Ruch „księży-patriotów” to najsmutniejsza karta
w dziejach polskiego Kościoła po 1945 roku


„W sumieniu moim byłem spokojny”

Tomasz Potkaj



Szukałem ich. Byłem ciekaw, co myślą po latach o swoich dawnych wyborach, między rokiem 1945 a 1989. Nie wiedziałem, czy zechcą o tym rozmawiać. „Dla Kościoła to sprawa wstydliwa. Żaden z nich nic panu nie powie” – usłyszałem w jednej z kurii biskupich. Trudno mówić o sprawach tak wstydliwych i bolesnych. Dla wielu z nich, „księży-patriotów”, istotnie było to przeżycie wstydliwe, z którego niekiedy chcieli wyjść. Etykieta „patriota” dawała im często lepszy status materialny, ale faktycznie wykluczała ze wspólnoty kapłańskiej: takiego księdza otaczała atmosfera pogardy, co z kolei budziło odruch agresji. Czasem wyrwanie się z uwikłania było możliwe, czasem nie.


1 września 1949 roku w auli Politechniki Warszawskiej gołąb pokoju znad prezydialnego stołu spoglądał ku górze, w kierunku orła białego, unoszącego się dumnie pod stropem. W tle dużych rozmiarów portret Bolesława Bieruta. Półtora tysiąca delegatów, przybyłych na kongres zjednoczeniowy nowo powstałej organizacji kombatanckiej ZBOWiD (Związek Bojowników o Wolność i Demokrację) oklaskiwało gości, zajmujących miejsca za prezydialnym stole: towarzysz Jóźwiak (były szef sztabu Armii Ludowej), Cyrankiewicz (premier), delegat z bratnich Niemiec (Wilhelm Pieck) i delegat radziecki Chołodkow. 
Wśród przybyłych było także 45 księży katolickich. Razem z innymi wznosili okrzyki „Stalin, Stalin!!!”. Potem: „Bierut, Bierut!!!”. Razem z innymi bili brawo, gdy kolejni mówcy piętnowali „imperialistyczną politykę” Stanów Zjednoczonych i „antypolską politykę” Watykanu. „Żadna siła nie postawi większości polskich księży poza nawiasem nurtu dominującego w społeczeństwie polskim” – zapewniał z trybuny ksiądz Zygmunt Pasternak. Również w prezydium ZBOWiD-u znalazł się duchowny: ks. Emanuel Grim z Istebnej. Na zakończenie kongresu wysłano depeszę do generalissimusa Stalina i prezydenta Bieruta.
Ten ostatni delegację księży przyjął kilka godzin później, w Belwederze. W długim przemówieniu omówił stosunki państwo-Kościół, zaznaczając, że na przeszkodzie ich normalizacji stoi hierarchia kościelna, nieprzychylnie odnosząca się do młodego ludowego państwa. „Polsce powinniśmy służyć tak, jak nas na to stać: z całego serca i wszystkich sił. To jest obowiązek wszystkich ludzi, którzy doznali wielu krzywd w ostatniej wojnie i którzy dziś wspólnie budują nową Polskę. Sądzę, że jest to zadanie, które nie kłóci się ani z wiarą, ani z obowiązkami duchowieństwa” – kończył prezydent. W chwilę potem ksiądz Henryk Zalewski zaproponował stworzenie przy ZBOWiD sekcji księży. Zapewniał, że duchowni są przychylni ludowej ojczyźnie. I że nade wszystko miłują pokój. 
Obecny na spotkaniu proboszcz parafii Matki Bożej Dobrej Rady w Krakowie-Prokocimiu, ks. Bonifacy Woźny, mówił później, że prezydent ujęty potrzebami rozbudowy kościoła przekazał osobiście na ten cel kwotę 100 tys. złotych.
Ruch „księży postępowych” (jak określali się oni sami) lub inaczej „księży-patriotów” (jak z nutką ironii nazywali ich inni) jest jedną z najsmutniejszych kart w powojennej historii polskiego Kościoła. 

Zwerbowani, złamani...
Andrzej Micewski, w owych latach działacz stowarzyszenia PAX – pragnącego godzić socjalizm z katolicyzmem – w swojej wydanej w latach 70. książce „Współrządzić czy nie kłamać” opisywał metodę werbunku „na kopa”: „Przekonywano, trochę straszono. Jeśli nie pomagało, następował kop, najczęściej szantaż na tle obyczajowym, finansowym, seksualnym. Grupa księży złamanych na kopa nie była liczna. Ale była wystarczająca, by w każdym województwie stworzyć kilkuosobowy aktyw”. 
Drastyczne środki nie zawsze były potrzebne. Czasem wystarczyło trochę postraszyć – w końcu większość ludzi, w tym także księży, nie rodzi się bohaterami.
Historyk PRL-u Antoni Dudek mówi: „Nie wszyscy księża z grupy »patriotów« byli tajnymi współpracownikami Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, choć zapewne V departament zajmujący się Kościołem dysponował na ich temat jakąś wiedzą [po reformie służb bezpieczeństwa w II poł. lat 50. Kościołem zajmował się Departament IV – red.]. Tylko część księży, którzy przeszli np. przez niemieckie obozy, znalazło się w ZBOWiD, bo byli przecież i tacy dawni więźniowie, którzy trzymali się od tej organizacji z daleka. Można więc przyjąć, choć to tylko hipoteza, że ci księża byli w jakiś sposób przez obozy złamani”.
Sam akt zapisania się księdza do ZBOWID-u był poniekąd aktem pewnej determinacji. Od lata 1949 roku za przynależność do organizacji związanych z komunistami groziła bowiem duchownemu suspensa. 

„Księża z ludem”
Raporty wojewódzkich urzędów spraw wewnętrznych i sprawozdania ZBOWiD-u informują o zjazdach, konferencjach, wyjazdach w teren aktywistów, a nawet o integracyjnej wycieczce do Oświęcimia. Mówiono o walce o pokój, poprawie stosunków pomiędzy państwem i Kościołem, opiece materialnej dla członków. 
W ciągu kilku miesięcy struktury regionalne tzw. komisji – jak nazywano centralny organ „księży-patriotów” – były gotowe. I choć nie były zbyt liczne (np. dwa lata później, kiedy ruch księży patriotów był w szczytowej fazie, koło warszawskie liczyło zaledwie 34 członków) starczyło to, aby pod koniec lutego 1950 r. do Warszawy zjechali delegaci 32 okręgów na pierwsze plenarne zebranie. 
W przyjętej deklaracji ideowej znalazło się stwierdzenie: „Jeśli chodzi o wiarę – jesteśmy całkowicie zgodni z episkopatem, jeśli jednak chodzi o poglądy społeczne i polityczne – jesteśmy z ludem polskim”. 
Pierwszym przewodniczącym komisji został sędziwy, 80-letni ks. kanonik Edmund Konarski, dziekan dekanatu witkowskiego w archidiecezji gnieźnieńskiej. Wiceprzewodniczącymi – księża Bonifacy Woźny, Józef Bartel i ks. płk. Wacław Pyszkowski. We władzach znaleźli się też księża: Roman Szemraj, Stanisław Skurski, Antoni Lemparty (były kapelan armii Berlinga, proboszcz ze Środy Śląskiej) i Stanisław Owczarek. Ten ostatni, przed wojną działacz Akcji Katolickiej, w czasie wojny więzień Dachau, w spisanych pod koniec życia (zmarł w 1981 r.) wspomnieniach pisał: „Angażując się w obronę pokoju, ramię w ramię z polskimi komunistami i socjalistami (...) w swoim sumieniu byłem spokojny, że nie robię niczego przeciwko Kościołowi (...), że służę obiektywnie słusznej sprawie”. 
Biskupi byli jednak innego zdania. Ks. Konarski niemal natychmiast po wyborze został odwołany z funkcji dziekana, a kolejni uczestnicy ruchu „patriotów” otrzymali wezwania na rozmowę do swoich zwierzchników. Latem 1950 r. w pałacu arcybiskupim w Krakowie księża „postępowi” Boczek, Stopka, Izowski, Bonorowski, Pawlaczyk, Zork i Wyrobisz otrzymali od kardynała Sapiehy kategoryczny zakaz uczestniczenia w ruchu. Większość usłuchała. Najbardziej oporny ks. Boczek został zawieszony w czynnościach kapłańskich i skierowany na przymusowe rekolekcje do klasztoru. Jesienią tego roku wszyscy księża otrzymali dekret watykański o ekskomunice duchownych za sprzeniewierzenie się Kościołowi i zarządzenie prymasa, zabraniające – pod karą jej zastosowania – brania udziału w organizacjach i zebraniach politycznych bez zezwolenia biskupa. 

„Kupon na sutannę”
Mimo tych zakazów i przestróg liczba „księży postępowych” jednak rosła. 
W 1952 r. komisja księży przy ZBOWiD liczyła już 485 członków, ale byli oni w stanie zmobilizować do udziału w zjazdach ponad tysiąc duchownych z całej Polski. Dodając do tego ok. 300 księży związanych z powołaną przez PAX jesienią 1950 r. „Komisją Intelektualistów i Działaczy Katolickich przy Ogólnopolskim Komitecie Obrońców Pokoju” (jej przewodniczącym był ks. profesor Jan Czuj, dziekan istniejącego jeszcze wydziału teologicznego UW) można przyjąć, że ruch „księży-patriotów” obejmował 10 proc. wszystkich kapłanów. 
Byli wśród nich karierowicze. Byli złamani, szantażowani, zniszczeni przez nałogi. Byli i tacy, którzy „patriotami” zostali z pobudek ideologicznych. Jednak zdecydowana większość została skuszona motywami materialnymi: obietnicą otrzymania materiałów budowlanych, perspektywą samochodu, zapewnieniem opieki lekarskiej czy możliwością pobytu w sanatorium (komisja księży dysponowała trzema domami wypoczynkowymi). W liście episkopatu do Bieruta z 12 września 1950 r. znajduje się taka charakterystyka „postępowych” duchownych: „Wszyscy przywódcy sekcji księży przy ZBOWiD byli – w tym, czy innym czasie – w konflikcie ze swoimi moralnymi i kanonicznymi obowiązkami, a wielu z nich obłożonych jest karami kościelnymi (...). Pod żadnym pozorem osoby te nie mogą służyć za wzór dla księży, jak mają wypełniać obowiązki wobec odrodzonej Polski”. 
Również druga strona nie miała złudzeń co do moralnej postawy tej grupy. Józef Światło, słynny wicedyrektor X departamentu MBP – który pod koniec 1953 r. zbiegł na Zachód – sporządził portrety dwóch „postępowych” kapłanów: „Ks. kapelan płk Henryk Weryński był od wielu lat na służbie bezpieki i otrzymywał bezpośrednio instrukcje od majora Kozłowskiego, ówczesnego naczelnika wydziału V WUBP w Krakowie. Przychodził do mnie jako zastępcy szefa wojewódzkiego urzędu bezpieczeństwa, osobiście wręczałem mu kupon na sutannę. Został mianowany kapelanem wojskowym i przeniesiony do Krakowa po to tylko, aby mógł łatwiej zdobywać informacje w otoczeniu kardynała Sapiehy. Najwięcej wiadomości zawierały jego raporty ze spowiedzi. Drugim agentem bezpieki, o wiele cenniejszym, był ks. Bonifacy Woźny, wikariusz generalny archidiecezji krakowskiej. Z polecenia mjr. Kozłowskiego odwiedzał różnych księży w terenie i skłaniał ich do współpracy. Doniesienia jego były tak cenne, że na spotkania z Woźnym przyjeżdżała z Warszawy płk Julia Brystygierowa, dyrektor departamentu V w MBP. Ksiądz Woźny miał wypłacane sute wynagrodzenie pieniężne, był zaopatrywany w paczki żywnościowe i ubrania”. 

Przejęcie „Caritasu” 
23 stycznia 1950 r. decyzją administracyjną władze zmieniły zarząd „Caritasu” – największej charytatywnej organizacji Kościoła, zatrudniającej wówczas 25 tys. osób. 
Oficjalnym powodem były nieprawidłowości w prowadzeniu ksiąg, wykryte przez NIK. Choć prowadzona przez wiele tygodni wcześniej akcja propagandowa oskarżająca „Caritas” o nie wywiązywanie się z zobowiązań wobec biednych i „finansowanie bandytów, szpiegów, dywersantów i współpracowników gestapo” nie pozostawiała wątpliwości co do motywów całej operacji. 
Na zjazd krajowy „Caritasu”, który miał być zwieńczeniem całej akcji, przybyło 1517 osób, w tym 1213 księży i zakonników oraz 75 zakonnic (wcześniej podobne zjazdy odbyły się we wszystkich województwach). Za prezydialnym stołem w auli Politechniki Warszawskiej zasiedli minister administracji publicznej Władysław Wolski i wicepremier Józef Cyrankiewicz. „Nie widziałem jeszcze księży przemawiających w taki sposób przeciw swoim biskupom. Atmosfera była tak straszna, że po godzinie wyszedłem” – wspomina Micewski. Co nie przeszkodziło mu, że na tym zjeździe z ramienia PAX-u został wybrany sekretarzem nowego, państwowego zarządu „Caritasu”. Przewodniczącym został „ksiądz-patriota” Antoni Lemparty, we władzach znaleźli się m.in. Jan Frankowski i Paweł Jasienica (obaj z PAX-u). 
Micewski wspomina dziś: „Piasecki [Bolesław, założyciel PAX-u – red.] wysłał mnie i Jasienicę do »Caritasu«, żeby PAX miał wpływ na to, co się tam dzieje. To, co zobaczyłem, było jednak obrzydliwe. Okazało się bowiem, że »księża patrioci«, którzy weszli w struktury tej organizacji, zaczęli sprzedawać dary, które wcześniej były rozdawane za darmo, a pieniądze brali po prostu dla siebie. Po paru tygodniach poprosiłem Piaseckiego, żeby mnie stamtąd zabrał, bo to jest brudna robota. Jasienica też się wycofał”. 
Historyk Antoni Dudek: „Sprawa »Caritasu« była zbyt oczywista, by można przyjąć, że ludzie, którzy po jego przejęciu znaleźli się w jego strukturach, nie wiedzieli, co tu jest grane. Oczywiście w tak wielkiej instytucji nie można wykluczyć jakichś nadużyć, ale, o ile wiem, nie było potem żadnych procesów sądowych w tej sprawie”.

„Wszystko przez Episkopat”
Działalność ruchu „księży-patriotów” składała się z nieskończonej liczby zjazdów, spotkań i narad. Protokół zebrania Okręgowej Komisji Księży w Szczecinie z 24 kwietnia 1952 r. wymienia poruszane tematy: „1) Broń bakteriologiczna użyta przez agresorów amerykańskich w Korei. 2) Akcja siewna – wypowiedź księży z ambony na swoich parafiach. 3) Sprawy organizacyjne dotyczące werbowania nowych członków”. 
Księża często jeździli w teren. Ksiądz Weryński, także aktywista „Ruchu Obrońców Pokoju”, odwiedził ze swoim odczytem „Głos katolika w sprawie wojny i pokoju” 16 miast, docierając do 10 tys. słuchaczy. 
Praca „w terenie” nie należała do łatwych. Jan Turnau – który wówczas jako młody działacz PAX-u zbierał podpisy księży pod tzw. apelem sztokholmskim o pokój, jedną z licznych wtedy „akcji pokojowych” – wspomina dziś, że spotykał pozamykane drzwi plebanii. Wspomina też długą rozmowę z księdzem, który tłumaczył mu, dlaczego nie może podpisać apelu. 
Na warszawskim zjeździe delegatów komisji w marcu 1953 r. głównym tematem był zmarły właśnie Stalin. Po kilku wystąpieniach chwalących zmarłego wodza światowego proletariatu, zebrani księża uczcili go minutą ciszy. Uczestnicy innego spotkania pamiętali, by uczcić kolejne urodziny Bieruta stosownym telegramem. 
Niektórzy byli bardziej, inni mniej aktywni. Ksiądz Owczarek opisuje w swoich memuarach, jak kazał bić w dzwony po śmierci Bieruta (1956 r.) i udekorował żałobnie front kościoła na Lesznie w Warszawie „na okoliczność” śmierci generała LWP i przewodniczącego Rady Państwa Aleksandra Zawadzkiego (a więc już w 1964 r.!). Za to ostatnie został odwołany z funkcji proboszcza i nie chcąc przyjąć ubogiej parafii, przeszedł na emeryturę. Z rozbrajającą szczerością wyznał też, że przez wiele lat był członkiem Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. 
Wspólnie celebrowano święta i uroczystości religijne. W sierpniu 1951 r. 600 „księży-patriotów” zjechało na zorganizowaną pielgrzymkę do Kalwarii Zebrzydowskiej, przywożąc wota Matce Bożej Kalwaryjskiej i tekst ślubowania, napisany w formie modlitwy. „Wygłoszone kazania podobały się – stwierdzał raport krakowskiej ubecji – gdyż poruszały aktualne zagadnienia chwili takie jak walka o pokój, potrzeba wytężonej pracy nad odbudową ojczyzny, potępienie podżegaczy wojennych”. 
Przeglądając pożółkłe numery wydawanych przez komisje księży pism – „Głosu Kapłana” (luty – październik 1950), „Ksiądz Obywatel” (grudzień 1950 – czerwiec 1953) i „Kuźnicy Kapłańskiej” (czerwiec 1953 – jesień 1955) można odnieść wrażenie, że „Polska Ludowa” zapewniała katolikom warunki do wszechstronnego rozwoju, a Kościół cieszył się całkowitą swobodą, niestety, na przeszkodzie całościowego ułożenia stosunków między państwem a Kościołem stała część Episkopatu, „która chciałaby, aby w Polsce zapanował feudalizm, tak jak przed wojną”. Autorzy ubolewali też, że kapitalizm znajduje aprobatę Watykanu, a działalność kurii rzymskiej jest powiązana z imperializmem amerykańskim, choć to ZSRR pod kierownictwem Stalina „dąży do pokojowego załatwienia wszystkich spornych problemów międzynarodowych”. 
„Postępowi” księża skarżą się na swoich łamach, że biskupi prześladują ich tylko dlatego, że chcą jak najlepiej pracować dla ludowej ojczyzny. I wiele miejsca poświęcają sylwetkom „postępowych” – ich zdaniem – księży z przeszłości, jak Stanisław Staszic czy Piotr Ściegienny.
Mimo że teksty zamieszczane w pismach wydawanych przez komisje księży były podpisane inicjałami lub pseudonimami, a w stopce znajdował się wyłącznie adres redakcji, wszyscy księża pracujący w redakcji otrzymali od Prymasa upomnienia kanoniczne – po wcześniejszej, bezskutecznej próbie nakłonienia ich do odcięcia się od tych pism. 

Adres do Rokossowskiego
27 stycznia 1953 r., po trwającym tydzień procesie, krakowski sąd wojskowy wydał wyroki w sprawie „ks. Lelity i innych agentów wywiadu amerykańskiego”. Siódemka oskarżonych związana była z kurią krakowską, zapadły kary wieloletniego więzienia i trzy wyroki śmierci. 
W procesie w roli obserwatorów uczestniczyło około 40 księży, członków koła przy ZBOWiD, dowożonych do gmachu sądu autobusem. W styczniowym numerze organu komisji „Ksiądz Obywatel” (nazwę pisma zmieniono po tym, gdy Prymas nałożył sankcje kanoniczne na piszących i czytających „Głos Kapłana”; manewr ten zastosowano raz jeszcze trzy lata później) ukazał się komentarz: „Rumieniec wstydu pokrywa oblicze każdego uczciwego kapłana-Polaka, na wspomnienie czynów, których dopuścili się księża z kurii krakowskiej (...). O zdradzieckiej robocie księży krakowskich wiedzą ich biskupi. Wiedzą i milczą. Biorą ich pod swe ochronne skrzydła do pracy w kurii”. I dalej: „Zarząd Kościoła w Polsce winien znaleźć się w rękach kapłanów, związanych z polskim narodem nie tylko miejscem urodzenia i językiem macierzystym, ale w rękach takich kapłanów, którzy służąc Kościołowi jednocześnie całą duszą (...) będą służyć ojczyźnie”. 
Za słowami poszły czyny: 30 stycznia 1953 r. prezydium Głównej Komisji Księży podjęło uchwałę, domagając się usunięcia z kurii biskupich księży „znanych z antypaństwowej postawy i działalności”. Okręgowe komisje zaczęły słać podobne pisma do swoich biskupów. 
Pierwszym krokiem do awansów przychylnych reżimowi duchownych było usunięcie (w styczniu 1951) przez władze pięciu administratorów apostolskich z diecezji na ziemiach zachodnich (Wrocław, Opole, Gorzów, Gdańsk i Olsztyn). W ich miejsce kapituły wybrały wskazanych przez władze wikariuszy kapitulnych (prymas Wyszyński uznał wszystkie nominacje, nie chcąc doprowadzić do schizmy). 
We Wrocławiu stanowisko to objął ks. Kazimierz Lagosz, proboszcz i dziekan parafii św Bonifacego. Lagosza złamało więzienie: na przełomie 1949/50 r. spędził w nim kilka miesięcy, oskarżony o nierozliczenie kwot z majątków poniemieckich przed urzędem likwidacyjnym. Ksiądz Lagosz prowadził politykę kadrową narzuconą przez władze, próbował wprowadzić do kapituły ZBOWiD-owskich aktywistów, usunął z seminarium niemile widzianych przez władze profesorów. 
Jego gorliwość zapamiętał Jan Turnau, wtedy redaktor „Wrocławskiego Tygodnika Katolickiego” (którego naczelnym był wówczas Tadeusz Mazowiecki): „Lagosz, choć był tylko zwykłym księdzem, wymagał honorów, jakby był arcybiskupem. Pamiętam, jak napisał kiedyś hołdowniczy list do marszałka Rokossowskiego [Rosjanin, pod koniec lat 40. i na pocz. 50. dowodzący Ludowym Wojskiem Polskim – red.], który naturalnie, jako formalnie pismo wydawane przez kurię, musieliśmy wydrukować. I ten numer z listem miał chyba rekordową liczbę zwrotów, ludzie po prostu nie chcieli tego czytać”.
Model czechosłowacki
Jesienią 1952 r. do opuszczenia diecezji zmuszono katowickiego biskupa Stanisława Adamskiego oraz dwóch jego biskupów pomocniczych, wprowadzając jako wikariusza kapitulnego czołowego działacza ruchu „księży-patriotów”, ks. Filipa Bednarza, brata jednego z usuniętych sufraganów (po jego nagłej śmierci – zginął w wypadku samochodowym – jego funkcję objął ks. Stanisław Piskorz). Biskup Franciszek Jop, który po aresztowaniu abpa Eugeniusza Baziaka kierował archidiecezją krakowską, otrzymał do pomocy (jako wikariuszy generalnych) narzuconych przez władze dwóch aktywistów ruchu, księży Bonifacego Woźnego (ze ZBOWiD-u) i związanego z PAX-em Stanisława Hueta, profesora na wydziale teologii katolickiej UW (potem w Akademii Teologii Katolickiej). 
Mimo tych spektakularnych nominacji w notatce sporządzonej jesienią 1953 r. dla szefa PAX-u Bolesława Piaseckiego, Micewski zauważał, że „w chwili obecnej wikariusze generalni nie mają żadnych poważnych kompetencji i nie tylko nie wspierają autorytetu ruchu, ale ośmieszają go swoją całkowitą bezczynnością”. Gdzie indziej było jeszcze gorzej. „W diecezji tarnowskiej – informował Micewski – panują najbardziej reakcyjne stosunki ze wszystkich diecezji w całej Polsce. Nieliczni księża aktywiści Frontu Narodowego są szykanowani przez kurię i pozostałe duchowieństwo”. 
„Dlaczego ruch »księży postępowych« był najliczniejszy na Dolnym Śląsku i ziemiach zachodnich? – zastanawia się Dudek. – Z tych samych powodów, dlaczego władza ludowa miała tam zawsze największe poparcie. Powodem jest brak zakorzenienia, poczucie tymczasowości, umiejętnie podsycane przez władze z wykorzystaniem argumentu o zagrożeniu niemieckim. Diecezje były duże, mniejsze oparcie w administratorze apostolskim, który nie był nawet biskupem. Ksiądz w Tarnowskiem czy Rzeszowskiem mógł sobie pozwolić na sprzeciw wobec władzy, bo wiedział, że może liczyć na parafian. Na »ziemiach odzyskanych« tego nie było”. 
Formalne podstawy do umieszczania proreżimowych księży w strukturach kurii biskupich przyniósł dekret Rady Państwa PRL „O obsadzaniu duchownych stanowisk kościelnych” z 9 lutego 1953 r. To ten dokument spowodował słynne non possumus prymasa Wyszyńskiego. 
Już po uwięzieniu Prymasa, w grudniu 1953 r., wicepremier Józef Cyrankiewicz w czasie odprawy wojewódzkich kierowników ds. wyznań instruował, by „księży pozytywnych wysuwać na kluczowe stanowiska kościelne, unikając przy tym szkodliwej dla nas kompromitacji”. 
Antoni Dudek: „W dzienniku czynności urzędowych ministra ds. wyznań Antoniego Bidy z 1954 r. jest wiele zapisów typu: zdjąć z kurii X księdza takiego, a umieścić na jego miejscu innego. To było dokładne zastosowanie modelu czechosłowackiego, w którym »księża-patrioci« obejmowali diecezje”.
Likwidacja i odrodzenie
W 1955 r. agresywne działania prorządowych duchownych zaczęły słabnąć. 12 lipca na posiedzeniu prezydium GKK przy ZBOWiD podjęto uchwałę o jej rozwiązaniu i włączeniu w całości do stworzonej – dzięki zabiegom Piaseckiego i związanej z PAX-em – Komisji Duchownych i Świeckich Działaczy Katolickich przy Ogólnopolskim Froncie Jedności Narodu. Jedna z komisji wojewódzkich domagała się nawet zlikwidowania urzędu ds. wyznań. 
W drugiej połowie 1956 r. księża masowo zaczęli wycofywać się z pracy w tej organizacji. „Księża z PAX-u czuli się lepsi od tych ze ZBOWiD, ci zaś mieli żal, że zostali zdradzeni – mówi Dudek. – Wprawdzie aktyw nie miał źle także u Piaseckiego, ale ruch księży nie był władzy już tak bardzo potrzebny. Owszem, warto było mieć zaplecze kadrowe, ale sprawy z Kościołem władze mogły załatwiać już bez pośredników”.
Przez ruch „księży-patriotów” przeszło ok. 1500 księży. Ale naprawdę liczyło się kilkuset opłacanych aktywistów. „Tych – uważa Dudek – którzy siedzieli w prezydiach, pisali donosy o tym, co się dzieje w kuriach. Władze nigdy nie były pewne lojalności sympatyków ruchu. Owszem, można było ich zwieźć na zjazd. Ale zawsze istniało niebezpieczeństwo, że mogą się zbuntować. Znane są też przypadki księży, którzy wiązali się z ruchem za wiedzą czy wręcz z polecenia swoich biskupów, chcących mieć rozeznanie, co się tam dzieje. Pytanie, na które nie znam odpowiedzi, brzmi: czy wszyscy księża, których pozyskał Urząd Bezpieczeństwa, byli zaangażowani w ruch księży patriotów. Moim zdaniem nie”. 
„Księża dotąd z nami współpracujący (...) znaleźli się w bardzo ciężkiej sytuacji – informował na krajowej odprawie ubecji sekretarz KC PZPR Jerzy Albrecht w połowie 1958 r. – Możemy im pomóc jedynie materialnie. Utrata dużej grupy z tych osób jest dla nas wielką stratą”. 
Skalę procesu narzucania na stanowiska kościelne kandydatów uległych władzom widać po skali zmian, jakie w administracji kościelnej nastąpiły po uwolnieniu Prymasa Wyszyńskiego: w ciągu dwóch lat w Kościele wymieniono 130 proboszczów i 16 dziekanów. Ilu z nich było skompromitowanych współpracą z reżimową komisją? Część skierowano na niższe stanowiska (ubogie parafie), część po odbyciu pokuty (rekolekcje w klasztorze) wycofała się z działalności publicznej. Niektórzy zmienili nazwiska. Część zaś – nie zamierzając ugiąć się przed swymi biskupami – znalazła oparcie w państwowym „Caritasie”. 
Po trzech latach milczenia władze postanowiły znów sięgnąć po „patriotów”. Latem 1959 r. powołano Centralne Koło Księży Caritas, którego działacze przystąpili do tworzenia kół wojewódzkich. Jesienią było ich już 15. Pojawiają się tu znani z przeszłości księża Huet, Owczarek, Szemraj, Lagosz, Lemparty. Ten ostatni, przewodniczący koła, był w jawnym konflikcie z prymasem Wyszyńskim (obaj znali się z seminarium), który polecił mu wyraźnie, by opuścił Warszawę. Na konferencji krajowej w grudniu 1959 r. ksiądz Owczarek w wygłoszonym referacie ideologicznym mówił jak dawniej: „Z wielu stron słyszy się zarzuty, że Kościół w Polsce jest ograniczany w prawach i pozbawiony szeregu możliwości działania. Przeczy temu szereg faktów”.
„Oni [tzn. komuniści – red.] nie są tacy źli” – powiedział ksiądz Owczarek Prymasowi w kwietniu 1962 roku, kiedy ten wezwał go, aby wytłumaczył się z udziału w kolejnym zjeździe księży z koła Caritasu. Ksiądz Owczarek bywał wielokrotnie wzywany na takie rozmowy, i, jak wspominał, nigdy nie podejmował polemiki z prymasem. Treść rozmowy w formie notatki jak zwykle przekazał do Urzędu ds. Wyznań. 
Liczba członków komisji księży „Caritas” na początku lat 60. wynosiła 485 – dokładnie tyle, ile kilka lat temu liczyło koło przy ZBOWiD.

„Sprawa zamknięta”
Ks. Henryk Weryński, związany z ruchem „księży postępowych” przez wiele lat, przysyłał na ręce asystenta kościelnego „Tygodnika Powszechnego”, nieżyjącego już ks. Andrzeja Bardeckiego, informacje o swojej działalności oraz o wydarzeniach w Kościele (do wykorzystania na łamach pisma), które pisał ręcznie starannym, kaligraficznym pismem. 
Jan Turnau, kiedyś redaktor miesięcznika „Więź”, ma wspomnienie związane z księdzem Weryńskim: „Poznałem go na przełomie lat 60. i 70., kiedy przynosił do »Więzi« swoje artykuły dotyczące wyłącznie tematyki religijnej – wspomina Turnau. – Nigdy nie podejmował tematów politycznych. Był już starszym panem. Kiedyś, niedługo przed śmiercią, przysłał mi artykuł na swój temat, napisany przez siebie, gloryfikujący swoją działalność, tak, jakby zależało mu na dobrym imieniu, na rehabilitacji”.
„Postępowi” księża przetrwali w strukturach państwowego „Caritasu” niemal do końca PRL. Przez cały czas współpracowali też z PAX-em. „Caritas” zwrócono Kościołowi w 1989 r. W roku 1990 ówczesny szef MSW Krzysztof Kozłowski przekazał władzom kościelnym dokumenty dotyczące państwowego „Caritas” sprzed 1989 r., w tym także te dotyczące działających w nim duchownych. 
„Dokumenty te trafiły do sekretariatu Episkopatu i nie wiem, czy są dostępne dla historyków – mówi biskup Tadeusz Pieronek. – Księża-działacze tego ruchu ponieśli konsekwencje swoich wyborów i nie wiem, czy w ogóle warto wracać do tej sprawy. Kościół nie może przecież co pięć minut przepraszać za wszystko, zresztą to jest sprawa wewnętrzna Kościoła, przyznaję, że wstydliwa. W zasadzie trzeba przyjąć, że sprawa jest zamknięta”.
Szukałem ich. Ci młodsi uczestnicy zjazdów i spotkań, wyświęceni tuż po wojnie, jeśli żyją, są po osiemdziesiątce. Byłem ciekaw, co myślą dziś, po latach, o swoim zaangażowaniu i powołaniu kapłańskim. Chciałem zapytać, czy, jak ksiądz Owczarek, „w swoim sumieniu byli spokojni”. 
Jeden z dyrektorów domu dla księży-emerytów powiedział mi, że o niektórych jego mieszkańcach mówi się, że byli związani z ruchem „księży-patriotów”, ale oficjalnie żaden z nich nie chce tego potwierdzić. 
Podobne słowa usłyszałem w jednej z kurii biskupich: „To sprawa wstydliwa dla Kościoła. Wielu z tych księży groziła suspensa, wstydzą się tego, co kiedyś robili. Żaden z nich nie będzie o tym z panem rozmawiał”.

Pisząc tekst, korzystałem z prac: Antoni Dudek „Państwo i Kościół w Polsce 1945-70” (1995); tenże: „Księża w służbie PRL-u”, „Karta”, nr 25/1998; Henryk Dominiczak „Organy bezpieczeństwa PRL w walce z Kościołem katolickim 1944-90” (2000); Bożena Bankowicz „W imię Boga i ludowej ojczyzny. Z dziejów Komisji Księży przy ZBOWiD, 1949-55” („Zderzenia”, nr 5/1990); Andrzej Grajewski „Kompleks Judasza: Kościół zraniony” (1999); Andrzej Micewski „Współrządzić czy nie kłamać. Pax i Znak w Polsce 1945-76” (Paryż 1978) oraz ze wspomnień ks. Stanisława Owczarka „Być zaangażowanym, być księdzem” (1982).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 36 (2774), 8 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl