Na pożegnanie Karli Lanckorońskiej 25 sierpnia 2002 roku


Virgo militans

Lech Kalinowski



W osobie Karli Bóg wyposażył ostatnią przedstawicielkę rodu z Brzezia Lanckorońskich za wszystkich poprzedników, czego ona sama, nie bez dumy, była świadoma. 


Dał Jej zdrowie i siły fizyczne do przetrwania trzech bez mała lat utraty osobistej wolności w czasach drugiej wojny światowej – najpierw w więzieniach Stanisławowa, Lwowa i Berlina, potem w obozie koncentracyjnym w Ravensbrück – oraz do pomyślnego dożycia 104 lat. Dał Jej nieugiętość w dążeniu do celu, którym obok pracy naukowej była działalność niepodległościowa dla Polski. Dał Jej siłę woli i wytrwałość. Dał Jej odwagę i hart ducha. Dał Jej mądrość myśli i czynu. Dał Jej dobroć serca i miłość piękna. I dał Jej wierność ideałom i przyjaźni.
Strachu przed odejściem z tego świata nie znała od młodości. A kiedy słuch i pamięć zaczęły odmawiać posłuszeństwa, zrozumiawszy, nie bez goryczy, że zanim śmierć do drzwi zapuka, grozi Jej utrata sprawności umysłu i zdolności do wykonywania dobrowolnie podjętych obowiązków wobec Ojczyzny – uznała śmierć za rozwiązanie pożądane. „Teraz, w tak bardzo późnym wieku – pisała 6 maja 1989 – pragnę śmierci; wobec rosnącej utraty pamięci, zbliżam się bowiem do utraty samodzielności. Mogę stać się bezużytecznym ciężarem dla miłosiernych i przychylnych mi ludzi (...) Mam nadzieję, że o ile mi ta łaska dana nie będzie, zniosę zgrzybiałość z godnością, ale pragnę jej nie dożyć! To mi wolno!”. Myślała wtedy z zazdrością o nagłym odejściu Izy (Elżbiety) Zamoyskiej.
W stanie „odpowiedzialnym i pełnosprawnym”, kończąc 90 rok życia, złożyła przewodnictwo założonej przez siebie wraz z rodzeństwem Fundacji z Brzezia Lanckorońskich w ręce Jana Badeniego, po którego śmierci przekazała je z kolei Zygmuntowi Tyszkiewiczowi. Mimo słabnącej pamięci oraz pogarszającego się słuchu i wzroku swoją pracę w nowym, ograniczonym zakresie pełniła do końca z niewiarygodną sumiennością, pomagając przy korekcie wydawnictw Polskiego Instytutu Historycznego w Rzymie, rozdzielając stypendia, czuwając nad realizacją recept i nad paczkami, kontynuując rozległą korespondencję, wygłaszając dla stypendystów prelekcje o sztuce Michała Anioła i prowadząc ich do wybranych zabytków Świętego Miasta, a w ostatnich latach pisząc drukowane w „Tygodniku Powszechnym” okruchy wspomnień.
Sprawne wykonywanie wyznaczonych sobie zadań sprawiało Jej radość i dawało wewnętrzne zadowolenie, natomiast zewnętrzne wyrazy uznania – jak artykuł „Karla” zamieszczony w roku 1983 w „Tygodniku” – nie napełniały Jej dumą czy próżnością, ale wręcz budziły w Niej niepokój. „Mnie bardzo onieśmiela, a nawet trochę gnębi, jeśli czytelnicy otrzymują obraz mojej osoby daleki, bardzo daleki od rzeczywistości (...) zestawianie długie tego, co mogłam zrobić i tego, czego dokonałam, dobrze nie wypada. Wiem i widzę, że plon powinien być o wiele bogatszy! Oceniając więc siebie realistycznie, czuję się speszona i zawstydzona, jeśli ktoś aż tak zaszczytnie o mnie myśli i pisze.”
Nie brakło gromów z jasnego nieba, przykrości i smutków. Jak Anteusz w walce z Herkulesem za dotknięciem ziemi odzyskiwał siły, tak Karla, po każdym odrywającym Ją od obowiązków ciężkim doświadczeniu, mimo przekroczenia 90 lat, natychmiast zdwajała wysiłki, aby wytężoną pracą przezwyciężać zewnętrzne i wewnętrzne przeszkody.


W ostatnich latach, w chwilach najtrudniejszych, z konieczności wycofując się z udziału w przygotowywaniu do druku i redagowaniu źródeł historycznych, wracała Karla do ukochanego świata sztuki, którego dobrowolne wyrzeczenie się w roku 1945 było ceną, jaką przyszło Jej zapłacić na rzecz owocniejszej działalności dla Kraju. Wracała więc do Michała Anioła, który ze wszystkich artystów od dzieciństwa był Jej najbliższy, ale i do Giovanniego Pisano w Pizie i Pistoi, i do Giotta w Padwie, i do Tintoretta w Scuola di San Rocco w Wenecji, i do Caravaggia („Chrystus z uczniami w Emaus” w National Gallery w Londynie), i do Rembrandta (portret Tytusa w Wallace Collection tamże, który uważała za najpiękniejszy wśród znanych Jej obrazów świata). Ze wszystkimi dziełami sztuki żegnała się osobiście, nie szczędząc wysiłków i trudów podróży, by tylko dotrzeć do umiłowanych arcydzieł.
Zacieśniając przyjaźń z osiadłym po wojnie w Hertzianie, starszym od siebie o dwa lata wybitnym historykiem sztuki Ryszardem Krautheimerem, z którym się zetknęła w Rzymie jeszcze w r. 1928, poszerzała swoje zainteresowania o czasy wczesnego chrześcijaństwa. Podziwiała dalekowzroczność Konstantyna Wielkiego, która pozwoliła mu wykorzystać szerzącą się wówczas wiarę w Chrystusa do scalenia rozpadającego się organizmu państwowego. W instytutowym pokoju, który był Jej biurem i miejscem przyjmowania gości, drewniana półka przy ścianie między oknami zapełniła się wówczas nowościami z zakresu historii końca starożytnego świata i dziejów rodzącego się Kościoła.
Głęboko wierząca, najdalsza była od dewocji. Przywiązana do łacińskiego rytu liturgii, w niedzielę i święta uczestniczyła w Mszy trydenckiej. Gdy nie mogła już chodzić, co czwartek odwiedzał Ją z Eucharystią ksiądz z kościoła św. Stanisława.
W ostatnich wieczornych rozmowach wielokrotnie wracała do uczniów z Emaus, którzy prosili zmartwychwstałego Chrystusa, aby od nich nie odchodził (Łukasz 24,29). Zwykła wtedy powtarzać po łacinie: „Mane nobiscum; quoniam advesperascit, et inclinata est iam dies” („Zostań z nami; bo ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił”), pragnąc, aby w przyszłości wśród krótkich modlitw, jakie w Jej rodzinie był zwyczaj umieszczać na ulotnych drukach z podobizną zmarłej osoby, i one się znalazły. Jeszcze za życia zadbała o swój grób na Campo Verano, a w nim o garść ziemi z Polski. Do Kraju, od dnia przymusowego przekroczenia jego granicy 29 listopada roku 1942 w drodze do Berlina i Ravensbrück, już nie wróciła.

Virgo militans, której siła organizmu wbrew Jej pragnieniom opóźniała dotknięcie ościeniem śmierci, pozostając pod stałą opieką troskliwie czuwających pielęgniarek, odeszła w spokoju modlitwy do źródła Prawdy, Dobra i Piękna, wierna Bogu, Polsce i sobie samej. „Et laudent eam in portis opera eius” („I niech ją chwalą w bramach uczynki jej”; Księga Przysłów 31, 31).

Autor (ur. 1920) jest historykiem sztuki, profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, członkiem Polskiej Akademii Umiejętności; przez wiele lat był nieoficjalnym przedstawicielem Fundacji Lanckorońskich w kraju, pośrednicząc w akcji stypendialnej.








 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 36 (2774), 8 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl