O „Wspomnieniach wojennych” Karoliny Lanckorońskiej


Dług krwi

Małgorzata Dzieduszycka



Wojnę opisuje Karolina Lanckorońska z punktu widzenia świadomego świadka, posiadającego warsztat dojrzałego historyka. Takie zadanie postawiła przed sobą już od pierwszych dni września 1939 roku i była swojej misji do końca wojny wierna.


Co mnie uderzyło w tej książce? Oczywiście przede wszystkim jej wartość historyczna. Wojna we „Wspomnieniach” opisana jest z punktu widzenia świadomego świadka, posiadającego warsztat dojrzałego historyka. Takie zadanie postawiła przed sobą dr Karolina Lanckorońska już od pierwszych dni września 1939 roku i była swojej misji do końca wojny wierna.
Przekazała rzetelny dokument systematycznego i konsekwentnego niszczenia naszego narodu. Przenikliwą analizę procesu – nazwijmy to współczesnym językiem – „czystek etnicznych”. Moje pierwsze wrażenie po zakończeniu lektury to myśl: „Cud, że mimo wszystko istniejemy i mamy swoje niepodległe państwo!” Moja druga myśl: „Nie ma się co dziwić, że nasze dzisiejsze życie publiczne odbiega od większości standardów Zachodniej Europy”. „Jak to będzie – zastanawiała się Lanckorońska – gdy wreszcie wróci Polska, a nie starczy Polaków?” 

Świadek i historyk

„Wspomnienia wojenne” to rejestracja faktów i rejestracja ocen tych faktów bez retuszy. Czytelnik ma własny punkt widzenia – zna też w przybliżeniu dalszy ciąg wydarzeń. Powstaje czasem zaskakujące napięcie między tymi dwoma spojrzeniami: jej ówczesnym i naszym dzisiejszym. 
I tak np. zagłębiając się w pierwszą część książki – okres lwowski – mamy wrażenie, że autorka inną miarą mierzy Rosjan, a inną Niemców. Momentami jest to dla czytelnika niemal irytujące. Ale Lanckorońska jest rzetelna. Przekazuje fakty i ich interpretacje z perspektywy czasu okupacji sowieckiej. Gdy dochodzimy we „Wspomnieniach” do okresu okupacji niemieckiej, wrażenie braku równowagi szybko znika. Jednocześnie pojmujemy, w czym przejawiały się różnice w metodach i motywach działania obu okupantów, a także – co szczególnie pasjonujące – rozumiemy różnice w ich mentalności.
Autorka wiedziała, jak patrzeć i o co pytać. Przede wszystkim z racji swojego pochodzenia (bo skoligacona z panującymi domami Europy; bo mówiła po niemiecku równie biegle jak po polsku), ale także z racji osobowości i charakteru była traktowana w sposób szczególny. Miała dostęp do osób i miejsc dla innych niedostępnych, złowrogich lub wzgardzonych. Miała okazję poznać mechanizm zbrodni od strony „jaskini lwa” – stając oko w oko z wysokimi oficerami – by zaraz stać się jedną z ofiar. 
Do najbardziej pasjonujących fragmentów książki należą zapisy rozmów z arcybiskupem Bolesławem Twardowskim we Lwowie i arcybiskupem Adamem Sapiehą w Krakowie. Lanckorońska miała nadzieję, że wydostanie się z Polski i uda się do Włoch, do Watykanu, gdzie uzyska audiencję u Papieża. Chciała wiedzieć, jakie posłannictwo powinna przekazać. Słowa arcybiskupa Twardowskiego brzmią niemal nieprawdopodobnie: „Niech pani powie Ojcu Świętemu, że nam jest bardzo dobrze, (...) że udało się dość licznym księżom pojechać w głąb Rosji z zesłańcami, że inni – może my wszyscy – czekamy na wywóz albo na cokolwiek, co by nas spotkać miało, ale że propaganda antyreligijna w szkołach nie chwyta, że ludność, a przede wszystkim inteligencja, która się dawniej trzymała z dala, garnie się do nas (...) Niech pani powie Ojcu Świętemu, że przesyłam mu wraz z całym klerem i wiernymi mojej archidiecezji wyrazy przywiązania bez granic, a dla Stolicy Apostolskiej zapewnienie oddania aż do ostatniej kropli krwi. Tylko niech pani nie zapomni mu mówić, jak bardzo wszystko jest dobrze”. 
Lanckorońska nie interpretuje tej wypowiedzi, jedynie wspomina o swoim wzruszeniu i wielkim wrażeniu, jakie zrobił na niej arcybiskup Twardowski. Nie do końca rozumiałam. Mając jednak do niej zaufanie, wiele razy czytałam ten akapit i myślę teraz, że słowa arcybiskupa nie świadczą wcale o tym, że zachowywał dystans do rzeczywistości, ani tym bardziej, że dbał przede wszystkim o instytucję Kościoła. Z tych słów wynika raczej, że w walce Dobra ze Złem arcybiskup przyznał tymczasowe zwycięstwo Piekłu, ale że ciągle miał jakąś Nadzieję – i tę jedyną Nadzieję opierał na zachowaniu wiary.
Natomiast słowa metropolity Sapiehy mogą stanowić ważny przyczynek do dyskusji na temat postawy Piusa XII w czasie II wojny światowej, zwłaszcza teraz, gdy na ekranach Europy pojawił się film Costy Gavrasa „Amen”: „Niech pani powie, (...) że fakt, iż się [Papież] do Polaków w ogóle nie odzywa, ma skutki niebezpieczne, jeśli chodzi o nastroje antyrzymskie w Kraju. Robimy, co możemy, ale nie mamy sposobu przeciwdziałania, bo przecież jest prawda, że się Papież w tak straszliwej naszej katastrofie w ogóle do Polaków nie zwraca. Po drugie, niech pani powie, żeby nuncjusz w Berlinie Orsenigo do Dachau i w ogóle do naszych księży uwięzionych nie jeździł. Jego wizyty ogromnie ich rozgoryczają, gdyż on bynajmniej nie jest bezstronny, a na domiar strasznie nietaktowny”.
Niemal na każdej stronie „Wspomnień” znajdzie czytelnik to, co zna już z innych źródeł: terror, tortury, zastraszenie, szykany... Znajdzie też wnikliwe spostrzeżenia o innym sposobie wyniszczania narodu: ekonomicznym. Lanckorońska bacznie wychwytywała metody rujnowania gospodarczego kraju przez obu najeźdźców. Zarówno grabież wprost, jak i kompleksowe niszczenie gospodarki, do czego przyczyniło się np. za sowieckiej okupacji unieważnienie złotówki, a za niemieckiej rekwizycje, wprowadzenie drakońskich podatków dla Kościoła itd.

Losy równoległe

Znalazłam we „Wspomnieniach” sytuacje i postaci, które są mi bliskie. Nie, żeby losy mojej rodziny były bardzo podobne, ale toczyły się gdzieś obok, równolegle. Znam je z rodzinnych przekazów. Mobilizacja, ucieczka przed sowietami z majątku... Życie we Lwowie w latach 1939–1941. Przechodzenie przez granicę na Sanie, przybycie do Krakowa, praca dla Rady Głównej Opiekuńczej (przez którą moi rodzice właściwie się poznali).
I są tam fragmenty, które czytałam z sercem ściśniętym: wśród ziemian zaaresztowanych we Lwowie, torturowanych i zmasakrowanych w więzieniu na Brygidkach, był mój dziadek. Mój drugi dziadek trzymany był na Montelupich; jego syn, a mój nieznany wuj, zmasakrowany tam nie do poznania, został rozstrzelany. Mój ojciec uwięziony na Montelupich, potem wysłany do obozu w Gross Rosen. Lanckorońska opisuje te tragedie z drugiej strony muru. 
Do tych osobistych wątków zaliczam szerszą, „kresową” perspektywę. „Wspomnienia” w sposób naturalny pokazują wyraziście, czym były dla polskości Kresy. Pamiętać zresztą trzeba, że dla mojego ojca i dla Lanckorońskiej Lwów i Wilno do „kresów” się nie zaliczały. Dla nich „Kresy” leżały kilkaset kilometrów na wschód.
Tożsamość lwowiaków i ziemian z Małopolski Wschodniej to tożsamość zachodnich Europejczyków, dla których to, co wschodnie – „ruskie” czy też ukraińskie, i to, co orientalne (żydowskie, ormiańskie), jawi się dzisiaj we wspomnieniach jako swojski ornament w tle. 

Polska jako wybór

Uderzyła mnie oczywiście osobowość autorki i jej formacja. Na tym aspekcie warto się zatrzymać, bo Lanckorońska jest nie tylko ostatnią potomkinią wielkiego rodu, ale i należy do ostatniej generacji wielkich obywateli ziemskich, którzy jeszcze zdążyli odegrać w historii Polski przywódczą rolę. Swojego pochodzenia nie traktuje jako powodu do chwały, ale jako poważne zobowiązanie. Jakże dobitnie oddaje to fragment opisujący jej myśli w krypcie z grobami przodków w Wodzisławiu: „Stanęłam przed czarnym marmurowym pomnikiem grobowym Macieja, wojewody bracławskiego, pradziadka mojego ojca. Czytałam, jakby po raz pierwszy, długi łaciński napis... dziś nabierał dla mnie, dalekiego wnuka, przejmującej aktualności. W okresie ponownego upadku Ojczyzny byłam żołnierzem i znalazłam się tutaj w drodze służbowej. Przez chwilę nie mogłam sobie dać rady ze świadomością, dla mnie w tej chwili jakby nową, tej bezprzykładnej kontynuacji tragedii naszej”.
Polska jest dla Karoliny Lanckorońskiej świadomym wyborem – tak jak była dla jej przodków. Mogła wybrać niemieckość. Opowiedzenie się za polskością odebrane zostaje przez Niemców – nie bez racji – jako gest pogardy wobec narodu üebermenschów. Europa jako obszar kulturowy i społeczny jest dla autorki „rodzinna”. Ale to Polska, a także Kościół katolicki, były dla niej pierwszymi kategoriami odniesienia.
Odebrała wychowanie o bardzo mocno zdefiniowanej hierarchii wartości. Na ich czele: wartości chrześcijańsko-patriotyczne. Traktowała je z absolutną powagą. Ten fundament jest dla autorki odbiciem do poszukiwań szerokiego wymiaru spraw i ludzi. Świat przeciętności we „Wspomnieniach” właściwie nie istnieje. 
Niemal na każdej stronie uderza nas, jak bardzo była wymagająca. Przede wszystkim dla siebie. Zdyscyplinowana. Odporna na fizyczną niewygodę i psychiczne stresy. Nie rozczulała się nad sobą, ale także, czujemy to, gardziła słabością bliźnich. Oceniała ludzi miarą hartu ducha.
Uderzające jest, jak gładko wchodzi w rolę przywódczą i opiekuńczą, dodajmy bez ogródek: pańską. Można stwierdzić, że „ma to we krwi”. Jakże to przebija we fragmencie opisu niespodziewanej wizyty w rodzinnym domu i spotkania z pałacową służbą! Wystarczy zresztą spojrzeć na pierwszą stronę „Wspomnień”. Już w trzecim zdaniu autorka pisze: „Tekst początkowo był napisany z myślą o wydaniu angielskim. Kazałam przetłumaczyć kilka ustępów...”. Czyż nie uderza zwrot: „kazałam”?
Jest tej swojej cechy najzupełniej świadoma. Ale nie daje się przez nią zaślepić. Wnikliwie i sprawiedliwie zauważa: „...przyszły historyk... jeśli nie potrafi przedstawić, kto był tej wojny bohaterem głównym, to praca jego minie się z celem i przyszłe pokolenia Polaków nie dowiedzą się prawdy. Bohaterem tym jest przeciętny obywatel Rzeczypospolitej, chłop czy inteligent, ziemianin czy ksiądz, dziewczyna ze wsi czy kobieta z uniwersytetu...”

Wymiary europejskości

Bardzo ważna we „Wspomnieniach” jest perspektywa europejskiego dziedzictwa. Widzę ją w nacisku, jaki Lanckorońska kładzie na kształtowanie charakteru. W tym, jak świadomie nadaje sens własnej biografii. Ta droga, którą odbywamy od urodzenia do śmierci, nie polega na dążeniu do osobistego czy nawet grupowego sukcesu (nie jest to więc opcja „amerykańska”), ale wiedzie przez nieustanne odniesienie do uznanych w Europie od czasów średniowiecza wartości.
Perspektywa europejska to także szczególne traktowanie nauki i sztuki. Nauka ma w tych „Wspomnieniach” szczególny status, jest odrębną poważną aktywnością, która przebiega poza normalnymi wydarzeniami, co w dużej mierze uznają nawet wrogowie. Sowieci też głosili specjalny status dla nauki i sztuki. W książce Lanckorońskiej, której trudno zarzucić prosowieckie sympatie, można znaleźć niebanalne spostrzeżenia na ten temat.
Perspektywa europejska, oparta na cywilizacji antycznej Grecji, określona jest przede wszystkim przez tożsamość chrześcijańską i przez związanie Lanckorońskiej-Polki, Lanckorońskiej – spadkobierczyni wielkiego rodu z tradycją kultury łacińskiej. Przejawia się to w całej warstwie symbolicznej, tworzonej przez pokolenia Europejczyków i czytelnej na całym obszarze Europy, o czym jako historyk i historyk sztuki stale pamięta. Tożsamość Europejczyka jest jednak także dla niej czymś więcej. Jest to akceptacja wzoru – nazwę to językiem Kościoła – „życia w prawdzie”.
Tak rozumiana „europejskość” ma więc zarazem wymiar duchowy i konkretny, pojęciowy i rzeczowy. Oto jak autorka komentuje fakt zaginięcia biblioteki naukowej i pamiątek po zmarłych: „Wiem, że tysiące, a nawet miliony ludzi w Europie przeżyło to samo... lecz ta świadomość nie tylko nie jest pociechą, przeciwnie, sprawę pogarsza. Im więcej jest wśród nas ludzi wyzutych z własnej przeszłości, tym groźniejszy jest zanik tradycji, kontynuacji duchowej, po prostu – kultury.”

Czytane dzisiaj

A na co dzisiaj zwracamy uwagę? Człowieka Zachodu uderzać musi we „Wspomnieniach” wyjątkowa rola Kościoła. We fragmencie poświęconym domowemu nauczaniu Lanckorońska zwraca uwagę na fakt, że „Polska i religia zlały się w młodzieńczych umysłach w jedną, nierozerwalną całość, zgodnie z tradycją, a wylana za te ideały ofiara krwi młodzieży szkolnej była również zgodna z tradycją”. 
Rozmawiałam o „Wspomnieniach wojennych” z dwoma bardzo różnymi czytelnikami: z kimś z mojej generacji, kto przeżył na Zachodzie więcej niż połowę swojego życia, i z dwudziestokilkuletnim Polakiem studiującym we Francji. Ich reakcja nie była entuzjastyczna. Drażniła ich bijąca z książki wyniosłość, irytowała owa nieustannie podkreślana narodowa duma.
Czy dlatego, że środowisko, w którym przebywała Lanckorońska, było jednak w dużej mierze środowiskiem wybranym? Czy dlatego, że interesują ją przede wszystkim postaci o dużym wymiarze? 
Z takiej perspektywy płynie zarówno siła, jak i niebezpieczeństwo. Siła polega na dowartościowaniu. Jak mobilizująco działa w skali narodu utwierdzanie własnej wielkości, doskonale to widać choćby po dziejach Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii lub Francji. Niebezpieczeństwo polega na tym, że argumentacja i porównania jednoznacznie wykazujące naszą wyższość nie zjednują nam sympatii, zwłaszcza u narodów sąsiednich. Prowadzą do wniosków utwierdzających narodową dumę, skąd bardzo blisko do grzesznego królestwa pychy. Lanckorońska jest od pychy daleka, ale głupio zadufanym może dostarczyć niezłej pożywki. 
Jak wyglądają we „Wspomnieniach” inne nacje w porównaniu do Polaków? Właściwie o każdej autorka wypowiada się krytycznie. Bodajże jedynie Węgrzy obdarowani zostają zdaniem sympatii. Może to służyć psychologom społecznym jako interesujący przejaw budowania zbiorowej tożsamości w opozycji do innych. 
Podkreślmy jednak, że „Wspomnienia” pisane były w 1946 roku. Narody Europy dzieliło się wtedy jeszcze według kryteriów wojennych: kto wróg, kto sprzymierzeniec. To był czas ran niezasklepionych, nikt nie dbał o political correctness i nie dziwiła szczerość aż do bólu. Dodajmy też, że takie postrzeganie mieściło się w pielęgnowanej przez lata okupacji polskiej tradycji romantycznej. Karolina Lanckorońska przytacza w którymś momencie dramatyczny cytat z Norwida:

Od wschodu – mądrość kłamstwa i ciemnota,
Karności harap lub samotrzask z złota,
Trąd, jad i brud.
Na zachód – kłamstwo wiedzy i błyskotność,
Formalizm prawdy – wnętrza – bez-istotność,
A pycha pych!


„Wspomnienia wojenne” mają ukazać się po angielsku i po francusku. To książka bardzo potrzebna, mocna, atrakcyjna, ale także mogąca wzbudzić kontrowersje. Nie tylko przez drastyczne fakty i odważne opinie, ale także dlatego, że łatwo manipulować wyjętymi z niej cytatami, aby podeprzeć jakąś myśl, od której sama autorka była bardzo daleka.

*

Powyższy tekst wygłosiłam w misji palotynów w Paryżu. Zakończyłam go fragmentem, który brzmi patetycznie, ale wpasował się chyba do atmosfery tamtego wieczoru. Pozwolę go sobie przytoczyć w post scriptum:
Zwracam się do „swoich”, czyli do was, przyjaciele z emigracji, i do nas – chwilowi przybysze z kraju, reprezentanci najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Jesteśmy już razem ponad 10 lat.
Emigracja spełniła swoją główną rolę, ocaliła historyczną prawdę od zapomnienia (udział Fundacji Lanckorońskich, kręgu „Kultury”, kręgu Biblioteki Polskiej w Paryżu jest w tej roli nie do przecenienia). Poświęcenie się tej misji oddaliło wielu z Państwa od normalnego uczestnictwa w życiu kraju, którego staliście się obywatelami. Oddaliło wielu spośród was na wiele lat od możliwości kontaktu z krajem i z bliskimi. A także odgrodziło od elity politycznej kraju, który Was przyjął, ale który w dużej mierze zaakceptował skrzywioną zsowietyzowaną wersję historii. 
Można by było machnąć na to ręką i zająć się wyłącznie przyszłością, gdyby nie ten dług krwi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 37 (2775), 15 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl