Votum separatum

Felieton gorzki

JÓZEFA HENNELOWA



Na tym skrawku miasta bank jest akurat koło przystanku tramwajowego. Jadąc do centrum, można najpierw załatwić wszystkie potrzebne właśnie formalności. Dzisiaj będzie to oddanie czeku na rzecz Caritas, cel: pomoc powodzianom w Czechach. Rano w gazecie podano numer konta, wypełnienie czeku to dwie minuty, oddanie go w banku (akurat nie ma nikogo) – trzydzieści sekund. Jak wygodnie i łatwo dokonuje się tzw. dobrego uczynku...
Teraz można jechać do miasta. Na przystanku niewielu oczekujących, a ławka pod wiatą niemal pusta. Dlaczego właściwie wszyscy stoją, prócz tej jednej osoby zajmującej środek ławki, pochylonej do przodu tak, że grzywa skłębionych bardzo czarnych i bardzo nieporządnych włosów zupełnie zasłania twarz? Trudno nawet powiedzieć, mężczyzna czy kobieta: dżinsy, koszula, buty – wszystko byle jakie i brudne jak włosy. Już wiem, dlaczego nikt nie siedzi obok: postać co chwila kicha prawdziwą fontanną. Coś się z nią dzieje niedobrego, ale właściwie co? Każdy woli być trochę dalej. Każdy zastanawia się, kiedy sytuacja stanie się taka, że trzeba będzie zareagować, szukając pomocy – ale jakiej właściwie?
Mijają minuty, przerywane tylko kichnięciami coraz potężniejszymi. Nagle postać wstaje: to kobieta. Twarz ma zmarnowaną, ale jest zdecydowanie młoda. Idzie do kosza na śmieci, grzebie w nim, wynajduje peta, próbuje się zaciągnąć. Wraca na ławkę. My inni patrzymy na siebie coraz niespokojniej. Czy czegoś potrzebuje i czego tak naprawdę?
Już przywykliśmy, w tym naszym niedawnym ale coraz bardziej urządzającym się świecie po transformacji, że od nas statystycznych „miłosiernych” oczekuje się czegoś coraz mniej kłopotliwego: przyłączenia się do jakiejś zbiórki. Czasem się to odbywa tak kolorowo, jak w Wielkiej Orkiestrze, ale niemal z reguły– łatwo i prosto. Skarbonka w pogotowiu, czek do wypełnienia, ba, może to być nawet kliknięcie „w brzuszek pajacyka” albo wysłanie „esemesa” za złotych pięć plus vat. Dajcie nam wasze pieniądze, a już my załatwimy całą resztę – mówią nam coraz liczniejsze organizacje pozarządowe. A my, statystyczni „miłosierni”, czujemy się dzięki temu coraz bardziej komfortowo.
Czasem tylko zjawiają się wśród nas tacy, którzy stają przy człowieku, jakiego najchętniej i możliwie najszybciej zgubilibyśmy z pola widzenia. Potrzebującym obecności, nie darowizny. Nie umiejącym żyć. Poplątanym i zagubionym niemal bez ratunku. Budzącym na pierwszy odruch same odruchy negatywne. Ci nieliczni przy nich stają – i zostają na stałe.A my, podziwiając ich z całej duszy, przy pierwszej okazji udzielenia swojej obecności choćby na nieliczne minuty, przeżywamy tylko gwałtowną panikę. Jak teraz na przystanku.
Dzięki Bogu: nadjechał kolejny tramwaj. Postać w dżinsach, nie odgarniając nawet włosów z twarzy, idzie do drugiego z wagonów, wsiada, odjeżdża. Nic się nie stało : nie zasłabła, nie upadła, nawet się nie zatoczyła. Niczego od nas nie chciała. Już jej nie ma. Problem zniknął.
Tak, dopiero co był „Kotan”. Są inni jemu podobni. Są, na szczęście. Co za ulga, że jeszcze raz nie musimy rozstrzygać, czy potrafilibyśmy ich naśladować. A następny czek zawsze można wypełnić.








 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 36 (2774), 8 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl