A mój syn


Początek szkoły

JACEK PODSIADŁO



A mój syn idzie do szkoły. Widzę, jak oddala się z tornistrem na plecach. Już ma tam swoje książki, swoje długopisy, swoje sprawy. Już tam na niego czekają sieci współrzędnych, kwadraty przeciwprostokątnych, osmozy, elektrony, liczby właściwe, zdania podrzędne złożone, cały ten przybornik Pandory. „I dzieci swoje wydajemy na żer mocom, z których szczęk uścisku sami ledwie się ongiś wyrwaliśmy”*.
Tornister. Zrozumiałe, że od Niemców przyszło do nas to słowo. Coś jak kanister, ale z uprzężą. Po raz pierwszy przypina się do własnego dziecka coś, co mu nie ułatwi, ale utrudni życie. Co jest ciężarem. Krzywi kręgosłup. Wolałbym, żeby to jacyś weseli Murzyni wymyślili tornister, na pewno nosiłoby się go inaczej. Ciekawe jak. Może u nogi, jak kulę. Na sznureczku, jak balonik-
-nielot. Worek na kapcie został pomyślany o wiele lepiej, można go przynajmniej kopać przed sobą.
Zatem idzie. Wszystko ma nowe, wszystko przed nim, zadowolony jest i ufny, spodziewa się przygód. Będą i przygody. Niektóre nawet dobre. Coraz mniej i mniej będę o nich wiedział, a jestem ojczurem zazdrosnym i nadopiekuńczym. Owszem, wróci ze szkoły, ale wróci inny. Już bardziej swój, niż „mój”. Niczego się nie dowiem z wywiadówek.
Tup tup tup po schodkach i, jak to się mówi, przekracza szkolny próg. Teraz będzie zdany na własne siły. Taka jest kolej rzeczy i trzeba te progi przekraczać, żeby człowiekowi rosły pazury, grubiała skóra i głowa uczyła się kombinować. Ciekawe, czym będzie sobie zajmował wyobraźnię na nudnych lekcjach. Próbuję sobie przypomnieć, jak to jest mieć siedem, dziesięć, trzynaście lat. Ciekawe, czy też trafi na szurniętego pana od matmy i na zimnego sadystę w roli pana od P. O. I czy też będzie miał szczęście do pań od rosyjskiego. Lecz nie wiem nawet, czy w ogóle będzie się kiedyś uczył ruskiego i przysposabiał obronnie. Podobno dużo się zmieniło w szkołach. Ale czy aż tak, żeby gramatyka albo działania na ułamkach stały się ciekawe? Lepiej żyjmy nadzieją wuefu i śpiewu. („Stary lew wymyślił szkołę, w której wszystko jest wesołe. Dyrektorem się mianował i plan zajęć opracował: śpiew i wuef! I wuef, i śpiew! Taki to był mądry lew”). Pamiętajmy o wagarach, przecież wszyscy chodziliśmy.
Będą go oceniać. Będą go egzaminować. Nauczą go pisać pod dyktando. I będą żądać, żeby pisał starannie. Czerwonym długopisem będą mu podkreślać błędy. Będą go temperować wielką, tępą temperówą. Ale on będzie czytał pod ławką przygodowe książki. Będzie jadł na lekcjach i będzie zjeżdżał po poręczy. Rysował serca na pulpicie. Domalowywał wąsy wielkim postaciom z podręczników. Ciągnął dziewczynki za warkocze. Będzie dobrze.
Znika za drzwiami. Zaaferowany, grzeczny. Uśmiechnięta, obca Pani prowadzi go do klasy. Żegnaj, Promyczku.


Jacek Podsiadło
skr. poczt. 32, 45-076 Opole 1 

podsiadlo@atol.com.pl



* Sam ułożyłem to zdanie, w tej chwili. Wziąłem je w cudzysłów, żeby wyglądało na wymyślone przez kogoś bardzo mądrego.


 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 36 (2774), 8 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl