad Hamasem i Brygadami Al-Agsa. Jednak wzywanie do usunięcia palestyńskiego przywódcy oraz do rozpisania nowych wyborów, przy zastrzeżeniu, że Ameryka wycofa wszelką pomoc w przypadku ponownego kandydowania Arafata i ewentualnego wyboru – nawet przez wolne wybory – na to samo stanowisko, kłóci się z zasadą demokracji i samookreślenia, na straży których stać ma Waszyngton.
Bush i sekretarz stanu Colin Powell stwierdzili, że problem Arafata polega na tym, iż nie cieszy się on już uznaniem nigdzie na świecie. Równocześnie ogłosili, że skoro Izrael podjął już tyle prób pokojowego rozstrzygnięcia sporu i żadna nie zakończyła się powodzeniem, to wniosek jest jeden: Tel Awiw nie jest w stanie prowadzić wobec Palestyńczyków innej polityki niż militarna. 
Kłopot w tym, że obie te tezy dowodzą jedynie, że Stany Zjednoczone nie mają żadnego pomysłu na rozwiązanie konfliktu bliskowschodniego. Nie wypracowały też jakiejkolwiek alternatywy wobec strategii Izraela. Administracja Busha nie jest w stanie połączyć potępienia samobójczych zamachów terrorystycznych i błędów politycznych Arafata z krytyką polityki Szarona. Tym samym polityka amerykańska – miast pomagać w zrealizowaniu postanowień umowy „ziemia za pokój” – sprowadza się do akceptowania czystek etnicznych na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy, zaplanowanych zabójstw, odpowiedzialności zbiorowej. Przyczynia się zatem do nakręcania przemocy i życia „pod okupacją”, jakiego doświadcza dziś większość Palestyńczyków i Izraelczyków.

Potrzeba amnezji

By Arafat, Szaron i Bush mogli doprowadzić do nowego rozwiązania kwestii bliskowschodniej, muszą pojąć, że i oni sami stanowią jej element. Wszyscy trzej bowiem muszą zacząć myśleć i działać w zupełnie inny, bardziej konstruktywny i samokrytyczny niż dotąd sposób. A jeśli się na to nie zdobędą, udowodnią, że brak im cech wymaganych w krytycznych momentach u przywódców państw.
Arafat i Szaron od dawna żyją w osobistym konflikcie. Większość tych animozji wywodzi się jeszcze z czasów, gdy obaj byli dowódcami wojskowymi. Jak na razie, żaden, niestety, nie zdobył się na wyparcie ich z pamięci. Tymczasem w tym przypadku taka amnezja jest konieczna – zdolność do niej świadczyć będzie o politycznym profesjonalizmie. Cena zaś jest wysoka: w tym przypadku ofiarami niekompetencji są ginący codziennie w tej przedłużającej się wojnie Palestyńczycy i Izraelczycy. 

Ameryka języczkiem u wagi

Zadaniem waszyngtońskiej administracji jest dziś takie wykorzystanie potęgi militarnej Stanów Zjednoczonych, by stały się one kluczowym aktorem procesu pokojowego rozwiązywania kryzysu na Bliskim Wschodzie. Ameryka powinna też ignorować głosy tych spośród własnych obywateli, którzy nawołują do agresywnej i jednostronnej polityki zagranicznej. Taka strategia umocnić może bowiem wizerunek Stanów Zjednoczonych jako imperium zawsze gotowego do interwencji oraz zamierzającego ponownie – i to własnoręcznie – narysować mapę świata muzułmańskiego. 
Strategia w wojnie z terroryzmem musi być bardziej rozważna. W wielu częściach świata – i nie-muzułmańskiego, i muzułmańskiego – fala sympatii i wsparcia dla USA po 11 września dawno już wygasła, a gdzieniegdzie przerodziła się nawet w antyamerykanizm. Administracja Busha powinna tymczasem – jeśli chce w tej wojnie zwyciężyć – wciąż zacieśniać współpracę z europejskimi oraz – co istotne – arabskimi i muzułmańskimi sojusznikami. Reakcje wielu państw uznawanych dotąd za członków koalicji antyterrorystycznej – i to tak z Europy, jak z krajów arabskich – na propozycję działań militarnych w Iraku pokazują jednak, że USA nie potrafią już ustalić reguł działania tego sojuszu. 

Sztuka rozróżniania

W miarę rozwoju kampanii antyterrorystycznej społeczność międzynarodowa będzie musiała dokonać precyzyjnego rozróżnienia między głównym nurtem islamu a islamem porywaczy-terrorystów. Pozwoli to wszystkim zrozumieć, że w kleszcze konfrontacji pomiędzy światem cywilizowanym a globalnym terroryzmem dostali się zarówno muzułmanie, jak nie-muzułmanie.
Problem w tym, że szansę na odróżnianie religii islamu od działań ekstremistów, którzy przejęli – a w zasadzie „porwali” – wiarę do legitymizacji przemocy maleją wraz z silną dziś tendencją do postrzegania islamu i wydarzeń w świecie muzułmańskim wyłącznie przez pryzmat terroryzmu. Równie zły skutek ma trend do zrównywania fundamentalizmu i terroryzmu islamskiego z wszystkimi ruchami islamskimi: tymi nawołującymi do przemocy, i tymi pokojowymi. Z kolei przekonanie o istnieniu wielkiego zagrożenia cywilizacyjnego nie pozwala wielu państwom Środkowego Wschodu czy Azji Środkowej na napiętnowanie rodzimych fundamentalistów i terrorystów.

Ekstremiści nie zniknęli

Nie da się jednak ukryć, że ekstremistyczna mniejszość wśród wyznawców Mahometa istnieje – i jest groźna. Siała spustoszenie nawet w ojczystych społecznościach – od Algierii po południowe Filipiny. Jej członkowie wywodzili się z wyalienowanych i zmarginalizowanych sektorów społeczeństwa – czasem represjonowanych przez własne władze. Organizacje te, za pomocą terroru, żądały zlikwidowania rzeczywistych i domniemanych niesprawiedliwości społecznych. Dlatego krótkoterminowa, militarna odpowiedź, mająca prowadzić do postawienia terrorystów przed wymiarem sprawiedliwości, musi być balansowana przez politykę długoterminową, która skupiać się winna na problemach przyczyniających się do wzrostu wszelkiego typu ekstremizmu. Chodzi przede wszystkim o autorytarne i skorumpowane rządy w krajach arabskich. Ale także o politykę Stanów Zjednoczonych wobec świata muzułmańskiego – w tym udział Ameryki w konflikcie palestyńsko-izraelskim. 
Muzułmanie i ich rządy stoją obecnie przed kluczową decyzją. Skoro potęgi zachodnie muszą na nowo określić cele swojej polityki, to wyznawcy głównego nurtu w islamie będą musieli bardziej zdecydowanie odpowiedzieć na groźbę, jaką niosą dla świata muzułmańskiego religijni ekstremiści. Rządy bazujące na policji politycznej i represji będą musiały otworzyć swe hermetyczne systemy polityczne. Muszą pogodzić się – więcej: wspierać – większy udział obywateli we władzy. Wszelka zaś dyskryminacja i stosujący przemoc ekstremizm muszą być potępione i złamane. Po prostu: w krajach, które ograniczają wolność myślenia i wyrażania poglądów, szybko tworzy się poczucie społecznej alienacji oraz wrażenie bezsilności – te z kolei często prowadzą do radykalizacji nastrojów i stanowią glebę dla rozwoju wszelkiego typu ekstremizmów.

Wszechobecna teologia nienawiści

By można było w państwach muzułmańskich zaszczepić społeczeństwo obywatelskie, trzeba zneutralizować m.in. bariery o charakterze religijnym: ultrakonserwatyzm wielu (chociaż nie wszystkich) członków ulamy (władza religijna w islamie – przyp. tłum.), programy i szkolenia w medresach (szkoły koraniczne – przyp. tłum.) i na uniwersytetach, które głoszą „teologię nienawiści”, wpływy bojówek i przywódców purytańskiej wersji islamu odrzucających nie tylko nie-muzułmanów, ale również tych muzułmanów, którzy wierzą w inny niż oni sposób. Skądinąd przykłady z Ameryki, Izraela, Bośni, Sri Lanki, Indii i innych miejsc na świecie dowodzą, że z teologiami nienawiści wewnątrz swoich społeczności muszą walczyć również chrześcijaństwo, judaizm, hinduizm i buddyzm. 
Jedynym sposobem przeciwstawienia się radykalnej idei dżihadu (muzułmańskiej walki z niewiernymi) może być program odnowy islamu w duchu tej religii. Należy go oprzeć o osiągnięcia dawnych reformatorów, ale podjąć go muszą dzisiejsi przywódcy religijni i autorytety intelektualne. Można w świecie islamu wskazać oświeconych reformatorów, którzy z zapałem – a często też skutecznie – angażują się proces reinterpretacji i modernizacji swej religii.

Ku przyszłości

Przyszłe relacje pomiędzy światem muzułmańskim a światem zachodnim będą wymagać wspólnego wysiłku – obustronnego samokrytycyzmu, dialogu i zaangażowania.
Pouczające jest przy tym, że niemal cały krytycyzm islamskich ekstremistów wobec polityki Zachodu, a w szczególności Stanów Zjednoczonych, oparty jest o tezę, że cywilizacja zachodnia nie stosuje się do głoszonych wartości i zasad. Co też ważne: mimo różnic kulturalnych muzułmanie i chrześcijanie w gruncie rzeczy podzielają te same zasady, wartości i dążenia religijne oraz cywilizacyjne: wiarę w Boga i jego proroków oraz Objawienie, przekonanie o świętości życia i znaczeniu odpowiedzialności moralnej, kult rodziny, pragnienie dobrobytu, ideę powszechnego dostępu do edukacji i technologii, pokoju i bezpieczeństwa na Ziemi, sprawiedliwości społecznej, uczestnictwa w życiu politycznym, wolność i prawa człowieka. 
Więcej: rośnie rzesza muzułmanów i nie-muzułmanów zaniepokojonych ujawnianiem się negatywnych stron modernizmu i globalizacji. Chodzi o skrajny sekularyzm, który zamiast mówić o równości wszelkich religii, stał się wrogi wszelkim religiom i związanym z nimi wartościom. O rozbuchany indywidualizm, który w żaden sposób nie jest równoważony przez działania na rzecz dobra społecznego. O kapitalizm i wolny rynek, które nie są zbalansowane ochroną dobra wspólnego. W przypadku zaś globalizacji niepokój budzą oznaki nowej formy zachodniej, głównie amerykańskiej, ekonomicznej i kulturalnej hegemonii.
Wydarzenia 11 września zmusiły rządy, polityków, przywódców religijnych, media i opinię publiczną do czynnego udziału w wojnie przeciwko globalnemu terroryzmowi. Partnerstwo to opierać się musi na wspólnych przekonaniach, wartościach oraz pokojowym wykorzystaniu różnic. Proces ten polegać musi na wspólnym zaangażowaniu w walkę ze wspólnym wrogiem – groźbą światowego terroryzmu, który może być powstrzymany przez uznanie wspólnych interesów i wykorzystanie wielonarodowych porozumień i strategii. A nade wszystko poprzez wspólne działanie.


Tłum. Barbara Makowska



John L. Esposito jest profesorem teologii religii i stosunków międzynarodowych na Georgetown University; założycielem i dyrektorem Centrum Współpracy Muzułmańsko-Chrześcijańskiej; redaktorem naczelnym „The Oxford Encyclopedia of the Moderu Islamic World”, „The Oxford History of Islam” i „The Oxford Dictionary of Islam”. Napisał ok. 25 książek na temat Islamu – m.in. „Unholy War: Terror In the Name of Islam”, „What Everyone Needs to Know About Islam”, „The Islamic Threat: Myth or Reality?” i „Islam: The Straight Path”.
Artykuł został napisany specjalnie dla „TP”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 37 (2775), 15 września 2002



do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl