Biała postać w moim obiektywie

Pier Paolo Cito


Postać papieża żyje w sercach ludzi, ale jest także odciśnięta w moim aparacie,w setkach kadrów zamienionych w cyfrowe pliki.Niedziela po niedzieli, rok po roku patrzyłem przez obiektyw i widziałem starzenie się tego człowieka, patrzyłem, jak powalały go kolejne choroby i jak się z nich podnosił. Towarzyszyłem mu w podróżach, wysyłany przez moją agencję „Associated Press” w Rzymie. Fotografuję jego spojrzenie, zmęczoną twarz, zaciśnięte ręce i przygarbione plecy. Obserwuję, studiuję, wyczekuję na moment, kiedy wygląda najlepiej – na ujęcie, które obiegnie wszystkie dzienniki świata. Takim zobaczą go wierni, którzy nie mogli się z nim spotkać osobiście. Patrzę, jak idzie, wspierając się na lasce, i myślę o moim ojcu, który jest w wieku Jana Pawła II i którego spotykam rzadziej, niżbym tego pragnął.
Przed wyruszeniem do Polski bardzo się niepokoiłem o Papieża. Obsługiwałem kilka tegorocznych audiencji w papieskiej letniej rezydencji Castel Gandolfo i bałem się trudów oraz zmęczenia, które czekały go podczas podróży.
Ale w Polsce poznałem innego Jana Pawła II. Poznałem Papieża silnego, który nie szczędził swych sił, jak wtedy, gdy powoli schodził i wchodził po schodach samolotu. Śpiewał i prowokował swój lud. Był tak szczęśliwy, jak tylko może być szczęśliwy człowiek wracający po długim czasie do domu. Przemówienia wygłaszane były po polsku i pierwszy raz nie rozumiałem nic z tego, co mówi. Ale wystarczył mi widok roześmianych ludzi, by odczuć, o co im i o co jemu chodzi. Mówili do Papieża, a on im odpowiadał, to była rozmowa bliskich. Polacy znają go dobrze. Czczą go nie tylko dlatego, że jest głową Kościoła, ale także dlatego, że jest jednym z nich... Ulice jego młodości były wypełnione ludźmi, okna udekorowane jego portretami, balkony falowały chorągiewkami. 
Msza św. na Błoniach była wzruszająca i intensywna. Z okna mojego hotelu widziałem wiernych, którzy zaczęli iść na Błonia już w ciągu poprzedzającej Mszę św. nocy: jak krople spływające z różnych stron świata. W nocy zbudziły mnie śpiewy. Wyjrzałem przez okno: krople zdążyły się zmienić w strumyki płynące w stronę Błoń. Rano, pod hotelem w kierunku Błoń płynęła już wezbrana rzeka, która zmieniała się w ludzkie morze. Ołtarz... Wydawało się, że nigdy tam nie dotrzemy: my, fotografowie w samochodzie, który poprzedzał Papieża, przemierzaliśmy ulice i pełni zdumienia patrzyliśmy na tysiące roześmianych ludzi, którzy entuzjastycznie go witali. 
Być może Papież już więcej do Polski nie wróci. Być może w wizjerze mojego aparatu widziałem człowieka, który żegna się ze swoim krajem i ze swoim ludem. Tak czy inaczej, była to podróż, której nie zapomnę nigdy.



Przekład Abo

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 36 (2774), 8 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl