Muzyka jest niespodzianką

Rozmowa z wiolonczelistą Annerem Bylsmą


TOMASZ CYZ: – Czym dla Pana jest muzyka? Czym jest granie?
ANNER BYLSMA: – Muzyka jest jedną wielką niespodzianką; sekretem, tajemnicą, która nam się objawia. Może to pochodzi od Boga. Nie wiem. Ale czujesz, że to coś bardzo ważnego. Wytwarzasz drgania powietrza, te drgania docierają do czyjegoś ucha. Rozmawiacie. Może to jakiś prajęzyk sprzed podziałów, sprzed wieży Babel.
Czterdzieści lat temu szukał Pan „autentyczności”. Czego szuka Pan teraz?
– Nigdy nie będziemy grać utworu Bacha czy Boccheriniego tak dobrze i prawdziwie, jak oni sami, ponieważ oni grali muzykę tak, jak ją napisali, a my robimy to po upływie kilku wieków. Nigdy nie dotrzemy do autentyczności. Czasem czujesz, że to ten moment, że kompozytor byłby może nawet zadowolony. Że nastąpiło jakieś spotkanie. Ale ono trwa jeden takt, może dwa, w następnym już to tracisz. Może przydarzy się to dziś wieczór. I’ll do my best.
Może poczucie autentyczności to jakiś rodzaj inspiracji, punktu wyjścia...
– Użyłeś trafnego słowa: poczucie autentyczności. Słucham płyty nagranej przed trzydziestu laty i mam poczucie, że wtedy je miałem, a teraz już nie. Wszystko się zmienia: ty sam, świat, ludzie, urządzenia. Poczucie prawdy: prawdy umysłu, prawdy uczucia. Może słowo „prawda” jest lepsze niż „autentyczność”. Grasz coś i to brzmi prawdziwie, płynie prosto z serca i daje radość. Ale to doświadczenie raczej efemeryczne. Bach jest jak księżyc, a ja siedzę w pociągu i ciągle go widzę. Jestem w jednym mieście, jadę do następnego, a on ciągle jest.
Powiedział Pan w jednym z wywiadów: „Staram się grać dokładnie to, co jest napisane”. Co to znaczy?
– Tu objawia się kolejna tajemnica: jak ktoś potrafi dokonać takiej kondensacji myśli w maleńkich nutkach? Jak ktoś inny jest w stanie je zrozumieć i odczytać? Myślałem wtedy o odczytaniu czegoś, co zostało jakby przedustanowione. Ludzie mówią: napisał to, a myślał o czymś zupełnie innym. Takie postrzeganie wydaje mi się niebezpieczne. W książce o suitach wiolonczelowych Bacha analizowałem kopie partytur pozostawione przez żonę kompozytora Annę Magdalenę. Chciałem się przyjrzeć, co te manuskrypty dzisiaj mówią, zamiast zgadywać, co Bach miał na myśli. Świeże spojrzenie na dzieło daje tak wiele nowych sposobów odczytania! Może za rok będę myślał inaczej, ale teraz staram się grać właśnie dokładnie to, co napisane.
Czy to wciąż walka przeciwko unifikacji, ujednoliceniu?
– Człowiek jest zwierzęciem, które łatwo się nudzi. „Uniformity people” będą robić to samo przez piętnaście lat, w ten sam sposób. Pianista, z którym współpracuję od lat, powtarza często, że zawsze gra na 100 procent. Jego rubato, frazowanie, arpeggio jest zawsze identyczne. Mógłby zasnąć przy instrumencie i ciągle grać w odpowiednim tempie. Cudownie się go słucha – ale zawsze jest taki sam. Ja nie chcę i nie potrafię być ciągle taki sam. Wciąż szukam czegoś nowego. Jest przecież inny koncert, inna publiczność. Mówisz wiolonczelą te same dwa słowa w różnym miejscu i czasie, tempo jest trochę inne, głośność także. Muzyka jest przede wszystkim emocją. 
A co jest tak fascynującego w instrumentach smyczkowych, w wiolonczeli?
– To nieprzewidywalne i zaskakujące instrumenty, a zarazem najpiękniejsze z wszystkich! Tylko one potrafią rozpocząć z kompletnej ciszy i grać z taką delikatnością. Ten cały świat wdechów i wydechów, smyczkowanie od siebie i do siebie. Nie tylko dynamika, ale przede wszystkim atmosfera i oddychanie. Nie ma w nich nic złego, fałszywego. Są takie pełne. Podobnie zachowuje się może jedynie akordeon.
Czasem wydaje się, że nie szuka Pan pięknego i pełnego dźwięku; że woli Pan dźwięk bardziej chropowaty, surowy... 
– Tak, może, choć oczywiście nie zawsze. Piękno jest rzeczą dziwną. Na pewno oglądałeś kiedyś konkurs Miss Świata. Te dziewczyny są nadzwyczajne, mają wszystko na swoim miejscu. Ale też trochę sztuczne; tak jakby piękno było czasem nudne.
Powiedział Pan: „Ludzie przychodzą na koncert dla przyjemności. Moim celem jest przede wszystkim nie znudzić słuchaczy”. Gra Pan dla siebie czy dla nas?
– To dobre pytanie. Oczywiście, staram się komunikować ze słuchaczami. Znam jednak tylko siebie. Więc kiedy gram dla słuchaczy, gram także dla samego siebie siedzącego wśród nich. Jeśli wszystko idzie dobrze, powstaje piękna cisza, zawieszenie oddechów. Siedzisz na scenie i słuchasz muzyki twojej wiolonczeli. Zaczynasz się dziwić. Tak jakbyś stał na ulicy i patrzył w górę: tam jest ptak! I nagle wszyscy patrzą w tę samą stronę. To takie piękne, niespodziewane, niemal święte...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 36 (2774), 8 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl