„Anioł w Krakowie” wchodzi na ekrany kin


Kolega z nieba

Z Witoldem Beresiem i Arturem „Baronem” Więckiem, twórcami filmu, rozmawia Jan Strzałka 



JAN STRZAŁKA: – Pamiętacie „Świat się śmieje”? Twórcy tej radzieckiej komedii szczycili się, że w ich filmie nie gra Buster Keaton, Charlie Chaplin ani Mary Pickford. Można by podobnie reklamować wasz film, który trafi do kin w połowie września: w „Aniele w Krakowie” nie występuje Cezary Pazura ani Bogusław Linda, nie płonie antyczny Rzym ani chutory w stepie ukraińskim, a więc możliwe jest jeszcze polskie kino bez monumentalnych dekoracji i setek statystów. 
WITOLD BEREŚ: – Baron myślał, by tak właśnie reklamować „Anioła”: w tym filmie nikogo nie zabiją, w tym filmie nie gra Arnold Schwarzenegger. Jeśli masz ochotę na normalne kino, zobacz „Anioła w Krakowie”.
W „Aniele” nie leje się krew, nie pojawiają się najmodniejsi aktorzy i to wszystko jest naszym świadomym wyborem. Dysponowaliśmy skromnym budżetem, ale gdybyśmy stanęli na głowie, może przekonalibyśmy Lindę lub Pazurę, aby zagrali u nas za darmo. Współpraca z aktorami Starego Teatru: Jerzym Trelą, Krzysztofem Globiszem i Ewą Kaim dawała nam pewność, że nie tylko aktorstwo będzie mocnym atutem naszego filmu, ale będzie to też trochę inny film. 
– O czym opowiada „Anioł w Krakowie”?
ARTUR „Baron” WIĘCEK: – Bohaterem jest nieporadny i zagubiony w niebiesiech anioł Giordano, w tej roli występuje właśnie Krzysztof Globisz. Nie jest to anioł z najwyższych chórów, lecz niebieski szaraczek. Z woli swych „szefów” ląduje na ziemi, gdzieś pod Krakowem. Spotyka małżeństwo, które właśnie zamierza się rozwieść, młodą kobietę samotnie wychowującą dziecko. Uczestniczy w ich dramatach, trochę ich nie rozumiejąc, bo nie wierzy, że miłość przemija, i choć jest naiwny, nie myli się – prawdziwe uczucia nie ulegają czasowi. Swoją naiwnością Giordano przypomina bohaterom, że w życiu nie wolno wyrzec się pragnienia harmonii, poszukiwania ładu, że choć wszystko przemija i może przybrać zły obrót, to świat ma sens. Tej świadomości nie można osiągnąć bez zbliżenia się do drugiego człowieka, bez miłości i przyjaźni.
W.B.: – Kiedy przekonywałem TP S.A., aby wsparła „Anioła”, mówiłem: to będzie film o komunikacji z drugim człowiekiem, a więc wy, telekomunikacja... itd. Żarty żartami, ale pragnęliśmy pokazać, jak ważna jest w życiu ta międzyludzka komunikacja. „Anioł” jest też filmem – to zabrzmi w dzisiejszych czasach trochę dziwnie – o Panu Bogu. I o tym, że zapominamy o Jego obecności. 
– Spotkaliście kiedyś w życiu anioła? 
W.B.: – Jasne, moja żona jest aniołem. 
A.W.: – Nie powiem przecież, że moja nie jest. Jest! Ale niekiedy podejrzewam, że ks. Tischner, któremu poświęciliśmy film, był aniołem z wyższego chóru niż moja małżonka. Na pewno lepiej gotował. Myślę, że charakteryzując Tischnera można go określić właśnie słowami Giordana: najważniejsze na ziemi, to nie udawać anioła, jeden dobry uczynek dziennie i starczy!
W.B.: – „Anioł” jest hołdem złożonym ks. Józefowi Tischnerowi, film kończy się cytatem z „Historii filozofii po góralsku”. Jesteśmy jego dłużnikami, bo Tischner pomógł nam zrealizować wcześniejszy film, czyli telewizyjną „Filozofię”. Ale nie tylko dlatego.
Z czasów kiedy pracowałem w „Tygodniku”, zapamiętałem, że Tischner każdemu, największemu prostaczkowi (to znaczy – mnie), dawał wolność myślenia i szukania: idź tą drogą – mówił – szukaj, znajdziesz albo nie znajdziesz Pana Boga. Ale nie rezygnuj z prób, bądź odważny... Kiedy więc widzę scenę, w której Giordano się modli, to myślę, że Baron był odważny, nie wahając się pokazać we współczesnym filmie modlitwy jako czegoś najzupełniej normalnego. 
A.W.: – Dziecko pyta Giordana, jakie modlitwy lubi Bóg, Anioł zaś odpowiada: wszystkie. – A jaką ty lubisz najbardziej? – Alleluja! I mówi ,,Pieśń nad Pieśniami”.
W.B.: – Dlaczego taka scena wymaga odwagi? Bo łatwo ulec patosowi albo religianctwu. W polskim kinie powstaje trochę filmów z definicji chrześcijańskich. Ale one zwykle od razu albo rzucają się na duchowe głębie, albo co najmniej na kolanach pokazują wielkich świętych. A przecież jest też w Polsce człowiek, który, owszem, stoi nieco z boku, może nie zagląda do kruchty, może zarzucić mu można sporo, ale który nie rezygnuje z najistotniejszych pytań. Wydaje mi się, że w „Aniele” padają takie pytania. W tym widzę jego wartość. Choć pewnie nie otrzymamy nagrody na festiwalu w Niepokalanowie. 
A.W.: – Każdy z nas próbuje uporządkować jakoś swoje sprawy z Nim i dla każdego z nas jest to w jakiś sposób ważne, ale też nie chodzi o to, żeby to publicznie wypisywać na sztandarach. To są rzeczy bardzo osobiste, a mówiąc o nich łatwo jest przekroczyć barierę pretensjonalności, wpadając w sztuczność. Chciałem, by Krzysztof Globisz modlił się tak, jakby przypominał sobie słowa fajnej piosenki, aby scena ta nie stała się czymś w rodzaju ciężkiego manifestu czy filozoficzną namiastką. Pragnąłem jedynie przypomnieć widzowi: modlitwa, a raczej jakaś próba wadzenia się, dogadywania, znowu można użyć tu tego słowa: komunikacji z Panem Bogiem, jest człowiekowi niezbędna do życia. Nic więcej. 
Dlaczego w filmie pojawia się anioł? Można stawiać pytania o wiarę nie uciekając do anielskiej pomocy. 
W.B.: – Można. Ale pojawienie się Giordana na tym padole przypomina, że od czasu do czasu zdarzają się nam rzeczy cudowne. Ktoś powie: bohaterowie się modlą, bawią, organizują piknik, tymczasem prawdziwe życie nie jest sielanką. Bo ja wiem? Raz jest, raz nie jest.
A.W.: – A poza tym jest to również zamierzona forma kreacji. Gdy na ziemi pojawia się anioł, zaczynają się dziać rzeczy niezwykłe, Giordano odmienia zwyczajnych ludzi, przynosi im czystość intencji, piękno, zdumiewa ich naiwnością, bo w nim nie ma fałszu ani świadomości, że człowiek jest zdolny do niegodziwości. Tylko anioł może brać wszystko za dobrą monetę i tylko jemu wybaczyć można nieziemską naiwność, bez lęku zaprosić go na noc do domu, otworzyć się przed nim. 
Nasza współpraca nie byłaby taka dobra, jeśli opierałaby się jedynie na gruncie zawodowym. To, że razem pracujemy, jest też wynikiem tego, że razem odpoczywamy po pracy, oglądamy mecze, kochamy się w „złych kobietach”, pijemy wódeczkę, na smutno i na wesoło, i mimo całych różnic podobnie myślimy o świecie i wspólnie zmagamy się z przemijaniem. O ile to możliwe, staramy się wciągać do naszej współpracy także innych znajomych. Dlatego „Anioł” powstawał w przyjacielskiej, wręcz rodzinnej atmosferze. Wielu naszych przyjaciół i znajomych pomogło nam w realizacji filmu, np. Grzegorz Dyduch i Marcin Świetlicki, którzy zgodzili się na wykorzystanie swojej piosenki, a Marcin specjalnie dla nas napisał „Wiersz na literkę A”.
„Anioł” kończy się cytatem z „Historii filozofii po góralsku”: „Nie prowdy sukoj, ino kolegów”. Komuś może się wydawać, że Tischner kpi z poszukiwaczy prawdy, lecz on nie negując jej istnienia ani trudu, jaki człowiek zadaje sobie walcząc o nią, powiada, że czasami w imię prawdy nie warto wyrzekać się przyjaźni. 
W.B.: – W subtelnej kwestii wyższości prawdy nad przyjaźnią Tischner nie stanął po stronie Arystotelesa. Arystoteles, myślę, nie byłby dla niego wyrocznią i mistrzem w tym sporze. 
– A propos: łatwo było przekonać Tischnera, by zgodził się na sfilmowanie „Filozofii”?
W.B.: – Zgodził się bez wahania, bolał jedynie, że sam nie zagra w serialu, był już bowiem poważnie chory. Zaproponował, by rolę narratora powierzyć Treli. Intuicja go nie zawiodła, bo obejrzawszy wszystkie odcinki serialu, powiedział, że „Trela gada i wygląda jak ja”. Jerzy Trela gra też w „Aniele” – niejakiego Szajbusa, wzorowanego na znanym w Krakowie ekscentrycznym bywalcu knajpy „Vis a vis”. 
Nie chcemy, by ktoś nas podejrzewał, że staramy się płynąć na fali popularności Księdza Profesora i przypisujemy sobie wielką z nim przyjaźń. Tischner nie był naszym kolegą, tak dobrze nie było, ale dużo mu zawdzięczamy. Choćby to, że w swoim czasie ocalił nas przed bankructwem, bo gdyby nie pozwolił nam zrealizować „Filozofii”, byłoby z nami marnie. Siedzieliśmy w długach po uszy, nie wypalił projekt programu, który mieliśmy realizować dla telewizji, a zaangażowaliśmy w niego wszystkie pieniądze. A on zaufał nam, pozwolił reżyserować „Filozofię”, udzielał rad. 
– Jak myślicie, co Ksiądz Profesor powiedziałby, gdyby zobaczył „Anioła”? 
A.W.: – Może uśmiechnąłby się szeroko i powiedział: A wiecie, znam takiego anioła, żyje w Łopusznej... Tak trzymać, chłopoki!
W.B.: – Szkoda, że nie możemy pokazać mu „Anioła”... Ale spotkał nas inny wielki zaszczyt: przed pielgrzymką do Polski „Filozofię” wg Tischnera i „Anioła” obejrzał Jan Paweł II. I oba filmy bardzo mu się spodobały. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 37 (2775), 15 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl