Zapowiedź „Anschlussu” Białorusi przez Rosję:
czy Bug będzie granicą polsko-rosyjską?


Muchy na weselnym torcie

Anna Łabuszewska, Andrzej Łukowski



Czy ostra wymiana zdań między prezydentami Putinem i Łukaszenką to tylko werbalne iskrzenie na linii Moskwa-Mińsk, które realnie niewiele zmieni? A może pierwszy tak poważny sygnał, że w niedalekiej przyszłości Rosja zechce mieć wspólną granicę z Unią Europejską nie tylko na wąskim odcinku obwodu kaliningradzkiego? 


W leniwie toczącym się od lat procesie integrowania Rosji i Białorusi w jedno państwo nastąpiło małe trzęsienie ziemi: w połowie sierpnia prezydent Putin podczas spotkania w Moskwie wygarnął prezydentowi Łukaszence, jak widzi przyszłość wspólnego państwa: albo Białoruś wejdzie w skład Federacji Rosyjskiej, albo połączy się z nią na zasadach podobnych do tych obowiązujących w Unii Europejskiej. Putin wyznaczył już nawet konkretne terminy referendum w sprawie zjednoczenia i wyborów władz wspólnego państwa, zgodnych zresztą z kalendarzem wyborczym Rosji. 
Białoruski lider najpierw popadł w stupor, a potem porównał Putina do Stalina – i kategorycznie sprzeciwił się propozycjom.

Zabójczy wąsik królowej piękności
Jeszcze do niedawna Moskwa nie miała pomysłu na Białoruś: w zeszłorocznych wyborach prezydenckich poparła Łukaszenkę, godząc się na utrwalenie budowanego przezeń kołchozowego skansenu i przymykając oko na łamanie praw człowieka i deptanie wolności mediów. Rzecz absurdalna, jeśli umieścić ją w jednym rzędzie z głoszonymi przez Kreml deklaracjami partnerstwa z Zachodem i zapowiedziami demokratycznych zmian wewnętrznych. 
To nie pierwsza i nie ostatnia sprzeczność w polityce Rosji – także wobec Białorusi i Łukaszenki. W końcu wybory prezydenckie były dla Kremla doskonałą okazją, aby tanim kosztem pozbyć się partnera, który nie pasuje do dzisiejszych plakatów z kremlowską propagandą o „Drang nach Westen”. Nie znaleziono, a może nie szukano, nikogo innego. Rosyjski biznes ochoczo sfinansował kampanię Łukaszenki za słodką obietnicę dopuszczenia do prywatyzacji największych białoruskich przedsiębiorstw. Kandydat Łukaszenka poczynił też szereg obietnic na najwyższym szczeblu: dał np. placet na przekazanie Moskwie wyłącznego prawa emisji planowanej na 2004 r. wspólnej waluty (czyli rosyjskiego rubla). 
Po wyborach Łukaszenka zaczął się z tego wszystkiego wycofywać rakiem: realizacja obietnic oznaczałaby utratę kontroli nad przynoszącymi zyski zakładami i wygodnym dodrukiem pieniędzy. Zamiast pakietów akcji rosyjscy przedsiębiorcy otrzymali listę nowych warunków, w praktyce niewykonalnych, a na deser – decyzję sądu o przejęciu rurociągu, którym na Zachód płynie przez Białoruś rosyjska ropa. Co więcej, w czasie tegorocznych żniw rosyjskie kompanie naftowe działające na Białorusi obarczono obowiązkiem nieodpłatnego przekazania rolnikom określonego deputatu paliw, za co firmy te miały jeszcze... zapłacić podatek. A że na czele kampanii żniwnej stoi osobiście „Bat’ka” – jak familiarnie nazywają Łukaszenkę nie tylko Białorusini, ale cała rosyjska prasa i polityczny światek – nie było mowy o wykręceniu się od pomocy dla kombajnistów. 
Prezydent stoi zresztą na czele wszystkich możliwych przedsięwzięć krajowych, ostatnio zainteresował się nawet konkursem Miss Białorusi. Odpowiedzialnym za jego przeprowadzenie uczynił wicepremiera (sic!), zaś dziewczęta miały wystąpić na wybiegu w strojach ludowych. Żartownisie przypuszczali, że prezydent sam stanie w szranki (i wygra), a krasawicom kazał się ubrać w długie spódnice, bo w pokazie w kostiumach bikini nie miałby z nimi szans.
W rozgrywce z Kremlem Łukaszenka też nie ma szans, zwłaszcza że po ostatnich wykrętach jego akcje w rosyjskim establishmencie znacznie spadły. A jeszcze niedawno moskiewska prasa poważnie rozważała wariant objęcia przez Łukaszenkę najwyższego urzędu w rosyjsko-białoruskim państwie związkowym. On sam zresztą zdawał się być przekonany, że mu się to uda. Stracił kontenans, kiedy następca Jelcyna zamiast przyklaskiwać zapewnieniom o gotowości braterstwa, zaczął domagać się konkretów, aż w końcu – jak czekista czekiście – powiedział Łukaszence, że w procesie integracji Rosji i Białorusi „trzeba oddzielić muchy od kotletów”. Czyli że gospodarkę Białorusi trzeba dostosować do standardów rosyjskich.

Łukaszenko czy Łukaszenka?
Prezydent Białorusi w domu, szkole i na scenie politycznej zawsze ostentacyjnie mówi po rosyjsku; Rosjanie bezlitośnie wyśmiewają zresztą jego prowincjonalny akcent i grafomański styl. Wyrugował język białoruski z życia publicznego, armii i urzędów. W starym stylu pompatycznie świętuje radzieckie prazdniki. Zwolenników niezależności Białorusi zwalcza wszelkimi sposobami; opozycja twierdzi, że także uciekając się do morderstw politycznych. Każda demonstracja w Mińsku od lat kończy się pałowaniem, a jej uczestnicy trafiają do więzień lub są szykanowani w inny sposób. Niezależna prasa jest represjonowana. 
Czy niezmordowany orędownik zjednoczenia z Rosją, który na postsowieckich sentymentach społeczeństwa białoruskiego zbił kapitał polityczny, który bez przerwy klepał o konieczności zbliżenia z Moskwą, który podczas spotkań z umiłowanymi przywódcami Rosji demonstrował „niedźwiadki” (uściski) i „karpiki” (pocałunki), jakich nie powstydziłby się lubiący ten oficjalny sport Leonid Breżniew, czy zatem ów najbardziej prorosyjski ze wszystkich prorosyjskich polityków zmieni teraz kurs i jak niepodległości zacznie bronić... niepodległości Białorusi? A może nawet stanie na czele tak zaciekle przez siebie zwalczanej narodowej opozycji? Kto wie. Na razie jak tonący brzytwy Łukaszenka uczepił się porozumienia z 1999 r. o powołaniu Państwa Związkowego Białorusi i Rosji (gwarantującego zachowanie suwerenności) i głośno krzyczy, że to właściwy dokument, który należy wcielać w życie.
Po powrocie z Moskwy Łukaszenka pozwolił sobie na ostre słowa pod adresem partnera: powiedział, że Putin traktuje Białoruś gorzej niż Lenin i Stalin. Odważył się nawet na niesubordynację i pierwszy od lat ukłon w stronę znienawidzonego Zachodu: nie wykluczył, że Jan Paweł II odwiedzi Białoruś. To jawne świadectwo nieposłuszeństwa – Białoruś pod jego rządami zawsze była wierną córą Patriarchatu Moskiewskiego, w całej rozciągłości popierającą niechętne stanowisko Aleksego II wobec Papieża – np. podczas wizyty Ojca Świętego na Ukrainie Aleksy odwiedził Białoruś i został podjęty z całym ceremoniałem przez Łukaszenkę. Znamienne również, że po raz pierwszy od niepamiętnych czasów protest opozycji przeciw zjednoczeniu Białorusi z Rosją nie został spacyfikowany: milicjanci spokojnie przyglądali się, jak młodzież z okrzykami „Niech żyje Białoruś” darła i wdeptywała w ziemię portrety Putina.
Jednak demonstracyjne przeciwstawienie się patronom z Kremla na dłuższą metę oznaczałoby dla Łukaszenki koniec kariery politycznej. Białoruś bez Rosji „nie pociągnie”. Reliktowe formy socjalistycznego zarządzania utrzymują się tylko dzięki tanim rosyjskim surowcom energetycznym i finansowaniu wiecznych dziur budżetowych z moskiewskiego skarbca. Wicepremier Federacji Rosyjskiej Aleksiej Kudrin twierdzi, że tylko w tym roku Rosja przekazała Białorusi na wsparcie gospodarki 40 mln dolarów. A nie jest to jedyny „wkład” finansowy w zacofany system.

Z kim granica na Bugu?
Może prezydentowi Rosji, przedstawiającemu nowe koncepcje, chodziło nie o powołanie nowego tworu państwowego, ale o zmniejszenie kosztów, które Rosja ponosi na rzecz „Bat’ki”? Może Putin, zniecierpliwiony oporem białoruskiego lidera wobec dzielenia się z Rosją obiecanymi przedsiębiorstwami, chciał zademonstrować, kto naprawdę rządzi i przywołać Łukaszenkę do porządku? A może to tylko słowa, słowa, słowa... i tak naprawdę nic nie drgnie w ciągnącym się od lat procesie quasi-integracji? Może. 
Ale warto zastanowić się także nad innym wytłumaczeniem tej politycznej enigmy. 
Putin dokładnie przemyślał swe propozycje. Nie przedstawił ich pod wpływem chwilowego przypływu niechęci do partnera, który najwyraźniej nadal tylko by tłukł kieliszki o wypucowane podłogi Kremla – jak to uczynił po podpisaniu kolejnej mutacji rosyjsko-białoruskiego stowarzyszenia, jeszcze za Jelcyna.
A skoro zapowiedź tego „Anschlussu hurtem lub w detalu” – tak rosyjska prasa określa włączenie Białorusi w całości (jako jednego podmiotu Federacji Rosyjskiej), albo jako siedmiu obwodów (zgodnie z obecnym podziałem administracyjnym; przeciw temu ostatniemu pomysłowi Łukaszenka protestuje najgłośniej) – nie była tylko teatralnym popisem? 
Może trzeba wziąć pod uwagę wariant rozszerzenia się Federacji Rosyjskiej na zachód. Wielu obserwatorów uważa, że Białoruś już dawno utraciła niezawisłość na rzecz Rosji i niepodległa jest tylko formalnie, faktycznie zaś jest czymś w rodzaju „białoruskiej republiki San Marino” (wydaje własne znaczki pocztowe i korzystnie rozlicza akcyzy za alkohol), zatem zmiany statusu Białorusi w ramach czy poza ramami Federacji Rosyjskiej niewiele znaczą. 
I tak, i nie. Rosja rzeczywiście traktuje Białoruś jak korytarz, przez który prawie darmo „przepycha” swój eksport do Europy Zachodniej i ma wszelkie instrumenty, by sobie ten przywilej nadal zapewnić. Czy jednak z punktu widzenia Moskwy wraz z rozszerzeniem Unii Europejskiej nie lepiej, taniej i pewniej będzie bezpośrednio graniczyć z Unią? 
Teraz trzeba jeszcze tylko policzyć koszty tego przedsięwzięcia – ekonomiczne i polityczne.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 36 (2774), 8 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl