O ludziach i o wodzie

Erich Busse z Drezna



Na co dzień tego nie wiemy, żyjąc w poczuciu stabilności
i bezpieczeństwa – ale my, ludzie, choć tyle już osiągnęliśmy i zbudowaliśmy, pozostajemy nadal słabi wobec sił przyrody. Za to możemy być solidarni. 



W dolinie rzeczki Müglitz, przecinającej góry, wschodnie Rudawy, kilkanaście kilometrów na południe od Drezna, ludzie osiadali od dawna i wzdłuż rzeki, właściwie górskiego potoku, wyrosły przed wiekami osady i miasteczka. Jednym z nich jest Glashütte: niedaleko od stolicy regionu, ale na uboczu, 10 km od granicy z Czechami – i 20 km od Łaby. 
Odległości bywają mylące. Mieszkańcy doliny doświadczyli tego po raz pierwszy w roku 1927. Tamtego lata w Rudawach pada. Intensywnie, ale ludzie nie widzą niebezpieczeństwa. Potok wprawdzie występuje z brzegów, ale najpierw zalewa tartak w górze doliny i zapas drewna tworzy naturalną tamę. Kiedy ona pęka, w dół rusza masa wody, która nie tylko niszczy i zalewa domy w Glashütte do pierwszego piętra, ale porywa cały skład kolejki wąskotorowej, wlokąc go kilkaset metrów. W 3-tysięcznym miasteczku giną 23 osoby.
Zniszczenia usuwa się, domy odbudowuje. Powyżej miasteczka powstaje zbiornik, który ma w przyszłości zatrzymać nadmiar wody, oraz solidny mur ochronny. Ludzie czują się bezpiecznie. 
W roku 1997 fala powodziowa z Polski dociera do Niemiec, zalewa obszary nad Odrą. We wschodnich Niemczech wiele miejscowości leży poniżej poziomu Odry, pod ochroną wałów; toczy się o nie wielotygodniowa walka. Mówi się, że byłoby w ogóle bezpieczniej, gdyby ludzie opuścili te miejsca i osiedlili się gdzie indziej; tutaj, w byłej NRD, nie brakuje wolnych miejsc, ani pustych mieszkań. Mówi się, że człowiek musi zmienić nastawienie do przyrody. Ale nie dzieje się nic: powódź mija, ludzie wracają do domów nad Odrą, wzmacnia się wały. Ludzie czują się bezpiecznie.
W sierpniu 2002 pada obficie od Adriatyku po Bałtyk. Także w Rudawach, nieprzerwanie, przez dwa dni. W ciągu 24 godzin spada tyle wody, ile zwykle w pół roku. W poniedziałek 12 sierpnia, około południa, potok Müglitz opuszcza koryto i zalewa jedyną drogę w dolinie. Wysiada prąd, sieć telefoniczna, sieć telefonów komórkowych. O pół do piątej po południu napierająca woda uderza w 15-metrowy mur, chroniący zbiornik nad Glashütte oraz dolinę – i rozwala go. Wysoka na 2,5 metra fala rusza w dół doliny, zagarniając wszystko, co napotka na drodze: drzewa, auta, ciężkie maszyny budowlane.
Na skraju miasteczka, tam gdzie potok zakręca, stoją dwa domy. W pierwszym mieszka 80-letnia kobieta: jest sama, przykuta do łóżka. Woła o pomoc. Ale pomoc jest niemożliwa, prąd jest za silny. Mijają godziny, fala podmywa fundamenty, wali się boczna ściana obu domów, odsłaniając widok wnętrz. Kobieta przeżyje, ale pomoc dotrze do niej dopiero następnego dnia. 
W drugim domu na parterze jest warsztat samochodowy; jego właściciel, pan H., jest szczęśliwy, gdy uda mu się wyjść na zero i nie stracić. Bezrobocie w miasteczku jest spore: do 1990 r. w tutejszej socjalistycznej fabryce zegarków pracowało 3000 ludzi, po roku 1990 zaledwie 80. Dziś działa pięć mniejszych i większych firm, zatrudniających w sumie 500 osób, fachowców; ale dla wielu z miasteczka pracy nie starcza. Wielu, jak rodzina H., prowadzi swoje warsztaty, byleby nie iść na bezrobocie.
Kiedy potok niszczy mur, za którym ludzie czuli się bezpieczni, rodzina H. ucieka na wyższe piętra. H. płacze: „Odremontuję dom. To taniej niż burzyć i budować na nowo. W dolinie nie ma wolnych miejsc. No i nie mam pieniędzy, żeby budować na nowo. Dla mnie chyba by mi się już nie chciało. Ale syn chce prowadzić warsztat, nie chce być na bezrobociu”. A jeśli znowu zacznie padać, jak w roku 1927 i 2002? Bezradne wzruszenie ramion: „Może przyjdzie za 100 lat, może za 30?”. H. odwraca się, nie chce, żeby inni widzieli jego łzy. 
A tych innych jest teraz w miasteczku wielu. Po oblężeniu przez wodę, Glashütte przeżywa oblężenie przez ludzi: przybywają z okolicy i z daleka, by pomóc; zdrapywać z bruku i ścian, wynosić z piwnic półmetrową warstwę szlamu. Niektórzy nigdy tu nie byli, nie mają tu bliskich. Ale usłyszeli i przyjeżdżają, czasem z drugiego końca Niemiec, jak ten mężczyzna z nadmorskiego Szlezwiku-Holsztyna, który zobaczył zdjęcia w TV, wziął urlop z pracy, wrzucił do bagażnika gumiaki i łopatę – i ruszył na południe.
Teraz razem z innymi pracuje, od świtu do zmierzchu. Kto nie ma dość sił, by kopać lub pchać taczki ze szlamem, ten troszczy się o jedzenie, jak może, bo nadal nie ma prądu, czystej wody, gazu. Kobieta, tutejsza, przynosi jedzenie. Słyszę, jak rozmawia z inną: „I wyobraź sobie, mieszkam tu od 12 lat, a ten sąsiad zawsze udawał, że mnie nie widzi, nawet nie odpowiadał, jak mówiłam »dzień dobry«. A dziś zapytał, jak się czuję, i czy może w czymś pomóc”. Mój najmłodszy syn zagaduje machającego łopatą rówieśnika: „Wyglądasz, jakbyś cały dzień latał pod krawatem”. Współtowarzysz odpowiada: „Fakt, pracuję w banku. Ale wolę być tutaj niż na siłowni, to też ma sens”. 
Gimnazjalista R., razem z którym napełniamy taczki, bardzo ubolewa, że nie ucierpiał budynek szkolny i nauczyciele już zapowiadają, że rok szkolny rozpocznie się w terminie. Ale macha łopatą jak dorosły, podobnie jak wielu innych w jego wieku i młodszych. 
W minionych latach często słyszałem skargi na młodzież. Że długo śpią. Że nie mają na nic ochoty, co jest związane z jakimkolwiek wysiłkiem. Że uciekają od ponoszenia odpowiedzialności za cokolwiek i nie interesują się polityką. 
Tutaj i teraz muszę powiedzieć, że ta młodzież jest o wiele lepsza niż opinie o niej. Pracują aż do wyczerpania, bo widzą, że czynią dobro. Chcą ponosić odpowiedzialność, ale sami chcą decydować za co. Interesują się polityką. Chcą, żeby wiele się zmieniło. I czują, jak skostniałe i mało ruchliwe jest społeczeństwo. Każda grupa społeczna broni swych interesów, konieczne reformy są blokowane, także wielkie partie są częścią tego blokującego zmiany systemu, biorą pieniądze od sponsorów, więc nie wprowadzą reform, które nie są na rękę darczyńcom – co widać choćby po ekologii czy ochronie konsumenta.
W tych dniach także do kościołów przychodzi tutaj dwa razy więcej ludzi niż zwykle. 50 lat temu w takiej sytuacji duchowni mówiliby o karze boskiej. Ale czasy się zmieniły. We wschodnich Niemczech trzy czwarte ludzi nie ma już żadnych związków z Kościołami, i to w drugim-trzecim pokoleniu. Także chrześcijanie nie postrzegają już takich katastrof jako kary od Boga – widząc, także w takich sytuacjach, że z woli boskiej to człowiek sam musi ponosić odpowiedzialność za siebie i za przyrodę.
I jeszcze to: ludzie ze wschodnich i zachodnich Niemciec, podzieleni symbolicznym „murem w głowach”, przynajmniej w tych dniach zbliżyli się, a solidarność – nie tylko ta w wymiarze finansowym, ale także ludzkim właśnie – jest wielka. 
Kilka dni deszczu starczyło, aby zagrozić, zmienić albo po prostu zniszczyć dotychczasowe życie oraz egzystencję paru milionów ludzi. Oni zostaną z pamięcią, jak kruche i niedoskonałe jest to, co człowiek buduje, także poczucie bezpieczeństwa. 
I jak jesteśmy słabi.

Przełożył Wojciech Pięciak

Erich Busse (ur. 1949), teolog i pastor Kościoła ewangelickiego, od końca lat 60. działał w „Akcji Znaków Pokuty” w NRD, organizując m.in. letnie obozy młodzieży z NRD w Polsce. Od lat 70. związany także z opozycją demokratyczną w NRD, w Berlinie Wschodnim. Obecnie mieszka w Dreźnie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 36 (2774), 8 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl