Edmund Stoiber: portret przyszłego – być może... – kanclerza Niemiec


Człowiek bez właściwości?

Joachim Trenkner z Berlina



Co wspólnego z demokracją ma bokser Michalczewski, modelka Auermann czy piosenkarz Lindenberg? Najwyraźniej wiele, skoro znaleźli się wśród publiczności, która dostąpiła zaszczytu kibicowania w telewizyjnym „pojedynku” Schrödera i Stoibera, walczących o fotel kanclerski. Polityka jako medialny ring? Dotąd kanclerza wybierał Bundestag, a Bundestag naród. Czy teraz ma być inaczej? Wielu Niemców sceptycznie patrzy na kolejny show, który dla mediów stał się równorzędnym tematem obok „powodzi stulecia”. I większość wyborców zapowiada, że spektakl w TV nie wpłynie na to, kogo poprą w trzecią niedzielę września.



Decyzja o zamienieniu Bawarii, tego bezpiecznego portu, gdzie chadecka prawica „od zawsze” rządzi samodzielnie, na śliski parkiet Berlina – a przynajmniej o woli takiej zamiany – zapadła w styczniowy poranek ubiegłego roku, przy kuchennym stole, zastawionym śniadaniem, z dodatkowym nakryciem dla gościa: przewodnicząca CDU Angela Merkel pospieszyła do domowego zacisza Edmunda Stoibera w Wolfrathshausen pod Monachium, aby wspólnie z liderem bawarskiej chadecji zadecydować przy porannej kawie, kto z ich ambitnej dwójki ma być kandydatem na kanclerza całej chadecji. Decyzja, jaka zapadła, była zaskakująca, choć nie nieoczekiwana: rywalem socjaldemokraty Schrödera został Stoiber, dotąd polityk formatu raczej regionalnego.

Prusak z akcentem
Początki były trudne. Teraz nie wystarczyło chowanie się w Bawarii, miłej i przyjemnej: Edmund Stoiber musiał sprawdzić się w brutalnym i agresywnym Berlinie. Niepewny, spięty, jąkający się – tak kandydat na kanclerza zaprezentował się bezlitosnym i wszechobecnym kamerom podczas pierwszych wystąpień w nowej roli w stolicy. Ale od tamtego czasu Stoiber wiele się nauczył. Podczas kampanii wyborczej dał się sfotografować z wnukami w „niemieckim Disneylandzie”, odwiedził kobiecy magazyn „Cosmopolitan” i zajrzał w środku nocy do kultowej berlińskiej dyskoteki. Ale choć stosował się do zaleceń doradców, wszędzie tam sprawiał wrażenie niewłaściwego człowieka na niewłaściwym miejscu. Bo nawet jeśli pokona Schrödera, nigdy nie będzie tym, kim jest rywal: politykiem, który z wrodzoną naturalnością porusza się w świecie „demokracji medialnej”. 
Przyczyna jest prosta: Edmund Stoiber próbuje nie być tym, za kogo jest uważany. Większość postrzega go jako polityka o poglądach zdecydowanych i polaryzujących, o najbardziej konserwatywnym wizerunku wśród liderów CDU/CSU, za osobę chętnie podejmującą polemikę. Ale ponieważ większość w Niemczech zdobyć może polityk, któremu uda się zintegrować różne tendencje w społeczeństwie, spece od wizerunku przekonali Stoibera, że powinien odgrywać rolę „człowieka centrum”, rzeczowego i chłodnego, który w każdej sytuacji przywoła argumenty „za, a nawet przeciw”. Na dłuższą metę może to być męczące.
Nawet obszerny film dokumentalny, pokazany latem przez publiczną telewizję ZDF, nie był w stanie przybliżyć wyborcy tej postaci. Stoiber zatopiony w aktach; Stoi-ber na meczu jako fan Bayernu Monachium; Stoiber w piwnym namiocie w otoczeniu ludu; Stoiber w Białym Domu u Busha jako światowy mąż stanu. Ambitny „człowiek władzy”, którego życiowym eliksirem jest polityka, typ zwycięzcy, którego motto brzmi: „Nigdy nie bądź zadowolony”. Dążący do celu, nie zostawiający nic przypadkowi. Nie, w tym filmie Stoiber nie sprawiał niesympatycznego wrażenia. Ale mimo to były sekretarz generalny CSU za czasów legendarnego Franza Josefa Straussa pozostaje postacią uderzająco bladą, „politycznym kameleonem”, niemal perfekcyjnie dopasowującym się do każdorazowej roli. Co go napędza wewnętrznie, pozostaje jego tajemnicą.
Pewne jest, że politykę uprawia nie „brzuchem”, ale „głową”. Jego styl cechuje (samo)kontrola. Nie umie reagować spontanicznie. Jego oparciem, jak sam mówi, są dokumenty. Dać się porwać czemuś lub komuś – w przypadku Stoibera to niemożliwe. Podczas zjazdu chadecji, gdy w największym upale wszyscy odrzucili marynarki i podwinęli rękawy, on wygłosił godzinne przemówienie nienagannie ubrany, pod krawatem i w tradycyjnym garniturze. Politykę uprawia z zacięciem, luz czy humor nie są w jego stylu. Wydaje się, jakby nie był zdolny do tworzenia wokół siebie przyjacielskiej atmosfery, ludzkiego ciepła. 
Inaczej niż jego mentor Strauss – ów otyły i jowialny człowiek renesansu, który umiał czerpać pełnymi garściami z życia – Stoiber nawet podczas całkowicie nieoficjalnych wystąpień, np. na słynnym monachijskim „Oktoberfest”, sprawia wrażenie pruskiego urzędnika skarbowego, z bawarskim akcentem.

Z jastrzębia – liberalny gołąb
Jego prywatna i polityczna ojcowizna to Bawaria, najbardziej południowy, największy i nabardziej katolicki land. Urodzony w 1941 r. w idyllicznym Oberaudorf nad granicą austriacką, związany z regionem: szkoła, wojsko, studia prawnicze w Monachium, rodzina. Także kariera: bawarska „młodzieżówka” CSU, potem partia, funkcja radnego w samorządzie, od 1974 r. deputowanego do bawarskiego parlamentu. Ze Straussem, który wtedy niepodzielnie władał Bawarią, łączyła go „absolutna zgodność polityczna”, co pozytywnie wpływało na jego karierę, której ostatnim etapem jest od 1993 r. urząd premiera landu.
I ktoś taki chce osiągnąć to, co nie udało się w Republice Federalnej żadnemu Bawarczykowi: wygrać wybory w całych Niemczech, także na nie-katolickiej północy i nie-chrześcijańskim wschodzie. Nawet jego popularny poprzednik Strauss uległ w 1980 r., w starciu z socjaldemokratą Helmutem Schmidtem. Ale mimo tych negatywnych skojarzeń, szanse Stoibera są spore: we wszystkich sondażach chadecka prawica wyprzedza rządzącą socjaldemokrację. Wprawdzie „powódź stulecia” przysporzyła nieco poparcia SPD – kanclerz okazał się w sytuacji kryzysowej sprawny i wiarygodny – i dystans dzielący obie partie zmniejszył się, ale większość ośrodków badania opinii jest przekonana, że 22 września większość zdobędzie chadecja i liberałowie, tworząc koalicję, jaka rządziła Niemcami w latach 1982-98. 
Analityczne wyrocznie kierują się najwyraźniej starą prawdą, że w demokracji wybory częściej się przegrywa niż wygrywa. A wszelkie wskaźniki – od bezrobocia, przez recesję i skandale korupcyjne, po kolejne dymisje w rządzie – przemawiają przeciw czerwono-zielonej koalicji. Na przedwyborczej „ostatniej prostej” rząd Schrödera i Fischera sprawia wrażenie zużytego. Wyborców nie przekonały nawet podejmowane przez SPD próby ukazania Stoibera jako polaryzującego społeczeństwo konserwatystę.
Ale też Stoiber, który na bawarskim podwórku dał się poznać jako człowiek twardy i nie stroniący od brutalnych polemik, teraz prezentuje się jako polityk łagodny. Kiedyś trafiał na pierwsze strony gazet po kontrowersyjnych akcjach bawarskiej policji albo jako zwolennik drakońskiego zaostrzenia prawa azylowego. Dziś widzimy kompromisowego „człowieka środka”, unikającego konfrontacji i rzadko pozwalającego sobie na takie wyskoki, jak podczas zjazdu wysiedleńców w Norymberdze, gdy Stoiber zaatakował Polskę, domagając się zniesienia (w istocie dawno nie obowiązujących) aktów prawnych dotyczących powojennych wysiedleń. Wielu głosów, to Stoiber wie, w ten sposób nie zdobędzie. Dlatego tematy z przeszłości nie odgrywają w jego kampanii żadnej, choćby pobocznej roli.
Bo też o wyniku wyborów decyduje co innego: walka z bezrobociem i związana z tym polityka gospodarcza. Na dalszych miejscach są inne tematy: imigracja, wsparcie państwa dla rodziny czy poszerzenie UE. Sprzyja to opozycji tym bardziej, iż w społeczeństwie zwykle przeważa opinia, że prawica chadecka jest bardziej kompetentna w kwestiach gospodarczych niż socjaldemokraci, nie mówiąc o Zielonych. Odwołując się do tego, Stoiber podkreśla, że chce, by Niemcy odniosły taki sukces jak jego Bawaria, która uchodzi za wzorcowy land, z najwyższym wzrostem gospodarczym w rankingu krajów związkowych oraz z najniższym bezrobociem (5,1 proc.), gdy przeciętna niemiecka to 10 proc.
Odpowiedź na pytanie, jakie lekarstwo jest tu najskuteczniejsze, pozostaje sporna. SPD chce zwiększyć efektywność urzędów pracy i znaleźć sposób, aby choć część z 4 mln bezrobotnych trafiła do pracodawców, którzy twierdzą, że nie mogą znaleźć pracowników na 1,5 mln wolnych posad. Inaczej Stoiber: on uważa, że kluczowe nie jest „doprowadzenie” bezrobotnych do pracodawców, ale brak miejsc pracy, które zamierza tworzyć, w liczbie 1,7 mln. Skąd jednak wziąć 10 mld euro na sfinansowanie tego programu bez zwiększania zadłużenia państwa, na to odpowiedzi nie ma. Zamysł Stoibera zdradza natomiast, że także on jest etatystą, nieufnym wobec wolnego rynku. I również on nie ma odwagi powiedzieć wyborcom, że wydobycie Niemiec z zapaści to także cięcia w wydatkach socjalnych.
W porównaniu z czterokrotnie już żonatym Schröderem, premier Bawarii może wydawać się niektórym postacią „nienowoczesną”. Kto jednak sądzi – tak Stoiber odpowiada na podobne zaczepki – że pozwoli on opluwać swój styl życia jako „zatęchłe lata 70.” tylko dlatego, że od 34 lat jest żonaty z tą samą kobietą i tylko z nią ma dzieci (troje), ten wchodzi na niebezpieczny grunt. 
Ale też tym większe było zaskoczenie, gdy pełnomocnikiem ds. rodziny w swym sztabie wyborczym katolik Stoiber mianował Katherinę Reiche, 28-letnią posłankę do Bundestagu z b. NRD. Reiche nie tylko popiera kontrowersyjny import embrionalnych komórek macierzystych do celów badawczych: matka dwojga dzieci, żyje ze swym partnerem bez ślubu. Nominacja, która miała zademonstrować liberalizm Stoibera, wywołała sprzeciw „prawego skrzydła” chadecji oraz Kościoła katolickiego i (w mniejszym stopniu) ewangelickiego. Kto czyni panią Reiche odpowiedzialną za rodzinę, ten uprawia „szwindel” – oburzał się kard. Joachim Meisner – i powinien skreślić „C” z nazwy partii, która podobno jest chrześcijańska. Z czasem spór załagodzono, Reiche została na stanowisku. 

Byle nie przed wyborami
Niektórzy nazywają już Stoibera – odwołując się do powieści Roberta Musila – „człowiekiem bez właściwości”. Prawdopodobnie w ten sposób staje się on faktycznie najbliższy wizerunkowi przeciętnego Niemca. W każdym razie w tabeli „typowych Niemców”, zestawionej przez renomowany instytut badania opinii z Allensbach, Stoiber zajął drugie miejsce, zaraz za byłym kanclerzem Kohlem.
Kryzys niemieckiego społeczeństwa jest oczywisty: zaległe reformy, niewydolna oświata, stająca na głowie „drabina” demograficzna, puste kasy państwa socjalnego... Od dawna kraj ten, kiedyś opływający w dobrobyt, żyje ponad stan. Ale Niemcy nie chcą przyjąć tego do wiadomości, nie chcą zmian, zwłaszcza jeśli mieliby stracić materialnie. Kampania wyborcza dostosowuje się do tych oczekiwań. I choć eksperci ubolewają nad brakiem wizji, elektorat wydaje się zadowolony, że chadekom i socjaldemokratom wystarcza repertuar w rodzaju „Tylko tak dalej” lub „Brońmy naszego modelu”, a główni rywale są do siebie coraz bardziej podobni. Tymczasem „niemiecki model” gospodarczy, zakładający też unikanie ostrych sporów politycznych w imię społecznego konsensu, wyczerpał swe możliwości. 
Być może inteligentny przecież Edmund Stoiber dostrzegł to już dawno. Ale nawet on nie potrafi głośno tego powiedzieć. W każdym razie nie przed wyborami. 

Przełożył Wojciech Pięciak 

Joachim Trenkner (ur. 1935) – były reporter tygodnika „Newsweek” i korespondent berlińskiej telewizji publicznej SFB w Europie Wschodniej, w latach 90. zastępca jej redaktora naczelnego. Stale współpracuje z „TP”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 36 (2774), 8 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl