Psucie kultury masowej

Marcin Król



Kiedy oglądam filmy z ostatnich lat, czytasm nowe powieści detektywistyczne lub szpiegowskie, mam niepokojące poczucie, że nie wiem, jak film lub powieść się zakończy. Niby na tym to polega, jednak zakończenie powinno mieścić się w konwencji. Kultura masowa to bajki dla ludu, czyli dla wszystkich, a bajka nie może kończyć się tym, że wilk zjadł babcię, a Czerwony Kapturek odchodzi zadowolony, bo babcia była stara, a wilk jest ekologiczny.
Wszystko zaczęło się od wielkiej Agaty Christie, która w ,,Zabójstwie Rogera Ackroyda” złamała konwencję i mordercą okazał, się wbrew naszym naturalnym psychologicznym odruchom, narrator, z którym się utożsamialiśmy. Agata Christie została za to dożywotnio usunięta z brytyjskiego stowarzyszenia autorów powieści kryminalnych. I słusznie. Teraz oglądam Gene Hackmana, któremu zabijają przyjaciela, rzuca go ukochana żona, a on pogwizdując oddala się z łupem w świat. W innym filmie bohaterów ratuje fakt, że złoczyńca jest maniakalnym tancerzem oraz śpiewakiem, w ostatniej chwili przypadkiem uruchamia się radio i ten bydlak zaczyna tańczyć i śpiewać, wymachując pistoletem. Bohaterowie z nudy zasypiają, my też, a policja zdąża na czas. A przecież do połowy był to zabawny film ze świetnymi aktorami (Tim Robbins, Martin Lawrence).
Z kolei w powieściach detektywistycznych nawet tak znakomitych autorów jak Jonathan Kellerman, żli ludzie to zwolennicy eugeniki i przetrwania tylko udanych egzemplarzy gatunku ludzkiego. Więcej tu banalnego wykładu z najnowszej historii rasizmu oraz prymitywnie pojmowanego darwinizmu niż akcji. W innym dziele tajny agent w ogóle nie jest agentem, tylko dziennikarzem, który udaje agenta, żeby wszystko opisać, jednak prezydent mu wyjaśnia, że zaszkodziłoby to interesowi państwa, więc bohater zmienia zdanie i wyjeżdża na ryby (daję słowo, takie jest zakończenie niesłychanie zawiłej opowieści).
Co się stało? Dlaczego kultura masowa utraciła jedyną zapewne zaletę, czyli przewidywalność? Można na tym tle zrozumieć sukces tak marnych filmów jak „Titanic” czy „Gladiator”, wszystko w nich jest jak było. Bohater jest bohaterem, a podli ludzie – złoczyńcami. Bohater ginie, my wszyscy w płacz. Jednak to tendencja zanikająca. Jedynie seriale telewizyjne trzymają standard. 
Otóż, jak się zdaje, autorom produkującym na potrzeby kultury masowej pomieszało sie w głowach i próbują połączyć poziomy tak bardzo od siebie odległe, że nie może z tego wyjść nic dobrego. Skoro znakomity reżyser (David Mamet) bierze się za kryminał, to musi tak go udziwnić, żeby było widać, iż on myśli. Sama perfekcja wykonania (patrz „Żądło”) już mu nie wystarcza, jeszcze by kto pomyślał, że on po prostu robi film sensacyjny. Widzowie zaś, których trudno zaskoczyć nowym rozwiązaniem, akceptują zrujnowanie konwencji, gdyż wydaje się to im zabawne. Ale, ostrzegam, jest to zabawa na krótko. Co będzie potem? Nic, bo bez konwencji nie ma kultury masowej.
Jest wreszcie kwestia wstydu. Wstydzą się twórcy i wstydzą się widzowie oraz czytelnicy. Wstydzą się tego, że są twórcami lub odbiorcami kultury masowej. A czego się tu wstydzić? Przecież to dla ludzi i dla zabawy. Chyba że już jest tak źle, że wstydzimy się po prostu bawić.






 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 36 (2774), 8 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl