„Kmicic był z Białorusi”

Artur Pałyga z Mohylewa


Niewielu Polaków mieszka dziś we wschodniej Białorusi: po dawnej społeczności i jej kulturze z tej części dawnej Rzeczpospolitej, zwanej po rozbiorach „ziemiami zabranymi”, zostały okruchy pamięci, ruiny kościołów i zniszczone cmentarze. 


Opuszkami palców odczytujemy nazwisko na zwalonym nagrobku: wyżłobione litery są zatarte. Przesuwamy palcami po kamieniu, badając ich kształty. Dookoła śmieci: musieliśmy się przez nie przekopać, by dotrzeć do jedynej na cmentarzu zachowanej w całości płyty nagrobnej. „Antoni Rossetter” – czytamy, litera po literze. „Przed rewolucją był właścicielem Prusiny. Pisano o nim jako o znakomitym gospodarzu” – mówi ks. Karol Tomecki. Ksiądz często używa określenia „przed rewolucją” w odniesieniu do rzeczy, które trzeba odnaleźć: zniszczonych, przywalonych śmieciami. 
Cmentarz w Kościukowiczach leży na terenie parafii ks. Tomeckiego. Na cmentarzu zrobiono kołchozowe wysypisko śmieci. Po krzyżach nie ma śladu, została tylko ta płyta: nie wiadomo, czy przez przypadek, czy z szacunku dla dawnego gospodarza? Ale chyba nie dla jego pamięci: gdy ksiądz zatrzymuje przechodzącą staruszkę, okazuje się, że nie wie nawet, by stał tu kiedyś kościół. Żadni Polacy tu już nie mieszkają.
Przed 1917 r. w Kościukowiczach żyli zgodnie Białorusini, Polacy i Niemcy-katolicy. W 1991 r. wyjechało ostatnich 16 niemieckich rodzin. „W jednej z wiosek wskazano mi stary cmentarz i powiedziano, że tam leżą powstańcy. Chyba z Powstania Styczniowego. Tam akurat ludzie pamiętali” – mówi ksiądz. 
Na Mohylewszczyźnie w 1914 r. było 45 kościołów i kaplic. Zostało dziewięć, z tego trzy oddano katolikom. 
Mohylew ma w nazwie mogiłę. „Mahilou” – wymawiają dźwięcznie Białorusini. Podobno rozważano, czy nie zrobić w Mohylewie stolicy, ale Mińsk miał korzystniejsze położenie. Etnicznie, co podkreślają białoruscy narodowcy, Białoruś ciągnie się het, za Smoleńsk. „Od Odry do Alaski. Taką widzę Białoruś” – żartuje Siarżuk, młody działacz Frontu Narodowego. 
Mohylewszczyzna to także ziemia rodzinna Łukaszenki. Ma w pobliskim Szkłowie dom: otoczony murem i pilnowany bez przerwy przez milicję. Tutaj lepiej z nikim nie rozmawiać, by nie narobić mu kłopotów. Kto ze Szkłowa rozmawia z cudzoziemcem, jest podejrzany. Najlepiej w ogóle nie zatrzymywać auta.
W taniej mohylewskiej jadłodajni pijemy z Siarżukiem piwo ze śmietaną. „U nas tak się pije” – wyjaśnia Siarżuk. Ekspedientka podsuwa przygotowane w szklaneczkach porcje śmietany. Przy stoliku obok mężczyźni popijają cuchnący bimber. Siarżuk opowiada o licznych pomnikach Lenina w Mohylewie i na całej Białorusi, których nikt nie ma zamiaru usuwać, o karach grzywny za używanie białoruskiej flagi narodowej, biało-czerwono-białej (dziś obowiązuje białoruska flaga radziecka), o cichych pikietach pod siedzibą mohylewskich władz, o braku perspektyw na cokolwiek...
W księgarni można kupić portret Łukaszenki, do powieszenia na ścianie. Na poczcie wisi zdjęcie, wycięte z kolorowego czasopisma: prezydent w stroju hokeisty i napis: „Czy grasz w mojej drużynie?”.
Do dziś w propagandzie straszy się Polską. „Grunwald, zdobycie Berlina, wszystko razem robiliśmy, a teraz wy jesteście w NATO, przeciw nam” – dziwi się starszy człowiek z Mohylewa, który podczas rozmowy wyjawia, że „kiedyś był Polakiem”. No, może nie tyle on, co ojciec. A przez ojca polskie imię sporo wycierpiał, powiada, bo wszędzie musiał podawać „otczestwo”, a z takim „otczestwem” po ojcu Kazimierzu budził nieufność.
Górscy, Malinowscy, Wiśniewscy – to spotykane na Mohylewszczyźnie nazwiska. Mikołaj Malinowski spiera się, że jego nazwisko nie jest wcale polskie, że to tutejsze nazwisko.
Największa grupa katolików odnalazła się w Czausach. To miasteczko z malutkim rynkiem, ozdobionym oczywiście pomnikiem Lenina, godzinę drogi od Mohylewa, otrzymało prawa miejskie od Zygmunta Starego. Teraz w każdą niedzielę może 40 osób przychodzi tu na Mszę do domu jednego z wiernych. Ksiądz dojeżdża z Mścisławia. Chata z zewnątrz niczym się nie wyróżnia. Wewnątrz, za kotarą w szafce, spoczywa butelka wina mszalnego i komunikanty. 
Dalej leży Riasna: głucha, białoruska prowincja. Dojeżdża tu stary, rzężący autobus z rozwaloną klapą, która w zamyśle ma przykrywać silnik. Na przystanku młodzi piją bimber i klną po rosyjsku i po polsku. Nie ma białoruskich przekleństw. Riasnę założono w XIII w.; tysiąca katolików doliczono się tu w 1914 r. Przy jedynym w miasteczku wylanym asfaltem skrzyżowaniu jest urząd, a nad drzwiami: tabliczka z sierpem i młotem. Do skrzyżowania dochodzą drogi polne, które wiosną i jesienią zapadają się pod kołami. W błoto zapadają się też słupy elektryczne. Elektryfikacja to tutaj jeszcze zdobycz rewolucji.
W Riasnej są też wielkie, malownicze i imponujące ruiny kościoła. Spomiędzy domków grodzonych przekrzywionymi płotami, na których wysiadują koty, z błota, ze szczerego pola wyrastają, niczym szczątki Łuku Tryumfalnego we wsi Głucha Dolna, cztery wielkie kolumny ustawione w szeregu. Między kolumnami było wejście do kościoła. Nie ma dachu, nie ma nic. Niemal wszystko, co dało się rozgrabić, rozgrabiono. Z kolumnami, widać, nie było co zrobić, a resztki ścian zostawili. W miejscu, w którym kiedyś był ołtarz, cuchnie moczem. Tylko bardziej tu cicho niż na zewnątrz. Miejsce ma swoją pamięć. 
Postawiono ten kościół na pamiątkę przejścia Napoleona. Dziś wszystko jest zniszczone, rozbite w gruzy, w pył.
Jedziemy z ks. Tomeckim przez wysiedloną wioskę. Żółte znaki ostrzegają przed wysoką radiacją. Przy wjeździe i wyjeździe posterunek milicji. Trzeba przejeżdżać szybko i nie zatrzymywać się. To po Czarnobylu. Parę lat po wybuchu zmierzono, gdzie jest największe promieniowanie i z niektórych miejscowości ewakuowano wszystkich mieszkańców. Niektórzy potem wracali. Podobno mieszkają gdzieś tam, między rozgrabionymi przez szabrowników domami. 
Za wysiedloną wioską jest wioska zamieszkana. Podjeżdżamy do wybranych domów. Ksiądz wrzuca do skrzynek informacje o parafii katolickiej w Mścisławiu, która obejmuje swoim zasięgiem ten teren. Wiernych akurat nie ma w domu. Wracamy 2,5 godziny przez las i potworne błota.
Jurij Malinowski wymyślił raz, żeby zrobić trasę wycieczkową po Mohylewszczyźnie i okolicy. Byłby spływ kajakami, jazda konna, piesza wędrówka. Można by tę trasę nazwać: „Śladami Kmicica”. Bo tutaj, niedaleko, jest Orsza, której zawdzięcza swój tytuł chorąży orszański Andrzej Kmicic. 
Ksiądz Tomecki wytropił, że z tych okolic wywodzi się ród Kmitów. A że Kmicic był stąd, z Białorusi, nie ulega dla niego żadnej wątpliwości.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 36 (2774), 8 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl