„By w sobie naród skrzepł”

Karolina Deling



Przed II wojną światową ostrzegał przed „anarchią moralną” idącą od bolszewickiego Wschodu, aby po wojnie współpracować z władzami PRL jako „katolik postępowy i lewicowy”: ksiądz Henryk Weryński, jeden z najbardziej znanych „księży-patriotów”.


„Kochany Jasiu! Zarzucałeś mi swego czasu, że nie mam odwagi do śmiałych wystąpień. Przesyłam Ci dowód, że tak nie jest. Serdecznie Cię ściskam i pozdrawiam. Henryk Weryński. W Krakowie, dnia 18. maja 1946 roku” – notkę tej treści ksiądz Henryk Weryński wkleił do książeczki swego autorstwa, którą podarował Janowi Wiktorowi. Wydana w 1946 r. broszura nosi tytuł „Katolicy radykalni”. Jest to niewielki esej, ale znamienny dla poglądów tego duchownego: w czasach PRL ksiądz Weryński był bowiem jedną z czołowych postaci, tworzących ruch tzw. „księży patriotów”. 
Jeszcze przed wojną, w 1931 r., ks. Weryński wydał inną broszurę: „Praca dla Ojczyzny”. Wtedy jego Ojczyzną, którą patetycznie nazywał „Matką”, była II Rzeczpospolita. Praca dla poprawy życia obywateli i dobra kraju, miała być zdaniem Weryńskiego wdrażana na trzech polach: jednostki, rodziny i Kościoła katolickiego. Polacy mieli pracować „nie tylko po to, by w sobie naród nasz skrzepł, ale i po to, by mógł stać się wałem ochronnym przed zalewem barbarzyństwa duchowego i anarchii moralnej idącej od wschodu”. 
Tymczasem po wojnie, 15 lat później, ks. Weryński – zafascynowany działalnością francuskiego Mouvement Republicain Populaire (ruchu republikańsko-ludowego) – pisał: „My, postępowi katolicy, wyznajemy zasadę, że prawdziwy katolik nie może i nie powinien patrzeć obojętnie na krzywizny ustroju społecznego, powodujące rany bolesne, tym boleśniejsze, że wywodzą się z krzywd wlokących się od szeregu pokoleń”. Ks. Weryński apelował do rodaków, by zrozumieli, „że idą czasy nowe”, „czasy urzeczywistnienia nowego porządku społecznego”, którym trzeba „wyjść naprzeciw”. A jeśli ktoś zarzuci im, że w ten sposób katolicy „postępowi” przechodzą na lewicę, to znaczy to tylko tyle, że dobrze zrozumiał ich intencje. „Nie boimy się i nie wypieramy takiej lewicowości” – oświadczał Weryński.
W swoich rozważaniach ksiądz szedł nawet dalej niż Stowarzyszenie PAX Bolesława Piaseckiego, które usiłowało łączyć katolicyzm z socjalizmem. Gdy Witold Bieńkowski, publicysta tygodnika „Dziś i Jutro” (wydawanego przez PAX), napisał pozytywnie o lewicujących katolikach, ale lewicowe idee starał się ograniczyć do reform społecznych, Weryński replikował: „Katolicy powinni oczywiście przede wszystkim uaktywnić się w dziedzinie społecznej, ale nie mogą zaniedbać dziedziny politycznej”. 
Szukając uzasadnienia dla swych tez, ks. Weryński posiłkował się autorytetem innych publicystów, myślicieli i duchownych – nawet tych najwyżej postawionych w watykańskiej hierarchii; np. często powoływał się na encykliki Leona XIII (Rerum novarum) i Piusa XI (Quadragesimo anno). Idee i wytyczne w nich zawarte określał jako „decydujące akcenty”, które doprowadzą do poprawy życia społecznego pod warunkiem, że znajdą oddźwięk wśród wiernych. Tymczasem, jego zdaniem, encykliki te nie zostały docenione: „Papieże nieśmiało wystąpili przeciw przerostom kapitalizmu, przeciw wykorzystywaniu robotników, przeciw pauperyzacji mas robotniczych, nawoływali, przestrzegali, ale głos ich był prawie że... głosem wołających na puszczy. (...) Dziś właśnie wybiła godzina dziejowa realizacji decydujących akcentów, które padły ze Stolicy Apostolskiej”. Takiej „rewolucji miłości w najpełniejszym znaczeniu” – jak pisał ks. Weryński – mieli dokonać katolicy „nowi i żywi”. Nowi, czyli tacy, którzy przekreślają złą tradycję. Zaś żywi – to tacy, którzy mają „oczy otwarte”.
Weryński powoływał się też na słowa kard. Van Roeya, ówczesnego prymasa Belgii: „Jeżeli budowa nowych czasów dokona się bez katolików, dokona się przeciw nim”. 
A jak w praktyce ks. Weryński budował „nowe czasy”? Miał dla Służby Bezpieczeństwa PRL zdobywać informacje w środowisku krakowskich duchownych – i robił to. Został też kapelanem wojskowym, proboszczem garnizonu Kraków i rektorem kościoła garnizonowego św. Agnieszki, zwanego przez żołnierzy i kapelanów „Agnieszkowem”. 
W zbiorach archiwalnych tej świątyni zostało po nim kilka pamiątek: nieco zapisków w kronice parafialnej, książki przez niego napisane, rękopisy i maszynopisy artykułów, zdjęcie. Zbiory kościoła garnizonowego, zgromadzone w czterech salkach, są tyle bogate, co nieuporządkowane. Rzadko ktoś tu zagląda. W muzealnym lamusie znaleźć można sterty żołnierskich modlitewników, kolekcję orzełków z żołnierskich czapek oraz... tablicę, którą zdjęto z Pomnika Nieznanego Żołnierza w Warszawie po przełomie 1989 r. Order Virtuti Militari leży obok odznaki ORMO (Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej) i portretu Piłsudskiego. Jest też wielka, czerwono-złota urna, powstała najwyraźniej w momencie przełomu 1989 roku – wieńczy ją orzeł bez korony oraz trzy orzełki od frontu, z których dwa mają koronę, a jeden nie. We wnętrzu urny znajdują się prochy m.in. z Katynia.
W tzw. izbie kapelańskiej wiszą portrety rektorów kościoła, dziekanów generalnych wojska polskiego i biskupów polowych – aż po bpa Sławoja Leszka Głódzia. Jest tutaj także zdjęcie ks. płk Weryńskiego. Na przeciwległej ścianie dziekani: ks. płk Wacław Pyszkowski oraz ks. płk Roman Szemraj – obaj także z grupy „patriotów”. 
„To prawdziwy monument chwały polskiego oręża, gdzie każdy element wyposażony jest w cząstkę narodowej przeszłości” – pisze o kościele św. Agnieszki autor współczesnego przewodnika po Krakowie (Michał Rożek, „Kraków”, wyd. Wrocław 2002). O ile łatwo zgodzić się z drugą częścią tego zdania, co do pierwszej nasuwa się pytanie: czy w tej chwale udział mieli „księża-patrioci”?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 36 (2774), 8 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl