Mieszaniny


Kochanowski – dwór

Jan Błoński





Przecie nie tylko królowie mieszkali na Wawelu. Dwór był zdumiewająco liczny, szedł w setki ludzi i tysiące sług. Od rana do wieczora huczał zamek rozmowami, plotkami, nieustanną krzątaniną: niewielu tylko dworzan miało urzędnicze funkcje, reszta bawiła się, intrygowała, wspomagała króla i magnatów w najrozmaitszych posługach, dobijając się łaski – i nadań, a więc pieniędzy...
Nie było na dworze wykwintniejszego towarzystwa niż to, w którym przewodzili Łukasz Górnicki, lekarz Rojzjusz, Hiszpan z pochodzenia, Jan Kochanowski, Kryski, Mielecki, Trzebukowski, Fogelweder. Oto stoją na krużganku, dysputując, jaki powinien być dworzanin. Bowiem Górnicki postanowił właśnie napisać dzieło, gdzie wyłożyłby zasady godnego dworskiego życia. Mowa o żartach: czym są, jakie winny być dozwolone, jakie zaś należy uznać za niegrzeczne. Powiada Górnicki:
– Żart albo kunsztowna posługa nic innego nie jest, jedno jakieś oszukanie przyjacielskie w rzeczy ani szkodliwej, ani obraźliwej...
Kochanowski, który był tu najdowcipniejszy, zaraz myśli, jaki by tu dać przykład. Widzi, że do doktora podszedł jakiś dworzanin, Baltazar, i pyta go o radę na bóle głowy. Więc od razu:
– Nie dziw, żeć głowa, Baltazarze, chora:
Siedziałeś wedle głupiego doktora.
Dworzanie lubowali się w muzyce: słuchano pieśni włoskich, jakie przywożono z podróży do Italii, ale także domowych, polskich, które rozbrzmiewały często z pomieszczeń służby, z okolic stajni i kuchen.
Zaloty nade wszystko zajmowały dworzan. Strzelały żarty, fraszki, epigramata. Mówił Kochanowski do nieużytej Hanny:
– Na palcu masz dyjament, w sercu – twardy krzemień;
Pierścień mi, Hanno, dajesz: już i serce przemień!
Panny opierały się, zasłaniały przepisami wiary, często niezgrabnie, jak choćby ta:
– Jeśli nie grzeszysz, jako mi powiadasz,
Czego się, miła, tak często spowiadasz?
Zbliża się wieczór, pora dworzaninowi najmilsza. Po wieczerzy zbierano się nieraz u któregoś z przyjaciół: nie gardzono winem czy piwem, które dodawały animuszu rozmowie. Trudno się było wykręcić od dzbana, na próżno Rojzjusz, doktor Hiszpan, uciekał od wesołych towarzyszy. Raz zamknął się i nie chciał wpuścić wesołej kompanii, która pokrzykując i śpiewając, zaczęła dobijać się do drzwi:
– Puszczaj, doktorze, towarzyszu miły!
– Doktor nie puścił, ale drzwi puściły.
– zrymował później wydarzenie Kochanowski. Poczciwy lekarz – który był także uczonym i poetą – leżał już w łóżku. Musiał przyjąć z rąk przyjaciół czaszę:
– Jedna nie wadzi; daj ci Boże zdrowie!
Po pierwszej przyszło jednak osiem następnych. Doktor musiał mieć mocną głowę, skoro potrafił z filozoficzną rezygnacją wyciągnąć wniosek ze swej przygody:
– Szedłem spać trzeźwo, a wstanę pijany.
Bywały jednak i inne wieczory. Oto ktoś przemyka się samotnie po dziedzińcu: przystaje, zagląda do ciemnego okna, cicho puka, w odpowiedzi słyszy śmiech, który może znaczyć wszystko...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 36 (2774), 8 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl