„Muzyka w Starym Krakowie” i „Pieśń Naszych Korzeni” w Jarosławiu


Dziennik festiwalowy

Tomasz Cyz


Czwartek, 15 sierpnia, Kraków. Katedra Wawelska, jak całe miasto, żyje już dniem jutrzejszym – przyjazdem Papieża. Koncert otwiera chorał „Regina coeli”, niemal niewidzialny i nieziemski, bo chórzyści Capelli Cacoviensis stoją gdzieś w nawach. Paul Esswood w XV-wiecznym anonimie „Pastor gregis egregius” – ten zmęczony już kontratenorowy głos wciąż może być fascynujący. Piękne „Magnificat” Mikołaja z Radomia, wreszcie „Completorium” Gorczyckiego – intrygująco brzmią jedynie solowe fragmenty z barytonem Jackiem Ozimkowskim. 
Niedziela, 18 sierpnia, Jarosław. Stara ujeżdżalnia: wielka pusta przestrzeń, zapach ziemi. Na drewnianym podeście Orkiestra Antyczna z Gardzienic. Dziewczyna czyta polskie tłumaczenie starogreckiej pieśni („niech nastąpi cisza”), sama pieśń brzmi raczej nieciekawie. Orkiestra Antyczna z zachowanych na papirusach czy kamiennych stelach fragmentów próbuje odtworzyć nieznany świat. Czy to antyk przefiltrowany przez wrażliwość współczesnego wykonawcy, czy rekonstruowany obraz minionych czasów? To muzyka współczesna – tak jak współczesne jest wzmocnione przez mikrofony brzmienie. Obecność „barbarzyńcy w ogrodzie” może czasem wydać dobre i potrzebne owoce, ale kiedy barbarzyńca sam siebie nazywa ogrodnikiem, coś zaczyna być nie tak...
Poniedziałek, 19 sierpnia, Jarosław. Chór Anczischati powstał trzynaście lat temu, by przywrócić gruzińskiemu Kościołowi tradycyjny śpiew, wykorzeniany i niszczony. W greckokatolickiej cerkwi dziesięciu mężczyzn w półokręgu, z przymkniętymi oczami, otwiera nam fascynujący świat. Mocne, żywe głosy, „beczące” i gardłowe, tworzą trójgłosową polifoniczną przestrzeń, symbolizującą Świętą Trójcę. Wyczuwalna podwójna radość: współtworzenia modlitwy oraz przekazywania czegoś, co żyje, mimo że skazane było na śmierć.
Wtorek, 20 sierpnia, Kraków. Wracam z Jarosławia prosto na koncert muzyki współczesnej (Stowarzyszenie „Muzyka Centrum”). Na otwarcie nieciekawe „Eclosion” Argentyńczyka Hectora Fiore, dalej zabawne igranie z Bachem w „Sonacie” na obój i basso continuo Kazimierza Pyzika, wreszcie mocne uderzenia w „Ghatam” na perkusję i komputer Jana Pilcha. Wykonawca muzyki współczesnej jest jakby „osobny”, lekko zagubiony. Czy ta muzyka jest opisywaniem samotności? Wieczorem jeszcze koncert Capelli, „na rzecz budowy sali koncertowej”. Stanisław Krawczyński prowadzi „Concerto grosso” op. 6 nr 3 Corellego tak, jakby tej muzyce nie chodziło o dialogowanie, wymianę fraz pomiędzy tutti a concertino; Capella gra tak, jakby chciała wziąć udział w konkursie na „fałszujący zespół roku”. Jeszcze Paul Esswood śpiewa wzruszające „Stabat Mater” Vivaldiego; łamiący się głos, ciągła walka o wysokość oraz czystość dźwięku budują niezwykłe napięcie.
Środa, 21 sierpnia, Kraków. Jak najszybciej zapomnieć o koncercie Kubínovo Kwarteto z Czech. Nieznośny dysonans pomiędzy muzyką (Stamic, Míča, Vaňhal), lekką, salonową – a miejscem (Kościół Ewangelicki), dostojnym, świętym. Bezbarwność i nijakość gry, intonacyjne nieczystości, brak wspólnego tempa. 
Czwartek, 22 sierpnia, znów Jarosław. Koncert francuskiego Duo Cortesia w dominikańskiej bazylice Matki Boskiej Bolesnej. Ciekawy kontrast pomiędzy miejscem a repertuarem – splotem miłosnych wierszy i pieśni trubadurów oraz chorału gregoriańskiego. Uderza surowy, jakby nieociosany głos Léo Richomme’a, śmieszy przesadna gestykulacja narratora Hervé Berteaux. Ale najważniejsze, że Francuzi nikogo nie udają – są tylko pośrednikami między przeszłością a współczesnym słuchaczem, interpretującymi tu i teraz dawny tekst. A to, że potrafią grać na dawnych instrumentach (kornamuz, tympanon, derbuka, bendir czy oud), dodaje tylko smaku.
Piątek, 23 sierpnia, Jarosław. Pięciu mężczyzn w wypełnionej po brzegi i oświetlonej jedynie kilkoma świecami Kolegiacie. Najważniejsi to Licourgos Angelopoulos – pierwszy kantor patriarchatów Konstantynopola i Jerozolimy oraz ojciec Spiridon Mikrayannitis – kantor ze świętej Góry Atos. Dziewięć pieśni-hymnów, na koniec suplikacja „Hagios ho Theos...” („Święty Boże...”). Wciąż mam w uszach potężny, ostry, mocno rezonujący głos Ojca Spiridiona. Bizantyjskie hymny, oparte zwykle na stałym, niskim burdonie, jednogłosowe, w większości sylabiczne – są zachwycająco piękne. Wspaniała modlitwa, która się nie kończy, wznosząca się i rosnąca.
Festiwal jarosławski to spotkanie rozpisane na trzy odsłony. Pierwszą jest wieczorny koncert. Druga odbywa się wczesnym popołudniem: warsztaty tańca, śpiewu, gry na instrumentach. Trzecia, w samo południe, to seminarium z zespołem, który koncertował poprzedniego dnia. Poza tym jutrznia, popołudniowe nieszpory, wreszcie nocne spotkania w festiwalowym klubie. Przyglądając się tańcom przy wtórze dawnej muzyki, zastanawiam się, czym jest ta średniowieczno-renesansowo-współczesna „dyskoteka”. Może ci ludzie urodzili się osiemset lat za późno. A może wszystko dzieje się w swoim czasie...
Sobota, 24 sierpnia, Kraków. 18.00, „Pigoniówka” na Garbarskiej. Pilot-opiekun mówi do Annera Bylsmy: „...bagaż przyleci o 21.00..., tu niedaleko jest kilka restauracji, kantory też są...”. I do mnie: „proszę krótko, jest zmęczony”. Idziemy do pokoju. Krótka narada, kto gdzie będzie siedział (on – twarde krzesło, ja – głęboki miękki fotel). Włączam dyktafon. Po rozmowie dochodzi do wymiany: 10 euro za 40 złotych. Za chwilę, w sklepie pomagam w zakupach: chleb, polski ser w plasterkach (z kawałkami ogórków), winogrona, czerwone jabłko, czekolada z orzechami. Żegnamy się, on z uśmiechem powtarza jeszcze raz „I’ll do my best” i idzie poćwiczyć. Jest 18.35. A koncert? Bylsma w tym samym ubraniu (bagaż jeszcze nie doleciał), w kupionym gdzieś czerwonawym krawacie. Zmęczony, sapiący, po wiolonczeli spływają strużki potu. „Ćwiczenia z palcowania na wiolonczeli” Jean Luis Duporta słychać tak, jakby 68-letnie dziecko uczyło się na nowo gry. „I’ll do my best” znaczy teraz zupełnie co innego.
Niedziela, 25 sierpnia. „Orfeo ed Euridice” Glucka w wykonaniu Capelli w Komorze Haluszki w Wieliczce – chłód miejsca wzmacnia jeszcze ekspresję dzieła, jakbyśmy wraz z Orfeuszem schodzili do podziemi; denerwuje jedynie aktorskie zachowanie solistów. Wreszcie nocne, orgiastyczne spotkanie z muzyką Astora Piazzolli – intensywne, jak ognista czerwień butów skrzypka Zbigniewa Palety.
Wtorek, 27 sierpnia. W krakowskiej Bazylice OO. Dominikanów angielski The Hilliard Ensemble buduje z czterogłosowych motetów de Victorii i Palestriny, przeplatanych jednogłosowym śpiewem chorałowym, niezwykłe nabożeństwo za zmarłych. Jak można tak bezlitośnie mistrzowsko śpiewać? Czysto jak aniołowie, świetliście, przejrzyście...
Spotkanie z gruzińskim Anczischati, bizantyjskimi kantorami, zespołem The Hilliard Ensemble... Rozpatrując te wydarzenia tylko jako koncerty można odrzeć je z najważniejszej może sfery; z drugiej strony łatwo o fałszywą nabożność. Trudno pisać o czymś, co z obszaru estetycznego niepostrzeżenie przechodzi w przestrzeń mistyczną, niemal świętą. Trzy niezwykłe podróże: pierwsza odbywała się w przestrzeni; druga była wędrówką w głąb samego siebie (po koncercie czułem zmęczenie, jakbym spędził te chwile klęcząc); trzecia chwilowym pobytem w raju (z którego wytrąciły mnie brawa i odgłos przejeżdżającego tramwaju). Jeśli jest Niebo, to na niebieskiej scenie te trzy zespoły grać będą kiedyś razem, bez żadnego rozdźwięku ani dysonansu.
Piątek, 30 sierpnia. Urodzona w Kirgizji skrzypaczka Alena Baeva ma siedemnaście lat, ale jej muzyczna dojrzałość nie podlega już dyskusji. Szczególnie uwiodła mnie Bachowska „Chaconne” z Partity d-moll, zagrana z delikatnością, miękko, bez pośpiechu. W „Sonacie” Ysaye’a skrzypaczka pokazała też, że świetnie czuje się w repertuarze wymagającym technicznej biegłości. Jedynie w fugach Bachowskich sonat brakowało przejrzystości; jakby ta rozpisana na kilka kontrapunktujących się ścieżek droga była jeszcze gąszczem bez drogowskazów.
Sobota, 31 sierpnia. Mistrzowski finałowy koncert katowickiej NOSPR pod batutą Gabriela Chmury (uwertura do „Wolnego strzelca” Webera, „Śmierć i wyzwolenie” Straussa, „Fantastyczna” Berlioza). Wielkie, pełne dźwięki, zrośnięte mimo niemal stuosobowego składu instrumentalnego. Nie ma w Polsce orkiestry, której fff potrafi wprawić w takie drżenie krakowską filharmonię; której ppp wydaje się niemal nie istnieć. Wojewodzie małopolskiemu tak bardzo spodobało się wykonanie pierwszej części „Symfonii” Berlioza, że zaczął bić brawo.

Siłą i słabością zarazem „Muzyki w Starym Krakowie” jest różnorodność. Pomiędzy muzyką, miejscem i słuchaczem musi dojść do zaiskrzenia. Tak było w spotkaniu z The Hilliard Ensemble, Aleną Baevą czy Capellą Cracoviensis w kopalni wielickiej; ale już dziedziniec Collegium Maius nie zainspirował muzyków Orchestra da Camera Fiorentina... Czasem powstaje wrażenie, że trzeba zadowolić wszystkich po trochu (Liszt na fortepian sąsiaduje z Pendereckim i Moszumańską-Nazar na wiolonczelę, od muzyki współczesnej „przeskakujemy” do Haendla czy Corellego). I jeszcze bezbarwna i jakby gasnąca gra Capelli Cracoviensis; ten zespół potrzebuje – jak pustynia wody – nowego spojrzenia na muzykę.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 36 (2774), 8 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl