Skradziony z Muzeum Narodowego obraz Wyspiańskiego sprzedany na aukcji


Syndrom Józia, czyli Wyspiański do Zachęty

Nawojka Cieślińska



Ten tekst będzie niestety przykry. Będzie o tym, jak często jesteśmy w sprawach dobra publicznego niechlujni i bezmyślni, jak gadaniną pokrywamy bierność, a potem mamy żal do innych.








Stanisław Wyspiański „Autoportret”, 

Muzeum Narodowe w Krakowie





Rzecz wiąże się z pastelem Stanisława Wyspiańskiego „Główka dziecka” z ok. 1900 r. „Józio” (imię dziecka znamy dzięki „Rzeczpospolitej”) należał kiedyś do zbiorów Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, przeniesionych w związku z wojną do warszawskiego Muzeum Narodowego, które weszło w ich posiadanie w efekcie powojennych regulacji prawnych. Pastel znajduje się na liście dzieł sztuki zrabowanych podczas wojny z polskich zbiorów publicznych. Mimo to został niedawno sprzedany w atmosferze ekscytacji na warszawskiej aukcji Rempexu za 155 tysięcy złotych, czyli z ponad dwuipółkrotnym przebiciem ceny wywoławczej. Inaczej niż inni zabierający publicznie głos w tej sprawie, nie zamierzam obwiniać polskiego systemu prawnego ani prywatnego nabywcy pastelu. Uważam, że odpowiedzialność za doprowadzenie do tego fatalnego precedensu spoczywa na Ministerstwie Kultury i jego Departamencie Dziedzictwa Narodowego oraz na Muzeum Narodowym w Warszawie, zaś Dom Aukcyjny Rempex zasłużył na złą sławę.

Anatomia zaniechania

W maju „Rzeczpospolita” zauważyła, że na krajowych aukcjach zaczynają wypływać dzieła udokumentowane jako straty wojenne ze zbiorów publicznych i prywatnych. Podała dwa przykłady z Rempexu: „Damę z wachlarzem” Pankiewicza i „Józia” Wyspiańskiego. Obydwa dzieła zostały zakwestionowane przez Muzeum Narodowe w Warszawie jako zrabowane z jego zbiorów i do wyjaśnienia wycofane z aukcji przez prokuraturę. Przy okazji okazało się, że w podobnych przypadkach zmuszona jest ona uznać prawa do obiektu obecnego posiadacza (chodzi o prawne warunki przedawnienia i/lub założenie, że zakupu dokonano w dobrej wierze). Elżbieta Charazińska, kustosz MN powiedziała wtedy, że „łatwiej ściągnąć utracone dzieła z zagranicy niż dochodzić prawa własności obiektu w kraju” a także, że „muzealnicy czekają na szybkie zmiany ustawodawcze”. Opinię tę powtórzyła w przededniu aukcji, na którą Rempex ponownie zdecydował się wprowadzić do licytacji zwolnionego przez prokuraturę „Józia”.
Jeśli decyzja prokuratury powodowana „złym prawem” od początku była niemal przesądzona, dlaczego Muzeum przez rok trwało w błogim przekonaniu, że „odzyskanie obrazu na własność to tylko kwestia czasu” (Elżbieta Charazińska, „Rzeczpospolita”, 24 sierpnia)? Wicedyrektor MN Kazimierz Stachurski apelował tuż przez aukcją: „Sprawę przegraliśmy, ale nie składamy broni (sic!). Liczymy na pomoc Ministerstwa Kultury, w poniedziałek podejmiemy decyzję”.
Specjalnym gościem tego wydania „Rzeczpospolitej” była dyrektor Departamentu Dziedzictwa Narodowego ministerstwa Izabella Danis. Zgodziła się z opinią, że przepisy nie są doskonałe, informując przy tym, że „Ministerstwo pracuje nad ich zmianą, ale musi to jeszcze potrwać”. Nadto resort stara się „robić wszystko, by wspierać podległe nam placówki”. Co konkretnie? – tego nie powiedziała. W sprawie „Józia” pani dyrektor była przekonana, że uda się „i tym razem wypracować kompromis i obecny właściciel pastelu dojdzie do porozumienia z Muzeum Narodowym”. Nie przyszło jej do głowy, że wstyd mówić o „wypracowaniu kompromisu” na cztery dni (w tym weekend) przed aukcją.
Prezes Rempexu Marek Lengiewicz zakomunikował jedynie, iż „właścicielka pastelu utrzymuje, że pracę kupił jej ojciec zaraz po wojnie w salonie Desy”. Desa powstała w 1950 r., a nie „zaraz po wojnie”. Tak więc oświadczenie – jako niezgodne z faktami – podważa „dobrą wolę” sprzedającego i mogłoby stanowić argument w powództwie cywilnym (niezależnym od decyzji prokuratury) przeciw właścicielce „Józia”. To zaś uzasadniałoby wystąpienie do sądu z wnioskiem o wstrzymanie sprzedaży, a przynajmniej wskazywałoby na możliwą „wadę prawną” obiektu, co skutecznie zredukowałoby szansę jego sprzedaży.

Cudzy honor

W dniu aukcji – 28 sierpnia – „Rzeczpospolita” zapowiedziała „pomyślny finał”. Po spotkaniu z ministrem kultury Waldemarem Dąbrowskim dyrektor MN Ferdynand Ruszczyc poinformował, że „szef resortu (...) znalazł prywatną firmę, która gotowa jest nabyć obraz w Rempexie za cenę wywoławczą i przekazać go w depozyt Muzeum Narodowemu”.
Abstrahując od problematycznej słuszności tej decyzji, podanie jej do publicznej wiadomości przed aukcją to skrajna nieodpowiedzialność – pragnienie publicity przy kompletnym lekceważeniu psychologii aukcji doprowadziło nie tylko do wzrostu atrakcyjności „Józia”, ale także do kompromitacji nowego ministra.
Nie ukrywam, że chociaż uważam sprzedaż dzieł sztuki, o których wiadomo, że zostały zagrabione w czasie wojny i w jej wyniku, za skandal, dyrektorowi Ruszczycowi życzę zaś wszystkiego dobrego, przeczytawszy to wszystko chętnie przystąpiłabym do aukcji w Rempexie – choćby po to, aby utrzeć mu nosa. A prasowe komentarze już po aukcji – pod znaczącymi tytułami „Szał wokół Wyspiańskiego”, „Strażnicy czy sprzedawcy dziedzictwa?”, „Stracili głowę” – przekonały mnie, że powodów do wzięcia udziału w licytacji „Józia” znalazłabym znacznie więcej.
Dopiero teraz dowiedzieliśmy się od dyrektora Ruszczyca, że od początku cena wywoławcza pastelu była „mocno wyśrubowana”. Nieświadom śmieszności, mówił dalej, że Muzeum potraktowało „udział w licytacji jako sprawę honorową” – na rachunek znalezionego przez ministra Dąbrowskiego sponsora, który szczęśliwie wycofał się z licytacji na poziomie stu tysięcy. Szczęśliwie, bo gdyby ją wygrał, dziś Muzeum Narodowe i Ministerstwo Kultury chodziłyby cudzym kosztem w glorii obrońców dziedzictwa narodowego.
Na honor – tyle że cudzy – powołała się też po aukcji dyrektor Danis, która wyznała, że „nie ma pojęcia”, dlaczego cena pastelu została tak wywindowana, i że obecny właściciel przepłacił, o czym przekona się, gdy zechce „Józia” sprzedać. Wspaniałomyślnie podrzuciła jednak nabywcy sugestię honorowego wyjścia, którym „byłoby oczywiście wstawienie pastelu w depozyt do muzeum”. Ja, gdybym wygrała licytację, najchętniej oddałabym „Józia” do dyspozycji reaktywowanego niedawno Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie, do którego zbiorów pastel ten należał przed wojną na mocy testamentu pierwszego właściciela, mecenasa Papieskiego.

Złe prawo i łatwa zagranica

Jako laik nie będę podważać słuszności nawoływania laików do pilnej zmiany obowiązujących regulacji prawnych – choć jestem wobec tych postulatów sceptyczna, jako że wywołane są jednostronnym, czysto instrumentalnym odruchem, nawet jeśli odczuwanym przez zgłaszających je jako społecznie słuszny. Dziwi mnie ich ferwor, bo przecież znane są perypetie uchwalanej od dziesięciu lat nowej ustawy o zabytkach oraz tradycyjnie już negatywna opinia o poziomie prawnym resortu kultury, którą podzielają niejednokrotnie nawet jego kierownicy i pracownicy. Jestem zresztą przekonana, że ani w tym, ani w podobnych przypadkach nie sprawdzono wszystkich możliwości interpretacyjnych tkwiących w polskim prawodawstwie. Do tego trzeba bowiem zarówno znakomitych prawników (a ci kosztują), jak i wyobraźni decydentów, którzy rozumieliby, że jednorazowy wydatek mógłby zadziałać jak straszak.
Twierdzić zaś, że łatwiej o zwroty z zagranicy to nie tylko ignorancja: to poważny błąd. Wystarczy przywołać bezowocność negocjacji prowadzonych od dziesięciu lat przez Polskę z Niemcami, Rosją i Ukrainą w sprawie zwrotu „przemieszczonych” dóbr kultury. Historia powrotu do Łazienek „Praczki” Gabriela Metsu do łatwych nie należy. Obraz wypatrzony w katalogu Sotheby’s przez nowojorskiego marszanda Ryszarda Bończę w 1993 r. został wycofany z aukcji na wniosek konsulatu RP. Nasze władze zrezygnowały jednak ze wszczęcia żmudnego, ale obiecującego procesu z uwagi na jego ogromne koszta, a sam obraz został w ostatnim możliwym terminie przed aukcją wykupiony poniżej ceny wywoławczej (sic!) dzięki szczodrości prywatnego sponsora Victora Markowicza. Wyjątkowo nieprosty był również kilkuletni proces w sprawie kobierca Czartoryskich, odkrytego w 1990 r. przed londyńską aukcją Christie’s przez wybitnego kolekcjonera Andrzeja Ciechanowieckiego. Sprawę zakończono kosztowną ugodą i powrotem obiektu do Krakowa w 1997 r. Inny skomplikowany przykład to „Portret Anny z Bretanii” pędzla Mostaerta, pochodzący również ze zbiorów Fundacji Czartoryskich, odkryty w 1997 r. znów przez Ryszarda Bończę w Nowym Jorku. Nasze władze wyraziły tym razem désintéressement, uznając, że chodzi o własność prywatną i tym samym pozostawiając księciu Adamowi Karolowi Czartoryskiemu decyzję, czy sam będzie się procesować, czy też zgodzi się po aukcyjnej sprzedaży obrazu na odszkodowanie wg wynegocjowanych wcześniej proporcji. Ciekawe zresztą, jak ówczesna decyzja władz ma się do konstytucyjnego obowiązku dbałości o dziedzictwo narodowe (a nie państwowe, jak trafnie zauważa prof. Pruszyński) – niezależnie już od oceny jej strategicznej sensowności w kontekście choćby dochodzenia praw wrocławskiego Ossolineum do rysunków Dürera z lwowskiej – prywatnej przecież, choć pro publico bono – Galerii Lubomirskich. Szczęśliwie Niemcy zdecydowali się w 1992 r. na wzorcowy proces w sprawie zwrotu przez londyński Sotheby’s i jego klienta obrazu Wtewaela skradzionego pod koniec wojny z publicznych zbiorów rodziny książęcej w Gocie, wygrany w 1998 r. Koszta procesowe w wysokości 2 mln. funtów przekroczyły niemal trzykrotnie wartość rynkową obrazu. Mimo wygranej strona niemiecka musiała pokryć nieco więcej niż jedną trzecią zasądzonej sumy, ale uzyskała nie tylko obraz, ale przede wszystkim jasność na gruncie prawa niemieckiego i angielskiego, jak orzekać w sprawie zrabowanych dzieł.

Beneficjenci

Zaczynamy – pomału i bez własnej zasługi – być beneficjentami tego i podobnych procesów toczonych w USA, Wielkiej Brytanii, Francji czy Szwajcarii. Korzystamy z wymuszającej nowe standardy zachowań presji muzeów (najpierw amerykańskich, a stopniowo także i zachodnioeuropejskich) oraz najsilniejszych uczestników rynku sztuki popieranych przez towarzystwa asekuracyjne, rządy wielu krajów, organizacje pozarządowe i media. Stąd wzięła się w Polsce niedawna seria zwrotów z zagranicy. Tak powróciły: „Święta Trójca” Pencza z muzeum w Miami, „Chłopi w karczmie” Brouwera, oddani przez londyńskiego marszanda, „Kwiaty w wazonie” Walscapelle’a i rzeźba Padovana zwrócone przez kolekcjonerów z USA, wreszcie – etruskie lustro z Gołuchowa, do powrotu którego z hamburskiego muzeum udało mi się poniekąd przyczynić (podobnie zresztą jak przed niemal dziesięcioma laty do pierwszego z Niemiec powrotu obrazu ukradzionego z warszawskiego Muzeum Narodowego, którym była – nomen omen – „Ucieczka Eneasza z płonącej Troi” nieznanego autora).
Każdy z tych obiektów ma inną historię i wcale nie proste okoliczności powrotu. Łączy je fakt, iż ich zwrot nie wiązał się dla muzeum i ministerstwa z żadnym wysiłkiem czy inicjatywą. Jeśli nie liczyć statutowego obowiązku Departamentu Dziedzictwa Narodowego Ministerstwa Kultury udostępniania – ciągle w stopniu fragmentarycznym – dokumentacji straconych dóbr kultury. Dla Muzeum oznaczało to jedynie konieczność potwierdzenia proweniencji wskazanych za granicą obiektów i wielki zysk propagandowy, w minimalnym stopniu zdyskontowany dla sprawy. Czy dlatego, że mogłoby to wywołać lawinę roszczeń do obiektów „zawłaszczonych” przez warszawskie (i nie tylko, choć głównie) Muzeum Narodowe w wyniku powojennych zmian systemu politycznego i granic?

Więcej niż dobra wola

Pani dyrektor Danis sugerowała, że dzieła sztuki zaczynają wracać do Polski dzięki dobrej woli. Na pewno, ale muszą zostać stworzone sprzyjające jej warunki. Wystarczy posłuchać Sarah Jackson z The Art Loss Register, prywatnej organizacji (założonej w 1991 r. m.in. przez Sotheby’s i Christie’s), która na użytek domów aukcyjnych, muzeów, kolekcjonerów indywidualnych rocznie kontroluje pochodzenie ok. 400 tysięcy obiektów wstawianych na światowe aukcje i do antykwariatów. W swojej bazie danych zebrała do dziś dokumentację ponad 100 tys. skradzionych dzieł sztuki. Od 1998 r. tropi obiekty zrabowane lub skonfiskowane w okresie 1933-1945 i kontaktuje obecnych właścicieli z dawnymi, ich spadkobiercami lub sukcesorami – przy czym do jej kompetencji nie należy prawne dochodzenie własności. W ciągu kilku lat ALR udało się zlokalizować i doprowadzić do zwrotu dzieł o wartości ponad stu milionów dolarów. Na pytanie, jak to było możliwe, Jackson odpowiedziała: „To logiczne: po pierwsze argument moralny, po drugie strach osób i instytucji przed skutkami negatywnej publicity, po trzecie warunek, że dzieło pozostaje całkowicie bezwartościowe z punktu widzenia finansowego, ponieważ jak długo pozostaje na liście dzieł zagrabionych w okresie Holocaustu i drugiej wojny, nie uda się go sprzedać na szanującym się rynku sztuki”.
I to jest program do natychmiastowego wprowadzania w życie u nas – z pominięciem ministerialnej obstrukcji i muzealnego letargu. Tym bardziej, że możemy w nim owocnie wykorzystać nasze długie tradycje bojkotu i kodeksów etycznych. Rempex zaś, jak Sotheby’s, mógłby stanąć na czele tej akcji. Tym bardziej, że po czarnej serii wstawianych w nim na aukcje obrazów zrabowanych w czasie wojny z warszawskich zbiorów („Neron” Styki, „Dama z wachlarzem” Pankiewicza, „Józio” Wyspiańskiego, „Portret młodzieńca” Horowitza), ten dom aukcyjny naprawdę powinien drżeć o swoje dobre imię w kraju i za granicą. 
Z której to zagranicy, ufajmy, wróci kiedyś inny młodzieniec: Rafaela z Fundacji Czartoryskich.

Autorka jest historykiem i krytykiem sztuki, kuratorem wystaw, w latach 1990–1994 była radcą ambasady RP w Kolonii i dyrektorem Instytutu Polskiego w Düsseldorfie, a w latach 1995–1996 dyrektorem Muzeum Sztuki w Łodzi. Przygotowuje książkę o problematyce restytucji dóbr kultury w Europie w latach 1992–2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 37 (2775), 15 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl