LISTY



 

Bez dróg, ale z winietą

Spotkałem się w mediach z obraźliwym dla mnie stwierdzeniem ministra Marka Pola, że nareszcie kierowcy zagraniczni będą płacili za korzystanie z polskich dróg, pozostawiając w kraju środki potrzebne do ich rozbudowy. Protestuję! Przecież takie zadanie miał spełniać podatek zawarty w akcyzie! Ministerstwo sugeruje, że ja i tysiące gości przyjeżdżających do Polski tankujemy na granicy po stronie niemieckiej drogą tamtejszą benzynę, a pewnie napełniamy też zapasowe kanistry, aby nie tankować paliwa w Polsce i opóźnić poprawę dróg. Jest na odwrót: każdy przyjeżdżający z Niemiec stara się kupować tańsze polskie paliwo.
Akcja wicepremiera Pola nasuwa smutne skojarzenia z latami 80., gdy otrzymywało się kartki na coś, czego zwykle w sklepach nie było. Również winiety mają umożliwić korzystanie z dróg, których prawie w Polsce nie ma: autostrad i dróg ekspresowych. Natomiast tłumaczenie wicepremiera Pola, że w ten sposób ruch przeniesie się na drogi, na których winiety nie będą obowiązywały, jest nieodpowiedzialne. Na wąskich drogach bez pobocza będą teraz ścigać się nie tylko traktory z furmankami, ale także ruch osobowy i towarowy tych, którzy będą chcieli zaoszczędzić na płaceniu za winiety. Marek Pol mówił o istnieniu winiet w Czechach i Austrii. Przypomnę, że tam istnieje sieć dróg ekspresowych i autostrad, więc jest za co płacić, a Niemcy, które mają największą sieć autostrad w Europie i nie mniejszą szybkich dróg lokalnych, nie wprowadziły opłat za korzystanie z nich, choć niewątpliwie są ważnym krajem tranzytowym. W Hiszpanii i Francji natomiast, równolegle do płatnych autostrad biegną niepłatne drogi ekspresowe. 
Może warto też obliczyć koszty wprowadzenia systemu i jego kontroli? Policja zamiast ścigać przestępców będzie uganiać się za kierowcami, którzy nie wykupili winiet. Boję się też, że za jakiś czas ich fałszywki będzie można kupić na bazarach. Zysk fiskusa może być więc wątpliwy, a wprowadzenie nowego podatku budzi uzasadnione niezadowolenie i jest znakiem nie radzenia sobie rządu z trudnościami. Jeśli dziura budżetowa zmusza rząd do szukania pieniędzy nie poprzez oszczędności, ale zwiększenie obciążeń fiskalnych, wydaje mi się, że najrozsądniejszym rozwiązaniem, bez konieczności powstania nowej biurokracji, byłoby zwiększenie akcyzy na paliwo. 


MAREK LEWANDOWSKI
(Hamburg, Niemcy)






Co wydaje „Bellona”?

Bez zdziwienia przeczytałem felieton Michała Komara „Ferdynand wspaniały, czyli krwawy pies” („TP” nr 33/2002) o wydaniu przez „Bellonę” polskiego przekładu książki gloryfikującej hitlerowskiego dowódcę, odznaczonego złotą odznaką NSDAP, skazanego po wojnie przez sąd niemiecki na więzienie za mordowanie niemieckich żołnierzy. Odniosłem wrażenie, że felietonista jest poniekąd zaskoczony, iż polskie wydawnictwo (i to wojskowe!) publikuje apologię zbrodniarza. Domyślam się nieznajomości niektórych szczegółów edytorskiego dorobku „Bellony”. Wydawcy ci opublikowali jedną z książek Dawida Irvinga, którego sąd brytyjski uznał za fałszerza historii III Rzeszy. Interesującą pozycją był także przewodnik dla nauczycieli historii, wydany bez akceptacji MEN, jako uzupełnienie podręcznika przez to ministerstwo akceptowanego. W przewodniku autor zawarł rozmaite tezy (w tym antysemickie), dla których w podręczniku nie było miejsca (wymieniany jest jako skrajny przykład w opracowaniu „Wnioski z analizy funkcjonujących obecnie podręczników szkolnych do nauczania historii, ze szczególnym uwzględnieniem sposobu przedstawiania historii Żydów i państwa Izrael w wykładzie historii Polski i historii powszechnej”, „Biuletyn ŻIH” nr 3-4/1997, s. 37 i 38-39; bardziej szczegółowo tamże, s. 91-93).
Bądźmy sprawiedliwi. „Bellona” wydaje także książki innego rodzaju, niektóre nawet we współpracy z Żydowskim Instytutem Historycznym. Nie sądzę jednak, by to wystarczyło jako usprawiedliwienie.


Prof. JERZY TOMASZEWSKI
(Warszawa)






Studia z Herbertem

Do artykułu „Herbert zdemaskowany” („TP” nr 33/2002) chciałabym dołączyć własną refleksję. Jakość książek takich jak „Pan od poezji” Joanny Siedleckiej zależy nie tylko od autora, także od jego informatorów. Ponieważ studiowałam w Toruniu w latach 1946-51 i spotykałam się ze Zbyszkiem Herbertem na wykładach i seminariach prof. Elzenberga oraz na ćwiczeniach z psychologii eksperymentalnej, mam własny, trochę inny obraz tamtych czasów. Zaliczenie tych ostatnich wymagało pracy, która w 1951 r. polegała na opisaniu wyniku swoich obserwacji wybranego dziecka z przedszkola. Fotografia na str. 153, z datą 25 kwietnia 1951, zapewne dokładną, przedstawia właśnie Zbyszka i mnie, jak usiłujemy być psychologami. Zrobił ją o. Mieczysław Nowak SJ. Kto jednak uznał, że jest to zdjęcie z przedszkola Tereski (Misiołek, na Wybrzeżu)?
Kto zaś o ojcu Mieczysławie pisze ks. Nowak zdradza się, że o duszpasterstwie akademickim tamtych czasów nic nie wie, bo takiego zwrotu nikt nie używał. Tak samo nie było popularne określenie „Norwid na kazalnicy”. W taki sposób o. Mieczysława nazwał Konrad Górski (sama to słyszałam), ale znali to co najwyżej poloniści.
Konrada Górskiego pozbawiono prawa prowadzenia zajęć na uniwersytecie w Toruniu, ale od początku wiedzieliśmy, że kto miał już zatwierdzony przez niego temat pracy magisterskiej, będzie mógł u niego swoje studia ukończyć. Nie trzeba było na to żadnej odwagi i bohaterstwa (jak ktoś to przedstawia), wystarczyło zgłoszenie i na ogół wszyscyśmy tak postępowali, a nie tylko podane dwie osoby.
Pani Irena Sławińska nie mogła współtworzyć Sodalicji Mariańskich, bo się nimi nie interesowała. Były to organizacje kościelne, mające swego moderatora-kapłana i erygowane do tzw. Prima Primaria w Rzymie. Moderatorem Związku Akademickich Sodalicji Mariańskich w Polsce był niezapomniany o. Tomasz Rostworowski SJ, a ostatnim przewodniczącym („podziemnym” po rozwiązaniu Związku w 1947 r.; Sodalicje, jako „bractwa kościelne” przetrwały do 1949 r.) – Adam Stanowski. Obaj zapłacili za swą działalność procesem i więzieniem. Także nie tylko „Juventus”, ale i Związek Sodalicji organizował koedukacyjne obozy formacyjne i wakacyjne.
I jeszcze sprawa zdania: „Studentów miejscowych, Pomorzaków, ledwie garstka i to mniej dynamiczna, nadrabiająca pracowitością, dyscypliną” („Pan od poezji”, s. 135). Nie piszę tego pro domo sua, bo nie jestem Pomorzanką, ale opinia ta wydaje mi się niesprawiedliwa i krzywdząca. Może tak to wyglądało na humanistyce czy samej polonistyce, ale Sodalicja skupiała studentów ze wszystkich wydziałów, znałam też trochę środowisko prawników. W żadnym wypadku nie mogłabym tej opinii potwierdzić.


S. Alina Merdas rscj
– ostatnia prezeska Sodalicji Mariańskiej Akademiczek w Toruniu

 






Zmaganie i próba
 
Mając w uszach słowa o „dobrych dniach pielgrzymki”, o których pisze „TP” nr 34/2002, sięgnęłam po książkę André Frossarda „Nie lękajcie się – rozmowy z Janem Pawłem II” wydaną 20 lat temu przez wydawnictwo Libreria Editrice Vaticana, a przetłumaczoną na język polski przez Annę Turowiczową. Dzięki niej przedłużyłam sobie „dobre dni” i chciałabym, aby ta książka towarzyszyła mnie i moim najbliższym.
André Frossard, o którego nawróceniu na wiarę katolicką można się dowiedzieć z innej jego książki „Bóg i ludzkie pytania” (Kielce 1991, tłum. ks. Stanisław Czerwik), doznaje zaszczytu zadania Papieżowi pytań o fundamentalnym znaczeniu dla zrozumienia osoby Jana Pawła II oraz jego posługi dla Kościoła. Może warto przypomnieć fragment: „Jak to się dzieje, że ludzie, istoty rozumne, dają dowód takiej niezdolności do rozumnego ułożenia życia, stosunków i czynów?” – pyta Frossard. Papież odpowiada: „Człowiek, (...) wglądając w swoje serce dostrzega, że jest skłonny także do złego i pogrążony w wielorakim złu, które nie może pochodzić od dobrego Stwórcy. Wzbraniając się często uznać Boga za swój początek, burzy należyty stosunek do swojego celu ostatecznego, a także całe swoje uporządkowane nastawienie czy to w stosunku do siebie, czy do innych ludzi i wszystkich rzeczy stworzonych. Dlatego człowiek jest rozdarty (...) pomiędzy to, co czyni, nie chcąc czynić, a to czego nie czyni, choć chce. Znajduje w sobie nie tyle sprzeczność, co dysproporcję. Nasz soborowy tekst (chodzi o dokumenty: »Dei Verbum«,»Gaudium et spes«,»Lumen gentium« – przyp. autorki) tak dalej rzecz ujmuje: »Z tego też powodu całe życie ludzi, czy to jednostkowe czy zbiorowe, przedstawia się jako walka i to walka dramatyczna między dobrem i złem, między światłem i ciemnością«. Wypadałoby dodać w tym miejscu, że właśnie z racji tej walki pomiędzy dobrem a złem życie ludzkie ma charakter zmagania się i próby. Jest próbą moralną i na tym polega też jego swoiste piękno. Próba nadaje poniekąd sens naszemu bytowaniu. W niej otrzymujemy też wezwanie Chrystusa, by wziąć udział w urzeczywistnianiu Królestwa Bożego w świecie”.
Szczerze zachęcam do szukania światła płynącego z przemyśleń Papieża w lekturze tej książki, której autor tak pisze o reakcji na słowa Jana Pawła II „Non abbiate paura”, czyli „Nie lękajcie się”: „W tej samej chwili cały świat zrozumiał, że w niebie coś się poruszyło i że po człowieku dobrej woli, który otworzył Sobór i po człowieku wielkiej duchowości, który Sobór zamknął, po intermedium, łagodnym i krótkim jak przelot gołębia, Bóg przysyła nam świadka. (...) Jeżeli nasza historia jest powolnym i przyziemnym rozwojem decyzji, z wieku na wiek podejmowanych na wyżynach myśli, tego dnia czas się zawahał i historia przez chwilę pozwoliła przemówić wieczności.” Życzyłabym nam wszystkim, aby egzemplarze tej książki były dostępne w bibliotekach parafialnych, szkolnych, miejskich i wiejskich. Próbujmy wraz z Frossardem wgryzać się w treść papieskich słów.


HALINA CACH
(Wrocław)

 






Zapisy na kurs biblijny 

Wydział Pedagogiczny Wyższej Szkoły Filozoficzno-Pedagogicznej „Ignatianum” w Krakowie, prowadzonej przez księży jezuitów, organizuje korespondencyjny kurs biblijny. Celem zjęć, w których może brać udział każdy zainteresowany, jest lepsze poznanie ksiąg Pisma św. Dodatkowe informacje można otrzymać, a także składać zgłoszenia uczestnictwa, pod adresem: ks. Zbigniew Marek SJ, ul. Zaskale 1 30-250 Kraków, z dopiskiem „Kurs Biblijny”.
Organizatorzy kursu proszą o dołączanie do korespondencji koperty z podanym adresem zwrotnym i naklejonym znaczkiem pocztowym.


Ks. prof. ZBIGNIEW MAREK SJ
dziekan Wydziału Pedagogicznego






Przytulny płaszczyk?

Za sprawą papieskiej pielgrzymki modne stało się słowo „miłosierdzie”. Choć miliony polskich katolików ze łzami w oczach słuchały papieskich słów o miłosierdziu, obawiam się, że polski katolik chce raczej miłosierdzia dostąpić niż je okazać. Chętnie zapłaczemy nad sobą, Papieżem – to nic nie kosztuje! I chyba, choć chciałbym się mylić, nie ma na to rady. Chciałbym jednak dowiedzieć się, czy „faustyńsko-papieska” teologia miłosierdzia wprowadza coś nowego do nauki Kościoła? Czy oznacza zerwanie z jakąś dotychczasową nauką, a zwłaszcza z pojęciem sprawiedliwości? Kościół będzie mniej rygorystyczny w wymaganiach moralnych?
Mam sentymentalny stosunek do łagiewnickiego kultu Bożego Miłosierdzia. Gdy byłem dzieckiem, moja śp. mama przywiozła mnie w 1966 r. z odległej miejscowości do Krakowa. Zaprowadziła na Wawel, do kościoła Mariackiego, na Skałkę i właśnie do Łagiewnik! Rodzice często odmawiali koronkę do Bożego Miłosierdzia i to lata temu, gdy jeszcze mało kto słyszał o siostrze Faustynie i, przynajmniej tak mi się wydaje, brzmiało to trochę sekciarsko. Zgadzam się z Papieżem, że człowiek potrzebuje Miłosierdzia, ale czy za parę uronionych łez, kilka minut na okrągło powtarzanej modlitwy? Czy nie jest to przykład charakterystycznej dla polskiego katolicyzmu ucieczki? W polskiej religijności ucieczka i obrona to również atrybuty Matki Boskiej. Czy kult Bożego Miłosierdzia może oznaczać, że Polak-katolik ma za mało opieki Matki Boskiej i w idei Bożego Miłosierdzia odnajduje nowe, przytulne „schronienie”, miły płaszczyk, pod którym będzie można schować wzgardę dla bliźniego i duchowe oraz cielesne lenistwo?


DARIUSZ ADAMEK
(Kraków)



„Faustyńsko-papieska” teologia miłosierdzia nie wprowadza niczego nowego do nauki Kościoła, raczej przypomina i uświadamia jedno z najważniejszych przesłań Ewangelii. „Czy oznacza zerwanie z jakąś dotychczasową nauką? Czy Kościół będzie mniej rygorystyczny w wymaganiach moralnych?” Nie sądzę. Miłość, nawet miłosierna, nie oznacza zaniżenia wymagań. Wymagania oznaczają wiarę w tego, komu się je stawia. Tu chodzi raczej o stosunek do człowieka, który sprostać nie zdołał. Bożego miłosierdzia dostępuje się nie „za parę uronionych łez, kilka minut na okrągło powtarzanej modlitwy”, ale z Jego dobroci. Łzy, jeśli są szczere, mogą być wyrazem skruchy, modlitwa może dysponować, otwierać człowieka, kierować jego uwagę na Pana Boga. Nie ma jednak działania magicznego. 
Podzielam Pana obawy: jeśli w nabożeństwie do Bożego Miłosierdzia odnajdziemy „nowe, przytulne schronienie, miły płaszczyk, pod którym będzie można schować wzgardę dla bliźniego i duchowe oraz cielesne lenistwo”, to będzie znaczyło, że niczego nie zrozumieliśmy. Dopiero, gdy samemu dozna się miłosierdzia, można coś z tego wszystkiego zrozumieć.

 

Ks. ADAM BONIECKI

 




Nieczęsta pokora

Chciałbym pogratulować ks. Janowi Słomce rozważania „Trudna rozmowa” („TP” nr 33/2002). Nieczęsto zdarza się, aby w rozważaniach o Piśmie Św., a w szczególności o słowach i czynach Pana Jezusa, autor przyznał, że czegoś nie rozumie, coś go przerasta. Słowa Jezusa mają wymiar ponadczasowy. Chociaż działał w konkretnym czasie, kulturze i otoczeniu, te uwarunkowania tłumaczą Jego słowa jedynie częściowo. Potwierdzenie, że „czegoś nie rozumiem” dużo więcej przynosi pożytku czytającemu, aniżeli próby wyjaśnienia „na siłę” wszystkiego. Częstokroć podczas osobistej lektury Pisma Św. napotykam na nie do końca zrozumiałe miejsca. Choć każde ze słów rozumiem, znaczenie całości nie pasuje, np. do obrazu Jezusa miłosiernego. Wtedy przyjmuję, że być może mnie to przerasta i zrozumienie przyjdzie za jakiś czas. Bóg zapłać za świadectwo pokory i potwierdzenie, że w słowach Chrystusa jest jeszcze Tajemnica, do której zrozumienia musimy dorastać.


KRZYSZTOF CHARCHUŁA
(Izabelin)

 

 

 

 

 

Słowo – źródło i cel

Choć klasztor i pustelnię Camaldoli założył św. Romuald na początku XI w., w Polsce chyba niewielu o niej słyszało. We Włoszech za to, i to od dziesiątków lat, trudno wyobrazić sobie bez niej życie polityczne i kościelne. W 1934 r. Giovanni Battista Montini (późniejszy Paweł VI), pracownik Sekretariatu Stanu, zapoczątkował „Tygodnie w Camaldoli” dla formacji duchowo-teologicznej młodzieży studenckiej. W latach antyfaszystowskiej opozycji w toskańskim klasztorze przebywali: kard. Elia Dalla Costa, przyszli kardynałowie: Siri, Urbani, Bevilacqua, Pignedoli oraz wiele osób świeckich: Aldo Moro, Giulio Andreotti, Francesco Cossiga. Po wojnie, w efekcie spotkań osobistości życia politycznego i kulturalnego Włoch, napisano tzw. kodeks z Camaldoli – podstawę nowej konstytucji. Tam również zapoczątkowano spotkania chrześcijan z żydami i wyznawcami innych religii oraz dyskusje polityków nawet skrajnych opcji. 
Dzięki reformie życia monastycznego, obok powstałej tuż po Vaticanum Secundum wspólnoty monastycznej Bose, klasztor stał się najżywotniejszym ośrodkiem życia mniszego we Włoszech. Oba umieściły w centrum życia mnicha praktykę lectio divina. Przez 1500 lat mnich codziennie studiował Pismo Św., modlił się, szukał w nim odpowiedzi na wątpliwości. Słowo Boże stawało się codziennym pokarmem w drodze do Boga i doświadczaniu Jego obecności, chwaleniu Go i wyrażaniu radości przez psalmy. Uczniowie Pana zaniedbali duchowość biblijną, gdy jej miejsce zajęła tzw. devotio moderna – formy pobożności ludowej, oddziałującej raczej na uczucia: litanie, procesje, drogi krzyżowe, koronki, nowenny. W efekcie nie znamy Pisma św., obok Tradycji-Magisterium – podstawowego źródła wiary. 
Niebagatelne znaczenie ma w tej sytuacji tekst kard. Carlo Marii Martiniego „Słowo Boże w przyszłej Europie” wygłoszony w Camaldoli, w lipcu 2002 r., podczas sympozjum „Chrześcijaństwo i demokracja w przyszłej Europie”. U kamedułów znaleźli się też wtedy: Romano Prodi, kard. Achille Silvestrini, kard. Walter Kasper, teolog protestancki Ernst Jüngel oraz kilku polityków i teologów. Rozmawiano o integracji i rozszerzeniu Unii, trudnościach dialogu ekumenicznego i z religiami niechrześcijańskimi. Refleksja intelektualna przeplatała się jednak z poszukiwaniem duchowym, opierającym się na Słowie Bożym. 
Martini jest jezuitą i badaczem Pisma św. Był profesorem krytyki tekstu i rektorem w Papieskim Instytucie Biblijnym oraz rektorem Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego. Niedługo przed spotkaniem w Camaldoli, po 22 latach bycia biskupem Mediolanu i osiągnięciu wielu emerytalnego, ogłosił dymisję oraz zamiar wyjazdu do Jerozolimy dla studiowania Biblii. Znany był z ogłaszania noworocznych listów pasterskich, a jego wypowiedzi szybko znajdywały miejsce w mediach. Podczas sympozjum kardynał potraktował Biblię jako księgę edukacyjną dla chrześcijan wszystkich wyznań. Napisana pod natchnieniem Ducha Świętego, nakłania serce do prawdy i dobra, umieszcza w centrum Boga – wychowawcę. Kardynał widzi „lectio divina jako praktykę cierpliwą, mającą swoją metodę, (...) codzienną (...) odbywaną w klimacie milczenia i modlitwy, podczas lektury zdecydowanie ciągłej całej Biblii, według modelu, który proponuje nam liturgia w potrójnym cyklu niedzielnym oraz w podwójnym cyklu tygodniowym”. 
Na poparcie tych intuicji przytoczę listy pasterskie: „Na początku Słowo” (1981) oraz „Na Twoje Słowo” (2001). W pierwszym, korzystając z doświadczenia naukowego i kapłańskiego, Martini twierdzi, że osobista lub wspólnotowa lektura Biblii jest jednym ze skuteczniejszych środków przygotowania się na przyjęcie owocu słuchania Słowa podczas liturgii i przedłużania jej skutków w czasie. Proponuje dwie drogi. Klasyczna wychodzi od tekstu, a jej celem jest przemiana serca i życia, według schematu: lektura-medytacja-modlitwa-kontemplacja. Drugą metodę rozpoczyna pytanie: do czego zaprasza mnie Pan poprzez dane wydarzenie? Jednym z jej wariantów jest triada: widzieć-sądzić-działać, gdzie słowo „sądzić” oznacza pojąć wydarzenie w świetle Słowa Bożego, natomiast „działać” jest konfrontowane z wyzwaniami płynącymi z Ewangelii. W drugim liście, choć pożegnalnym z diecezją mediolańską, zaznaczał, że „nie jest to czas bilansu, ale jeszcze głębszej uwagi na Słowo i obietnicę Bożą. Czas słuchania tego, co Pan mówi Kościołowi, czas zawierzenia się i rzucenia sieci na głęboką wodę”. „Wszystko rozpoczyna się od słuchania Słowa i do Słowa powraca, jak do źródła i do celu, który jest przed nami” – brzmi imperatyw kard. Martiniego. Współczesnemu człowiekowi, który często czuje się zagubiony i tęskniący za czymś, co mu ciągle umyka, biskup Mediolanu dodaje otuchy pisząc, że dla wierzącego nie ma czasu na nostalgię ani opłakiwanie. Zawsze „jest godzina nadziei, ufności, miłości. Wszystko przemija: zostaje miłość. I właśnie ta miłość do nas przemówiła w Jezusie – Słowie Bożym”.


O. ROBERT LASKARZEWSKI 
(Eremo S. Giorgio, Bardolino, Włochy)




Wielki i zapomniany

100 lat temu w katedrze ormiańskiej we Lwowie sakrę biskupią otrzymał 37-letni Józef Teodorowicz – ostatni i największy arcybiskup ormiański w Polsce. Konsekrowali go bp krakowski Jan Puzyna oraz metropolici lwowscy: greckokatolicki – Andrzej Szeptycki i łaciński – bł. Józef Bilczewski. Był gorliwym duszpasterzem i kaznodzieją, wielkim patriotą, działaczem politycznym. Jako kanonik ormiański – radny Lwowa i współzałożyciel dzienników katolickich. Współpracował w tym dziele z ks. Adamem Sapiehą, późniejszym kardynałem i biskupem krakowskim (w 1905 r. protegował go na stanowisko radcy w Watykanie), z którym przyjaźnił się do końca życia.
Do 1918 r. zasiadał w Izbie Panów w Wiedniu i sejmie galicyjskim we Lwowie, gdzie bronił spraw polskich. W okresie I wojny światowej reprezentował stanowisko antyniemieckie, a za piętnowanie nadużyć soldateski austriackiej o mało nie trafił do więzienia. W 1919 r. wybrano go do Sejmu Konstytucyjnego. Na rozpoczęcie jego obrad wygłosił słynne kazanie w warszawskiej katedrze. Angażując się w przywrócenie Śląska do Polski, popadł w konflikt z dyplomacją watykańską, krytykując poczynania niektórych jej przedstawicieli. W 1922 r. wraz z bp. Sapiehą zasiadł w Senacie z listy Narodowej Demokracji. Mandat złożył rok później na życzenie Piusa XI. Wyróżniono go doktoratem honoris causa Uniwersytetu we Lwowie oraz honorowym obywatelstwem Lwowa i Brzeżan.
Z powodu niskiej liczby powołań przyjął wielu kapłanów łacińskich oraz ormiańskich z Bliskiego Wschodu. W latach 1908-30 przeprowadził gruntowną renowację katedry ormiańskiej we Lwowie, ozdabiając ją słynnymi freskami Jana Henryka Rosena i mozaikami Józefa Mehoffera. Był uczestnikiem synodów ormiańskich w Rzymie w 1911 i 1928 r. oraz wielu międzynarodowych kongresów eucharystycznych oraz mariologicznych. Zostawił po sobie zbiory kazań oraz liczne publikacje o charakterze religijnym, patriotycznym i społecznym. Zmarł 4 grudnia 1938 r. we Lwowie. Za zasługi dla Ojczyzny pochowany na Cmentarzu Orląt Lwowskich. Niestety, już w 1940 r. jego trumnę, z obawy przed profanacją, przeniesiono do innego grobu, gdzie w skandalicznych warunkach znajduje się do dziś. 
Od 1991 r. trwają starania o powrót trumny arcybiskupa na Cmentarz Orląt. W lutego br. organizacje ormiańskie w Polsce wydały w tej sprawie wspólny apel („TP” nr 7/2002). W marcu poseł Jan Rokita złożył interpelację poselską, na którą odpowiedział minister spraw zagranicznych Włodzimierz Cimoszewicz, pisząc: „Sprawa miejsca pochówku abp. Józefa Teodorowicza nie była dotychczas przedmiotem kontaktów dyplomatycznych. Zleciłem więc pracownikom służby dyplomatycznej i konsularnej w MSZ w Warszawie i w Konsulacie Generalnym we Lwowie, aby przygotowali stosowną informację. Nieoficjalnie prezentowana jest wobec Konsulatu Generalnego RP we Lwowie teza, że sprawa napotkała na zdecydowany sprzeciw dyrektora Cmentarza Łyczakowskiego pana Ihora Hawryszkiewicza. (...) W przypadku utrzymania się wspomnianego sprzeciwu, MSZ podejmie sprawę wobec strony ukraińskiej kanałami dyplomatycznymi. Uważam, że sprawa powinna znaleźć rozwiązanie godne osoby abp. Józefa Teodorowicza – postaci na trwałe zapisanej w historii Polski, będącej przykładem wiernej służby Ojczyźnie”. 
Mimo pozytywnego stanowiska władz państwowych i kościelnych Polski i Ukrainy, sprawa rozbija się o nieprzejednane stanowisko władz miejskich Lwowa, co Józefa Teodorowicza, wielkiego syna Kościoła, skazuje na zapomnienie.


Ks. TADEUSZ ISAKOWICZ-ZALESKI
duszpasterz Ormian
(Radwanowice, woj. małopolskie)





 

 





LISTY – apele o pomoc

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 36 (2774), 8 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl