Komentarze

 


Ks. Adam Boniecki Dekret i co dalej?

Wojciech Pięciak Podwójny nelson sędziego Garzóna

Krzysztof Kozłowski Pytanie o Urbana



 

 




  
Dekret i co dalej? 


Na pytanie, co zrobi o. Rydzyk po dekrecie Księdza Prymasa, nakazującym 
uzyskanie zgody na działanie „Biur Radia Maryja” w Archidiecezji Warszawskiej, można spokojnie odpowiedzieć, że o. Rydzyk o taką zgodę poprosi. Nasuwają się natomiast inne pytania. Czy w ślad za Arcypasterzem warszawskiej metropolii pójdą inni biskupi? I co wyniknie z podporządkowania „Biur Radia Maryja” władzy diecezjalnej? A problem jest, bo trudno udawać, że Radio Maryja nie rodzi w Kościele w Polsce podziałów. Wynikają one, jak powiedział ks. bp Tadeusz Pieronek, z „przypisywania sobie monopolu na interpretację wiary i w jej świetle oceniania różnych zjawisk społecznych, politycznych, a także – co wydaje się o wiele groźniejsze – osób”. W Kościele jest dość miejsca na różnice poglądów w wielu kwestiach i te różnice nigdy Kościołowi nie zaszkodziły. Dopiero przypisywanie inaczej myślącym najgorszych intencji, odsądzanie ich od czci i wiary – znamionujące niestety toruńską rozgłośnię – zagraża jedności i nie zbliża do prawdy.
Czy zezwolenia na działalność Biur Radia Maryja lub ich odmowa będą miały jakikolwiek wpływ na styl „katolickiego głosu w twoim domu”?


Ks. Adam Boniecki








Podwójny nelson sędziego Garzóna

Wśród kolegów hiszpański sędzia Baltasar Garzón ma opinię moralnego rygorysty, który zwalczanie zła postrzega nie tylko jako rutynowe wypełnianie zawodu, ale jako misję. Ten niedoszły ksiądz (odszedł z seminarium po sześciu latach) w 1998 r. stworzył precedens prawny, gdy przy pomocy listu gończego Interpolu doprowadził do zatrzymania w areszcie domowym w Londynie eks-dyktatora Pinocheta. Garzón o mały włos nie powstrzymał też kariery Berlusconiego, walczącego o fotel premiera Włoch: w 2001 r., prowadząc śledztwo przeciw operacjom finansowym jego firm działających w Hiszpanii, wystąpił (bezskutecznie) o odebranie mu immunitetu we Włoszech i w Parlamencie Europejskim. 
Od 1996 r. Garzón prowadzi też dochodzenie przeciw przedziwnemu zlepkowi różnych stowarzyszeń, związków zawodowych, klubów, gazet, a nawet knajp (tzw. tawern ludowych) i organizacji feministycznych oraz partii politycznych z Kraju Basków, które rozrosły się tam – często przy wsparciu... państwa hiszpańskiego, dotującego legalną działalność partyjną – tworząc nieformalne zaplecze społeczne dla terrorystów z ETA. Terroryści, walczący od 1968 r. o niepodległość regionu z hiszpańskimi władzami i społeczeństwem – albo szerzej: ze wszystkim, co hiszpańskie i nie-baskijskie – zabili ponad 830 osób: policjantów, urzędników, polityków, dziennikarzy; także Basków, którzy nie dali się zastraszyć ETA albo będącej „politycznym ramieniem” ETA, choć legalnej, skrajnie nacjonalistycznej partii Batasuna. 
Garzón nie został jednak sam: jego zakaz działalności Batasuny (po baskijsku: „Zjednoczony Lud”) tylko o kilka godzin wyprzedził inicjatywę hiszpańskiego parlamentu. Opierając się nie o kodeks karny, jak Garzón, lecz o nową ustawę o partiach, Kortezy wystąpiły do Sądu Najwyższego o delegalizację Batasuny. Na pierwsze strony gazet trafiły okrzyki, jakimi głosujący zgodnie „za” posłowie rządzącej chadecji i opozycyjni socjaliści odpowiedzieli na protesty deputowanych z partii umiarkowanych baskijskich nacjonalistów: „Różnica między nami jest taka, że to nas zabijają, nie was!”. Wkrótce policja zamknęła biura partii (jej konta zamrożono wcześniej), a jej działacze z rad miast i gmin (i wieloma z nich rządzący; Batasuna dostawała w Kraju Basków do 20 proc. głosów) nie będą mogli startować w następnych wyborach.
Czy delegalizacja Batasuny powstrzyma terror? Oczywiście nie. Czy więc ma sens? Na to pytanie, uniwersalne, bo odnoszące się nie tylko do Hiszpanii – choć tu o wymiarze historycznym, gdyż jest to pierwsza delegalizacja partii od upadku czasów Franco – wypada odpowiedzieć: tak. Demokracja nie może tolerować – oraz dotować i integrować w swych instytucjach – formacji, która legitymizuje przemoc, przeciwników zastrasza i uważa się przy tym za opozycję antysystemową (choć zarazem korzysta z demokracji), a nadto, mając strukturę wodzowską, posługuje się „językiem walki” i fanatyzuje swych zwolenników, z których ETA rekrutuje terrorystów. A ostatnie słowo i tak będzie należeć – to kolejne dobrodziejstwo demokracji, z którego korzysta ETA i jej „przybudówki” – do sądu. 

 
Wojciech Pięciak









Pytanie o Urbana

Jak mógł Jerzy Urban swoim tekstem w „Nie” – pytają oburzeni do żywego 
rodacy – obrazić Ojca Świętego? Otóż nie mógł obrazić, bo Jerzy Urban nie jest po prostu w stanie obrazić Papieża, nawet gdyby bardzo tego chciał. A chciał zapewne bardzo, bo taka jest już jego natura: błyskotliwe teksty z chamską treścią, a częściej chamskie maniery skrywające inteligencję, albo jedno i drugie. Znacznie ciekawsze jest coś innego, a mianowicie przepaść dzieląca wywody człowieka lewicy Jerzego Urbana na temat papieskiej pielgrzymki od słów skierowanych do Papieża przez lewicowego Prezydenta RP. Rozdarcie na lewicy jest nie mniejsze niż na prawicy, bo przecież tygodnik „Nie” czyta grubo ponad milion ludzi, głosujących w ogromnej większości na SLD, a równocześnie ponad 80 proc. członków SLD zdecydowanie popiera Aleksandra Kwaśniewskiego. A może nie są to dwa radykalnie różne zbiory osób, może rozdwojenie jaźni jest czymś charakterystycznym dla przeciętnego członka SLD? Może jest tak, że głosuje się na Aleksandra Kwaśniewskiego i nawet wybacza mu się „pragmatyczne” wypowiedzi („widocznie tak trzeba dzisiaj grać”), a równocześnie szuka się osobistej satysfakcji i czegoś swojskiego w tekstach „Nie” i ich języku, będących prostą odtrutką na narzuconą demokrację i europejskość. Pytanie o Jerzego Urbana jest więc w dużej mierze pytaniem o zdrowie psychiczne SLD i przyszłość tej lewicowej w założeniu partii.


Krzysztof Burnetko



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 36 (2774), 8 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl