Film: „Ziemia niczyja” Danisa Tanovicia


Pojedynek na minie

Wojciech Kuczok



Żaden kwiecisty manifest pacyfistyczny, żaden zbiorowy marsz przeciw przemocy nie uzmysłowi tragicznego absurdu wojny tak skutecznie, jak może to uczynić obraz niesprawiedliwej, niepotrzebnej śmierci w jednostkowym wymiarze.


Prawdziwie współczuć jesteśmy w stanie tylko temu, kogo (co) zdołamy ogarnąć wzrokiem. Tej prawdy nauczył nas wiek dwudziesty, w którym umieranie ostatecznie odarto z indywidualnego wymiaru. 
Empatia ma swoje granice; człowiek może pojąć i przejąć cierpienie jednego człowieka, trudniej mu przyjdzie współ-cierpienie z kilkoma na raz, a cierpieć za miliony nie potrafią nawet poeci. 
Umierający naród to niemal abstrakt, który „przechodzi ludzkie pojęcie”. Jeśli jednak pokazać, jak ginie jeden człowiek w imieniu narodu, bez specjalnej ochoty, niejako w zamian za naród; jeśli pokazać, w jaki sposób wzniosłe hasła konkretyzują się na poziomie pojedynczej człowieczej katastrofy – wtedy każdego z nas zdoła ona dotknąć osobiście. Danis Tanović, trzydziestoletni Bośniak, dokonał tej sztuki perfekcyjnie w swym fabularnym debiucie, o czym zaświadczają tryumfy „Ziemi niczyjej” tak u krytyki (Oscar i Złoty Glob 2002, Cezar, Felix i nagroda za scenariusz w Cannes 2001), jak i wśród publiczności.
Historia niczego nas nie nauczy, póki dziejopis będzie biografem dużych chłopców, przestawiających pionki na planszy w zaciszach sztabowych gabinetów. Historia może być pouczająca tylko z poziomu okopu. Stąd najlepiej widać, że dzieje ludzkości w gruncie rzeczy nie są niczym innym, jak tylko kroniką globalnego domu wariatów. Pielęgniarze mają w nim stanowczo zbyt wiele sal do uspokojenia, w końcu z frustracji sami siebie biorą za gardła...

Tanović sceną tragedii czyni właśnie frontowy szaniec, dokładnie w pół drogi między przyczółkami zwaśnionych stron. Parszywy przypadek zetknie w nim twarzą w twarz dwóch wrogów, a przedziwny pat, w którym się znajdą, każe im współdziałać celem uratowania skóry. Cziki (Bośniak) i Nino (Serb) nie bardzo potrafią sobie patrzeć w oczy inaczej niż przez obiektyw celownika, ale sytuacja tego wymaga: nie dość, że jedyna droga ucieczki z okopu wiedzie wprost pod lufy przeciwnika, to jeszcze czekanie na osłonę nocy wyklucza kłopotliwa obecność Czery, rannego przyjaciela Czikiego. Wzięty za trupa, został przez Serbów wykorzystany jako mordercza pułapka: ma pod sobą minę rozpryskową, która wybuchnie, jeśli z niej podnieść ciężar. 
Tanović, zamykając obu protagonistów w matni, nie zamyka im jednak ust, których używają przeciw sobie jako zastępczego oręża. Są więc przez chwilę bardziej komiczni niż tragiczni; docinają sobie per „wy”, tym samym kultywując szaleństwo wojennej synekdochy: wzajem uosabiają przed sobą znienawidzone narody. „Wy, serbscy pacyfiści – Serbia aż po Pacyfik!”, albo mniej kalamburowo, za to bardziej pociesznie: w zależności od tego, który akurat przechwycił karabin, zmusza drugiego do jednoznacznej odpowiedzi na pytanie „Kto zaczął tę wojnę?” (jakby pytał „Kto jest debeściak?”). 
Kiedy John Boorman kręcił przed laty poniekąd analogiczną opowieść o wojennym amoku dwóch ludzi na końcu świata („Hell in the Pacific”), zgodnie z logiką odebrał swoim bohaterom – Japończykowi i Amerykaninowi – możliwość kontaktu werbalnego; wzajemne polowanie odbywało się w milczeniu. Tanović wyzyskuje właśnie lingwistyczny nonsens wojny bałkańskiej – wrogowie mówią tym samym językiem, ale bezużytecznym komunikacyjnie. Wspólny język służył w bałkańskim konflikcie tylko wspólnemu nieporozumieniu. 

Kiedy duzi chłopcy zabrną w zabawie wojennej zbyt daleko, by się z niej o własnych siłach wykaraskać, wołają z podwórka pomocy, z którą rychło spieszy troskliwy dorosły. Taką rolę w „Ziemi niczyjej” stara się pełnić oddział sił pokojowych, co ważne: wbrew rozkazom dowództwa. W istocie, jeśli Tanović stara się sprawiedliwie dokładać tak Serbom, jak swoim rodakom (bo to film antywojenny w ogóle, a nie dokument martyrologiczny), to już zwierzchnictwu UNPROFOR dostaje się na potęgę. Reżyser podkreśla w wywiadach swój niechętny stosunek do sił oenzetowskich („Znalazły się w Bośni po to, by ONZ mogła zachować twarz, nie po to, by ocalić nas od złego”). Trudno jednak odmówić mu prawa do jaskrawego osądu, skoro wojny bośniacko-serbskiej doświadczył osobiście, od wewnątrz, przez cztery lata dokumentując z kamerą frontowe zajścia. Wie, o czym opowiada. 
Minimum zaangażowania, minimum ryzyka – w myśl tej dewizy pomoc sił UNPROFOR miała ograniczać się do konwojowania dostaw żywności; ale zachować neutralność w centrum wojennej zawieruchy żołnierzom jest znacznie trudniej od nieuzbrojonych przecież przedstawicieli mediów. I tych Tanović traktuje z obrzydzeniem, bo jeśli nawet wścibska dziennikarka nagłaśniając sprawę umożliwi akcję ratunkową, uczyni to mimochodem, tylko po to, by materiał jej się nie wymknął sprzed nosa. Neotelewizja dobrze wie, że największą gratką w przekazach informacyjnych jest przyłapanie śmierci na żywo... I to się hienom dziennikarskim w „Ziemi niczyjej” w pełni udaje. 
Ostatecznie więc wóz sił rozjemczych spieszy na miejsce z pomocą, lecz by tam dotrzeć, jego załoga musi wynegocjować zawieszenie broni. To bodaj jedyny raz, kiedy Tanović folguje drobnej złośliwości (nie na tyle jednak, by uzasadnić oskarżenia o antyserbskie przekłamania, które się po premierze odezwały): bośniacka barykada bezproblemowo daje zgodę na przejazd, natomiast dogadanie się z Serbami trwa nieco dłużej, bo nikt tam ni w ząb nie zna języków zachodnich, do tego wojacy wyglądają i zachowują się jak znużeni stadionowi debile w przerwie międzyrozgrywkowej. 
Wojna ogłupia jednak wszystkich, czego dowodzi tragiczny finał, którego ewidentnym sprawcą jest Cziki; Tanović równoważy więc nie tyle racje, co proporcje agresywnej głupoty po obu stronach. Na wojnie rację mają tylko ci, których wyłącznym pragnieniem jest przeżyć; wśród bohaterów „Ziemi niczyjej” tylko Czera zredukuje tak dalece swe potrzeby. Początkowo cedzi jeszcze przez zęby „Zabij Serba!”, z czasem zrozumie, że ta szarpanina ma mniej więcej tyle sensu, co sprzeczka warzyw w znanym wierszyku Brzechwy. Widocznie dopiero z nożem na gardle (tu: z miną pod plecami) człowiek potrafi się otrząsnąć z nienawiści, tylko śmiertelny strach jest skutecznym lekarstwem... 

Wściekły nacjonalizm stał się w minionej dekadzie bałkańską chorobą społeczną, umysłowym AIDS, zespołem zbiorowej utraty odporności na mit. „Ziemia niczyja” przy swojej misternej i logicznej konstrukcji fabularnej, czyniącej ją przenikliwym studium z dziedziny „psychopatologii narodowej”, zyskuje także na poziomie alegorycznym. Historiozofia Tanovicia stara się wytłumaczyć i niejako usprawiedliwić dystans Europy Zachodniej, która kocioł bałkański miała za siedlisko niebezpiecznej paranoi, a w najlepszym razie za synonim Dzikiego Wschodu. Cziki i Nino są zbyt oszołomieni nienawiścią, żeby zwracać uwagę na ekipę ratunkową, nie przestają się kąsać nawet w obliczu rozjemców, nawet w obliczu kamer i całego europejskiego zbiegowiska nie zaprzestaną swojej maniakalnej potyczki. Do zwaśnionych stron niewiele dociera, ani pokojowe głosy rozsądku z zewnątrz, ani nawet realne poczucie własnej sytuacji. Najlepszym tego dowodem jest pyszny, ale i zupełnie realny dowcip sceny, w której frontowy żołnierz bośniacki w chwili wytchnienia od kanonady czyta gazetę i ze zgrozą zauważa, że „w tej Rwandzie straszny bajzel”. 
Wojna jest stanem ducha, powiada Tanović; należy się przed nią profilaktycznie szczepić, bo kiedy wybucha, ma wymiar epidemiczny i nieuleczalny. Szlachetny francuski sierżant symbolizuje bezradność tych Europejczyków, którzy chcieli przeciwdziałać bratobójczej walce. Ostatecznie i on musi dać za wygraną, opuścić pole bitwy w ślad za śmigłowcem dowództwa i wozami transmisyjnymi. I on w końcu wykona gest, do którego nakłaniali go zwierzchnicy: „Niech się wyrzynają, skoro nie mogą inaczej...”. Sfory psów nie można rozdzielać na siłę, bo mogą zagryźć nie tylko siebie nawzajem... Ale Tanović tę gorzką metaforę wzbogaca nie dającym spokoju obrazem: Czera pozostawiony samemu sobie bez szans na ratunek, jeszcze żywy, a już wpisany na listę ofiar, zasypia na minie, na wznak, twarzą ku niebu. Uwiera nas ten kadr po wyjściu z kina tak, jak powinna uwierać Bośnia wszystkich tych, którzy machnęli na nią ręką. Przecież (on człowiek, kraj) tam ciągle leży, co z nim będzie, kiedy się obudzi? 
Jesienny wysyp premier istotnych rozpoczyna się wyrazistym akordem. „Ziemia niczyja” to jeden z najwybitniejszych w historii kina dramatów o antymilitarnej wymowie; zapewniam, że warto dla niego przekroczyć próg multikina. Skądinąd zaczyna mnie niepokoić taktyka dystrybutorów: to kolejny, po „Dniu świra”, wybitny film dostępny wyłącznie na ekranach multipleksów...

ZIEMIA NICZYJA („NO MAN’S LAND”). Reż., scen. i muz. Danis Tanović; zdj. Walther van den Ende; Francja, Włochy, Słowenia, Belgia, Wielka Brytania 2001

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 36 (2774), 8 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl