Do szkoły z dobrą panią minister

Andrzej Kaczmarczyk 



Ten rok na długo pozostanie w pamięci tegorocznych maturzystów, absolwentów gimnazjów, ich rodziców, urzędników kuratoriów i samorządowych wydziałów oświaty, a także wydawców szkolnych podręczników. Miał to być rok zakończenia prawnych i strukturalnych reform w oświacie. Był rokiem likwidacji reformy i to w atmosferze bałaganu. Więcej: reforma i uczniowie stali się przedmiotem, a nie podmiotem politycznej walki koalicji i opozycji, które w trakcie roku szkolnego zamieniły się miejscami.


Główną bohaterką tych wydarzeń była minister edukacji Krystyna Łybacka, zwana ponoć przez partyjnych kolegów „Księżną SLD”. Jednak by zrozumieć, czym miała być dla swojego elektoratu, warto przypomnieć zimowe spotkanie pani minister z działaczami Związku Nauczycielstwa Polskiego. Niezadowoleni z kolejnych przesunięć terminów podwyżek dla nauczycieli lewicowi związkowcy pytali ją, cytując Biblię: „Czy jesteś tym, który miał przyjść, czy mamy czekać na innego?”. Bo dla lewicowej części nauczycielskiego elektoratu Łybacka miała być mesjaszem, który miał zburzyć reformatorski porządek i przywrócić stary, dobry świat.

Powiedz Jasiu, co umiesz
Pod koniec zeszłego roku ogłoszono wyniki badań przeprowadzonych w ramach Międzynarodowego Programu Oceny Umiejętności Ucznia PISA. Ten sprawdzian ma na celu skontrolowanie nie tyle poziomu teoretycznej wiedzy dzieci, co umiejętność rozumienia tekstu i logicznego myślenia. Badanie przeprowadzono w 32 krajach OECD. W Polsce dotyczyło ono 4 tys. uczniów w szkołach wszystkich typów. Wypadliśmy znacznie poniżej średniej. Niecałe 6 proc. polskich dzieci w pełni zrozumiało tekst. Prawie 9 proc. nie spełniło pod tym względem nawet minimum zakładanego przez autorów. Oznacza to, że co 11 mały Polak potrafił przeczytać tekst, ale nie umiał go zrozumieć. Najgorsze wyniki uzyskali uczniowie szkół zawodowych i techników.

Lekcja historii
Reforma edukacji była jedną z czterech wielkich reform koalicji AWS–UW. Chodziło o podniesienie poziomu i wyrównanie szans edukacyjnych. Planowano skrócić czas nauki w podstawówkach o dwa lata, a w zamian wprowadzić trzyletnie gimnazja. W szkolnictwie ponadgimnazjalnym w miejsce liceów ogólnokształcących i oskarżanych o produkowanie bezrobotnych technikach, miały powstać licea profilowane kończące się maturą. Do nich trafiałoby 80 proc. absolwentów gimnazjów. Pozostali uczyliby się w zawodówkach, których liczba miała ulec zmniejszeniu. Sztandarową pozycją reformy było wprowadzenie zewnętrznych (czyli przygotowanych i ocenianych przez organa kuratoryjne) egzaminów po każdym etapie nauki. Test po podstawówce winien służyć jedynie informacją uczniowi i nauczycielowi na temat poziomu nauczania. Ale już egzamin gimnazjalny, oprócz tej funkcji, miał zastąpić egzamin do liceum, a takaż matura miała stać się przepustką na studia. Obowiązkowymi przedmiotami na maturze byłyby: język polski, obcy i ponownie matematyka.
Ukoronowaniem reformy miała być właśnie nowa matura (po raz pierwszy w roku 2002) i zmiany w szkolnictwie ponadgimnazjalnym (od września 2003). Te najważniejsze zmiany budziły jednak największe kontrowersje. Nowa matura zmuszała nauczycieli do wysiłku. Dawała możliwość obiektywnej oceny ucznia, ale po paru latach także... uczącego go nauczyciela. Likwidacja techników i zawodówek, produkujących specjalistów w „martwych” zawodach oznaczała utratę pracy dla części nauczycieli. Powiększało to zwolnienia i tak nieuchronne, bo wynikające z nadchodzącego niżu demograficznego. Wszystko to w dobie zapaści gospodarki i wysokiego bezrobocia. Na dodatek finał reformy zbiegał się z terminem wyborów parlamentarnych. Czy mogło się udać?

Lekcja wychowawcza
Pod koniec września 2001 (to jeszcze rząd AWS), już po próbnej, nowej maturze, wiceminister edukacji Wojciech Książek przepraszał maturzystów, że „stali się zakładnikami” polityki. Była to odpowiedź ministra na uporczywe pytanie maturzystów, jaką będą zdawać maturę. Bowiem tamtej jesieni nic nie było jasne.
Autorzy reformy od początku wiedzieli, że czasu mają mało. Poparcie „Solidarności” w sprawie reformy oświaty było chwiejne, a najpotężniejszy nauczycielski związek ZNP od początku był nastawiony wrogo. Pędzili więc do przodu, popełniając liczne błędy, które, ku uciesze SLD, wytknęła im Najwyższa Izba Kontroli. Ofiarą reformatorskich zapędów padł nawet „ojciec chrzestny” zmian prof. Mirosław Handke. Dostarczył przy tym okazji do żartów opozycji i dziennikarzom. Oto minister, który zapowiedział powrót obowiązkowej matematyki na maturze, pomylił się szacując koszty podwyżki dla nauczycieli, którą usiłowano zmniejszyć gniew środowiska. Brakło ok. 700 mln. Zdumiewające zresztą, że w Polsce jakiś minister stracił stanowisko z powodu tak „błahej” pomyłki...
Gdy sondaże zapowiadały już przytłaczające zwycięstwo lewicy w nadchodzących wyborach, rząd przegrał (jednym głosem) głosowanie nad likwidacją techników i utworzeniem liceów profilowanych w miejsce ogólnokształcących. Dopiero interwencja Senatu uratowała rządowy projekt, ale to były już „okopy Św. Trójcy”. Prący do zwycięstwa SLD, ustami swej przyszłej minister Krystyny Łybackiej, zapowiadał przesunięcie terminu nowej matury i ocalenie techników. Kilkaset tysięcy głosów niechętnych reformie nauczycieli, wspartych przez tych uczniów (i ich rodziców), którzy obawiali się nowej matury uczniów, było kąskiem nie do pogardzenia.

Entliczek-pentliczek
Przez następne miesiące medialne doniesienia o losach reformy przypominały dziecięcą wyliczankę. Nowa – stara (oczywiście matura) oraz technikum – liceum. I tak bez końca. Politycy powtarzali te słowa jak zaklęcia, a czas płynął. Rok szkolny się zaczął. Próbna matura (oczywiście nowa) się odbyła. Jedna czwarta próbnie egzaminowanych próbnie nie zdała matematyki. Samorządy pilnie pracowały nad nową siatką nowych szkół ponadgimnazjalnych, a termin zakończenia prac upływał 31 października. Tymczasem przyszła, a potem urzędująca minister, lojalnie uprzedzała, że tych zmian nie będzie. W odpowiedzi młodzież maturalna wyszła gdzieniegdzie na ulicę w obronie nowej matury, a przynajmniej w celu wykazania niezadowolenia z tego stanu zawieszenia. Rząd odpowiedział przesunięciem terminu zakończenia prac nad nową siatką szkół ponadgimnazjalnych. Ale zrobił to w listopadzie, gdy prace już były zakończone. Po co? Taki manewr uniemożliwiał ogłoszenie wypracowanych zmian jako obowiązujących. Nowy termin, do końca grudnia, dał czas na zmianę ustawy.
Tak więc prace nad tworzeniem szkół trwały, choć były skończone, a uczniowie wciąż nie wiedzieli, gdzie będą kontynuować naukę. Ba, nie wiedzieli dalej, jaką będą zdawać maturę. Minister Łybacka zapowiedziała włączenie do starej matury kilku liberalnych przepisów z nowej. Np. możliwość ustnej poprawki z języka polskiego i zwolnienia z egzaminu z języka obcego na podstawie różnych certyfikatów. Do sporu przyłączył się Rzecznik Praw Obywatelskich. Poinformował, że maturzyści mogą traktować stan prawny z 1 września (czyli m.in. nową maturę) jako prawa nabyte i w wypadku niezdania starej matury mogą zwrócić się do sądu. Pani minister wyraziła wprawdzie zdziwienie, że Rzecznik wypowiada się na temat rozporządzenia, którego jeszcze nie ma i to „przebywając za granicą”. Ale ustąpiła. Będzie matura stara i nowa. Do wyboru. Jednak tylko w tym roku szkolnym. Następna nowa dopiero w roku 2005.

Repetowanie
Wydawałoby się, że to rozwiąże problem, ale sprawa nabrała już własnej dynamiki. U pani minister pojawił się szef ZNP i zażądał likwidacji egzaminu dla szóstoklasistów, bo „to stresujące”, a także zastanowienia się nad sensownością organizowania egzaminów gimnazjalnych. Konsekwentnie zaproponował też likwidację Ogólnopolskiej Komisji Egzaminacyjnej jako kosztownej, a niepotrzebnej. Z rozpędu chyba zapomniał, że ta komisja prócz nowych matur, przygotowuje też tematy do starych. Tego było za dużo nawet dla minister Łybackiej.
Jednak przeciwnicy reformy się nie poddali. Wkrótce w parlamencie odrzucili rządowy projekt, by w ocalonych technikach uczniowie mogli zdawać maturę już po trzeciej klasie, a w czwartym roku ewentualnie uczyć się zawodu lub zdawać na studia.
I znowu: nawet Krystyna Łybacka przyznała po tym, że takie działanie ma na celu jedynie utrzymanie etatów dla nauczycieli zawodu.
Poza tym samo rozporządzenie ministra nie rozwiązało problemu. Maturzyści musieli wybrać maturę do końca listopada, podczas gdy uczelnie wyższe miały prawo zdecydować, w jaki sposób będą honorować nową maturę przy rekrutacji do końca grudnia. No i wybrali: 2 proc. nową maturę. Dla dopełnienia bałaganu, o który Księżna SLD oskarżała poprzedników, rozporządzenie o nowych szkołach ponadgimnazjalnych ukazało się w Dzienniku Ustaw 17 grudnia, a termin ustalenia siatki nowych szkół przez samorządy upływał z końcem roku.
Ale w kwestii szkół ponadgimnazjalnych i nowej matury czekały nas jeszcze w minionym roku dwie niespodzianki. Uczniowie, których politycy potraktowali tak przedmiotowo, mieli jednak okazję wypowiedzieć się we własnym imieniu. Mimo że liczbę liceów ogólnokształcących zwiększono o ponad 500, chętni absolwenci gimnazjów wypełnili prawie wszystkie miejsca. Natomiast wolne ławki pozostały w liceach profilowanych (tych utworzonych przez min. Łybacką, nie mylić z propozycją min. Handkego) i w zawodówkach (tu nawet połowa). Więcej chętnych było w technikach, ale ich liczba, decyzją samorządów, zmniejszyła się o połowę. Tak więc absolwenci gimnazjów masowo zagłosowali za ogólnokształcącymi, trzyletnimi szkołami kończącymi się maturą. Takie rozwiązanie proponowali reformatorzy.
Druga ciekawostka to fakt, że nowa matura w roku 2005 wcale nie jest taka pewna. Nowe, trzyletnie szkoły ponadgimnazjalne to nowe podstawy programowe i programy nauczania. Potrzebne więc jest nowe rozporządzenie o standardach egzaminacyjnych. Ministerstwo nie zatwierdziło jednak nawet koncepcji egzaminu. O problemie prasa pisała już w lutym, tymczasem w sierpniu okazało się, że sprawa dalej nie jest załatwiona i że może nas czekać „powtarzanie programu” przerobionego już w zeszłym roku. Dodatkowo ta bezczynność ministerstwa nasuwa podejrzenia co do szczerości intencji wprowadzenia nowej matury... kiedykolwiek.

Bułka zamiast szansy
Tymczasem pani minister stara się poprawić swój wizerunek proponując program „Pierwsza wyprawka” i obiecując obowiązkową edukację od 6 roku życia. „Pierwsza wyprawka” to socjalna pomoc dla najuboższych dzieci. Za 21 mln (200 zł na osobę ) ponad 100 tys. dzieci ma otrzymać pierwsze podręczniki, tornister i strój sportowy. Zwłaszcza dla rodzin wielodzietnych to nie byle jakie wsparcie. Gdy jednak o ten program pytam wiceprezydent Krakowa Teresę Starmach, ta kiwa głową: „Każda pomoc się liczy, ale 700-tysięczny Kraków otrzyma z tego programu 94 tys. zł. W tym roku wydamy na oświatę 580 mln. Tylko 400 pochodzi z subwencji, zresztą mniejszej niż spodziewana o 27 mln”.
Z kolei obowiązkowa „zerówka” ma pomóc wyrównać szanse edukacyjne dzieci ze wsi i z miast. Tymczasem już teraz do nieobowiązkowych zerówek chodzi 96 proc. dzieci w miastach i 87 proc. na wsi. Czy więc na pewno to ta różnica jest przyczyną, dla której tylko nieliczne dzieci wiejskie znajdą się na studiach, a tylko 40 proc. z nich uzyska maturę? I czy „zerówka” będzie w szkole (wtedy finansowana być musi z subwencji oświatowej), czy w przedszkolu (wówczas zapłacić za nią powinien samorząd ze środków własnych)?
Warto tu przypomnieć jeszcze jeden program pani minister: dożywiania dzieci w szkole. Ogłosiła go w okolicach Świąt Bożego Narodzenia 2001. Miał ruszyć od Nowego Roku 2002. Tymczasem okazuje się, że kiedy w sierpniu 2001 w Sejmie głosowano propozycję darmowego dożywiania i zakupu podręczników dla dzieci z rodzin objętych pomocą społeczną, to projekt padł głosami m.in. SLD i PSL.
Są w Polsce dzieci niedożywione i są rodzice, którym sen z powiek spędza wizja szkolnych zakupów. Jest im potrzebna pomoc. Ale minister edukacji nie może być tylko „Dobrą panią” oferującą szklankę mleka. Dzieci z polskiej prowincji, ale także te biedne z dużych miast, potrzebują autentycznego wyrównania szans edukacyjnych. Potrzebują szkoły, w której będą mogli spełnić inne marzenia niż darmowa kanapka i doraźna pomoc państwa w postaci tornistra i tenisówek. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 36 (2774), 8 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl