Tokary: wieś na Podlasiu, którą podzieliła granica polsko-białoruska


Na pół

Rafał Zubkowicz



Ani w wieku XIX, ani w początkach XX wieku, nikt tutaj żadnych granic nie wytyczał. Bywały granice na niedalekim Bugu, ale rzeka to naturalna linia podziału. Jakieś wyobrażenie o granicy przywozili powracający z carskiej służby rekruci, coś bąknął o niej wędrowny dziad. Nigdy nie były to jednak rzeczywiste bariery – takie jak ta, która przecięła ich pola. 



„Jakem wracał z wojny od Moskwy, to z pociągu widno było starą polską granicę. Za Mińskiem. Słupki stali przy samych torach. Przyjeżdżam do wsi, a tu niespodzianka. Następna granica! I też polsko-radziecka” – dziwił się wtedy Jan Wichowski.

Za pierszej Polszczy

Przed II wojną światową z Tokar chodziło się do Wysokiego. Tam odbywały się jarmarki, były urzędy, wokół rynku stały żydowskie sklepiki. Koń ciągnący wóz drogą przez Makarowo miał do pokonania prawie osiem kilometrów. Piechotą, ścieżkami przez pola było tylko pięć. Do Brześcia, siedziby powiatu i województwa, też blisko: niecałe 35 km.
„Za pierszej Polszczy to ja do Brześcia piechotą chodziła. Matka moja tam żyła, a ja się u dziadków chowałam. Bieda była. Pewnie, że pociągiem szybciej i nogi się nie zmęczo, ale za co bilet kupić? Człowiek młody był, chodził. Dziś to i do Mielnika bym nie zaszła” – wspomina Anna Karasiuk, lat 88.
Na zachodnim krańcu wsi stał kościół, na wschodnim cerkiew. Nieco dalej cmentarz, gdzie grzebano zmarłych z tokarskiej parafii. Szkołę wybudowano na środku wsi. Po pierwszym wkroczeniu Rosjan, uczyła się tam w 1940 r. ponad setka dzieci. Nieco na uboczu, za wsią, wznosiły się zabudowania dworskie. Solidnym gościńcem, o który opierała się wieś, można było dojechać do samej Warszawy.
Dziś na drodze od strony szosy na Siemiatycze zatrzymuje się podstarzałe audi z białoruską rejestracją. Z załadowanego samochodu pada po rosyjsku pytanie: „Którędy do Wysokiego?”. „W prawo” – odpowiadam. Przed wojną każdy mieszkaniec Tokar wskazałby przeciwny kierunek. 
Ale dziś, na jedynym we wsi skrzyżowaniu, stoi zielona tablica, kierująca do przejścia granicznego w Połowcach. Ale drogowskaz nie wskazuje najkrótszej drogi do granicy: wystarczyłoby kilkaset metrów w przeciwnym kierunku. I tak, po zarośniętym trawą bruku, docieram po chwili pod ustawione naprzeciw siebie słupki graniczne. Tam droga ginie na dobre, by pojawić się po drugiej stronie płotu z drutu kolczastego. W Republice Białoruś.
Dziś, gdy do Tokar wjeżdża się drogą od strony Klukowicz, tuż przed kościołem stoi biała tablica z nazwą miejscowości. Jak wszędzie. Jadąc od Makarowa, napis na tablicy informuje: „TAKAPŰ”. Żeby przedostać się z jednej do drugiej części wsi, potrzebny jest paszport. Najbliższe przejście graniczne jest w Połowcach: trzeba zatoczyć 40-kilometrowe koło.
O aktualnym przebiegu granicy polsko-białoruskiej, która liczy ponad 400 km, zadecydowano na konferencji w Jałcie w 1945 r. Przedstawiciele mocarstw postanowili wytyczyć granicę między Polską a ZSRR w oparciu o projekt z końca I wojny światowej, tzw. Linię Curzona. Linia ta, nie pokrywająca się z żadną z granic historycznych, przecięła połączenia komunikacyjne. Zaś niemal całkowity brak współpracy przygranicznej w PRL-u i skrupulatna kontrola granicy sprawiły, że zniszczeniu uległy istniejące przez dziesięciolecia powiązania infrastrukturalne. 
Granica przecięła też na pół jedną z podlaskich wsi: Tokary.

Pijany oficer, Stalin i proboszcz

Co zdecydowało o przebiegu granicy w terenie? Patrząc na mapę, nasuwa się wrażenie, że linia oddzielająca południową część województwa podlaskiego od okręgu brzeskiego na Białorusi jest zbyt regularna, pozbawiona naturalnego przebiegu. Czy to urzędnicza ręka wykreśliła zdecydowanym ruchem ów łuk, dzieląc na pół Tokary? 
Mieszkańcy mają własne teorie. Jedni opowiadają o radzieckim pułkowniku-pijaku, który wytyczał granicę na gruncie. Jeśli tylko gospodarz się spisał i dostatecznie upił wiecznie spragnionego dowódcę grupy geodetów, wojskowy odwdzięczać miał się pozostawieniem gospodarstwa po żądanej stronie. Taką wersję potwierdzają w pobliskim Niemirowie nad Bugiem. Ponoć tylko dzięki staraniom grupy kilkunastu mieszkańców udało się przekupić komisję graniczną. Co się tyczy Tokar, wieść głosi, że do podzielenia wsi przyczyniła się chęć utrzymania w Polsce wybudowanego w 1935 r. kościoła. W tym celu monitowano ponoć samego Stalina. Inicjatorem zabiegów miał być ks. Tomasz Lipecki, przedwojenny proboszcz w Tokarach. 
Między Puszczą Białowieską a Brześciem granica znacznie odbiega od ogólnego kierunku północ-południe. Początkowo wcinający się w terytorium Polski klin miał być jeszcze głębszy. Do Białoruskiej SRR przynależeć miał powiat bielski (obecnie hajnowski, siemiatycki i bielski). W lipcu 1944 rozpoczęto nawet organizowanie administracji sowieckiej. Ale kilka tygodni później komitet obwodowy komunistycznej partii Białorusi w Brześciu wydał instrukcję o wycofaniu pracowników z rejonu siemiatyckiego. Formalnie Rada Najwyższa Białoruskiej SRR dopiero 20 sierpnia 1944 r. przyjęła uchwałę o przekazaniu Polsce większości ziem obwodu białostockiego. 
Potem przebieg granicy korygowano jeszcze kilkakrotnie. Początkowo ustalono ją na wschód od wsi. Ale któregoś lata nastąpiło ostateczne przesunięcie: „Nikt w te granice na początku nie wierzył. Pośrodku wsi? Tu Polaki, a tam kto, Ruskie? Mówili, że ona tylko tymczasowa i później zmieni się jo i wyprostujo. A została sie na 50 lat” – opowiada Anna Wichowska.

„Won do swego kraju!”

Pani Anna pochodzi z Wólki. Jej rodzinna wieś została za granicą. Ślub Wichowscy brali w kwietniu 1945, zaraz po Wielkanocy. Oboje zamieszkali w Tokarach. W czerwcu zamknięto granicę. Zdążyli jeszcze przewieźć trochę dobytku na drabiniastym wozie. Nie zżęte zboże części gospodarzy zostało w ZSRR. „Jak zaczęli wtedy pilnować, to koniec. Postawili z tamtej strony samych ciemnych, z Azji. Dwa razy krzyknie, żeby zatrzymać się i strzela. Tak nauczone, wyrywne, wiadomo, tylko co się wojna skończyła. Strach było w tamte stronę spojrzeć” – opowiada pani Anna. 
Nie dość, że po obu stronach ta sama ziemia, to jeszcze wieś i ludzie ci sami. Eugenia Godoniuk, która do Tokar trafiła za mężem, wspomina: „Przedtem my wszystkie takie same byli, kto Polak, kto prawosławny. A później tamci, że niby inne państwo, my inne. A mówili tak samo, koło siebie żyli. O, rozumie jak?”.
Na mocy umowy o przesiedleniach między Białoruską SRR a Polską każdy z mieszkańców Tokar mógł zadecydować o swej przynależności państwowej. Mówiono o tzw. repatriacji. Tymczasem dla rodzin, które od pokoleń mieszkały w swych wsiach, ich ojczyzna była tu, gdzie się urodzili. Wymieniano wówczas ziemię, gospodarstwa. Dla wielu wybór taki oznaczał rozstanie z ojcowizną, z domem budowanym własnymi rękoma, z krewnymi. „Nie było dobrze. Chodzili wtedy różne: jedne zachęcali, że po tamtej stronie to dopiero będzie życie, do kołchozu zapisywać się. Byli i takie, co nas prawosławnych wygnać chcieli. Że my Ruskie: »won do swego raju!«, krzyczeli. Partyzantka niby taka!” – relacjonuje Jan Wichowski.
Dziś wielu nie chce o tym pamiętać. Ludzie nie chcą dociekać, kim byli członkowie zbrojnych grup, które nachodziły ich domy. Jedni szukali broni ukrytej po zagrodach, wypytywali, kto w czasie wojny był w lesie. Inni wymyślali od kacapów, komunistów, żądali, by wynosić się na wschodnią stronę. Nie obyło się bez bicia i zastraszania. Inni przychodzili tylko kraść. „Bandy” – tak o wszystkich mówi się do dziś.
Przeprowadzali się tacy, którzy mieli większość ziemi po przeciwnej stronie granicy. Musieli się przenieść ci, których gospodarstwa stanęły na przeszkodzie wytyczeniu pasa granicznego: po stronie polskiej to niewiele ponad 200 metrów, po białoruskiej do dziś funkcjonuje szersza, tzw. „osiemsetka”. Tam bezwzględny zakaz wstępu obwiązuje nawet mieszkańców najbliższej okolicy: gdzie kiedyś był środek wsi, dziś jest pusta przestrzeń, przedzielona kolczastym drutem. Stojące tam domy przeniesiono za cerkiew i cmentarz, tworząc tak Nowe Tokary, jak je nazwali mieszkańcy. Nie ma prawie śladu po dworze, a drogą można jechać tylko w jednym kierunku.
Tokary po polskiej stronie są w większości katolickie, prawosławnych jest tylko kilkanaście rodzin. Od kiedy cerkiew została za granicą, rolę parafialnej świątyni pełni cerkiew w Koterce.

Krowy z kołchozu w polskich truskawkach

Ostatni dom przed granicą należy do Kamińskich. Ostatni, a raczej – jak woli Roman Kamiński – „pierwszy w Polsce”. Przed wojną ojciec Romana mieszkał dalej, dziś to tamta strona. Rodzina przeniosła się, choć większość gruntów została w ZSRR, z obawy przed przymusowymi zapisami do kołchozu. Objęli gospodarstwo po kimś, kto wybrał stronę przeciwną. 
Ojciec już nie żyje, Roman mieszka z matką. Znają większość pograniczników patrolujących ten odcinek. „Jak zimno, przychodzą się zagrzać, na herbatę – mówi pani Kamińska. – W stanie wojennym co pół godziny maszerowali, w tę i z powrotem. Jakiś młody żołnierz spotkał mnie wtedy, jak za grzybami chodziłam. Legitymować się każe, przepustkę, że ja w strefie przygranicznej nielegalnie. Nadszedł dowódca i do mnie: dzień dobry, pani Kamińska, jak grzyby? Tamtego zamurowało. Ale co ze znajomości, i tak nie puszczą bez paszportu”.
Miejscowi granicy nie przekraczają, ale zwierzęta nie stosują się do przepisów. Na uprawach Kamińskich częściej niż gdzie indziej pasą się kołchozowe krowy, nielegalnie wkraczając na polskie terytorium. Dlatego pani Kamińska sama dba, aby zdezelowany drut kolczasty po polskiej stronie wisiał na miejscu: „Kiedyś, latem, idą ci nasi WOP-iści, a ja im mówię, żeby brali w areszt ruskie krowy, co się u mnie pasą – wspomina. – Pytają, skąd wiem, że one ruskie. To ja: a co, swoje bym pasła w truskawkach i fasoli? Kiedyś znowu psy z tamtej strony pozagryzały nam owce. Polowanie tam mieli. Tylko jedna została. Były komisje, obiecywali odszkodowanie. Kiedy im pisma słaliśmy, co z odszkodowaniem, odpisali: nasza granica tak szczelnie strzeżona, że nawet pticzka nie prelietit, a psy co dopiero. A te krowy to niby czyje? I jeszcze z powrotem przeganiać każą”.
Czasem zabłąkany samochód przejedzie obok domu Kamińskich w kierunku granicy: „Ludzi, którzy później zawracają, dziwi, że granica tak blisko. Tuż za wioską. Ja się od urodzenia tak przyzwyczaiłem, że nic w tym szczególnego nie widzę – dodaje Roman. – Niektórzy przyjeżdżają z ciekawości rzucić okiem na Białoruś, granicę zobaczyć. Wydaje im się, że to nie wiadomo co. A tu słupki odrapane, po białoruskiej stronie krzakami zarośnięte”. 

Nie czekają z pogrzebem

Pola niektórych mieszkańców Tokar sąsiadują z pasem granicznym. Po białoruskiej stronie to niemożliwe: do dziś pozwolenia, meldunki i milicja na każdym kroku. Niełatwo dostać się do szerokiej niekiedy na 20 km strefy nadgranicznej.
Kiedy podejmuję drugą (tym razem udaną) próbę odwiedzenia białoruskiej części Tokar, wiadomość o moim pojawieniu szybciej niż ja dociera do białoruskiej straży. Hamuje rozpędzony gazik, ze środka wyskakuje pięciu żołnierzy. Szczękają zamki karabinów, warczy pies. Komendant posterunku skrupulatnie przegląda dokumenty, ale niechęć i podejrzliwość nie ustępują...
Podejrzliwości nie widać za to u Aleksandra Korzenieckiego, który skończy w tym roku 80 lat. Mieszka w drugim domu, licząc od początku wsi. Błękitno pomalowaną chatę przeniesiono mu z „osiemsetki”. Ojciec był Ruski, jak mówi Korzeniecki, i dlatego został. A z nim czterech synów. Czterech synów wuja zostało po polskiej teraz stronie. Jeden z nich to Jan Wichowski. Kiedy skończyła się wojna, Aleksander zapowiedział ojcu, że idzie na drugą stronę. Usłyszał, że jeśli się wyprowadzi, rodzina trafi na Syberię. Został.
Jeszcze kiedy granica biegła między Tokarami a Makarowem, młody Korzeniecki został powołany do wojska, i półtora roku służył pod Krakowem. Potem granicę przesunięto nieco na zachód i Korzeniecki znowu dostał wezwanie do wojska – do Armii Czerwonej, na Krym, na 2,5 roku. Miał wypadek: wojskowa ciężarówka z żołnierzami runęła w przepaść, przeżyły tylko dwie osoby, w tym on: z ciężkimi obrażeniami, silnym uszkodzeniem wzroku Korzeniecki odzyskał przytomność po kilku dniach. Dziś mieszkający samotnie inwalida pierwszej grupy dostaje nieco ponad 30 dolarów renty. Jak na Białoruś, to i tak dużo.
Najgorsza, zdaniem Korzenieckiego, była kolektywizacja. Zniszczono wtedy wszystkie rozproszone gospodarstwa, tzw. kolonie, wykarczowano sady, zniszczono pasieki, dla kołchozu rekwirowano sprzęty domowe. „Przed wojną Żydzi z Wysokiego i Brześcia zaliczkę za owoce z sadu płacili już wiosną – wspomina. – I wszyscy byli zadowoleni. Zniszczyć i zabrać było łatwo, a spróbujcie teraz oddać na powrót, powiedziałem kiedyś na zebraniu w kołchozie. Jak ziemie brać? Nikt teraz nie ma nawet własnego konia, maszyn. Gołymi rękami co zrobisz?”.

Jednorazowy wyjazd

Kiedy powstawała granica, nikt nie myślał, że trzeba na dobre pożegnać krewnych z drugiej strony. Gdy Wichowscy wzięli ślub, Anna opuściła rodzinną Wólkę. Nie sądziła, że dom rodzinny odwiedzi kilkanaście lat później. W tym czasie zmarło jedno z rodziców. Doszło tylko zawiadomienie o śmierci. Wyjazd wymagał determinacji: zaproszenia, paszporty, masy dokumentów. Na następny pogrzeb znów nie pojechała: „Nikt nie będzie czekał z pogrzebem, aż ja tu załatwię stertę pozwoleń...”.
Dziś jest dużo łatwej. Nie trzeba jechać przez odległy Terespol. Działa przejście graniczne w Połowcach, po kilkudziesięciu latach uruchomiono relację pasażerską Czeremcha-Brześć. Funkcjonują przepisy o uproszczonym ruchu granicznym dla ludności z pogranicza.
Niezwykłym wydarzeniem było otwarcie granicy dla mieszkańców okolicznych wsi w Koterce. Kilka lat temu na mocy dwustronnej umowy pozwolono ją przekroczyć, na jeden dzień. Opowiada Jan Wichowski: „Jak wtedy nas puścili, jakby cud sie zdarzył! Płakali ludzie. Pierwszy raz tak bez niczego. Idziem wszystkie ciekawe, jak tam u nich. Na szosie za Koterko posterunek ustawiony, a zaraz dalej stojo nasi z tamtej strony. Czekali kto na kogo. Człowiek ich wszystkich znał, no poznać, kto taki, nie można było. Toż tyle lat! Postarzeli sie, pozmieniali. Niektóre to pewnie od wojny sie nie widzieli”. 
Po przekroczeniu granicy, mimo zakazu, Jan wybrał się na cmentarz, dalej niż zezwolono oficjalnie: „Nie idź, mówio, jeszcze sobie biedy narobisz. Ja na to, że jak już tu jestem, to na cmentarz muszę iść. Po drodze, przed cmentarzem, spotkałem trzech oficerów. Patrze im sie w oczy, zdrastwujtie, mówię i twardo idę! Nawet sie mnie o nic nie zapytali”.
Ojciec pani Kamińskiej został pochowany na cmentarzu przy cerkwi: „ Tam już wiele mogił zapomnianych, rodzina po polskiej stronie, to kto się ma opiekować. Jak już było można, to ja z braćmi postanowiła na ojca grobie pomnik postawić. Za te lata, kiedy my nie mogli tam nawet świeczki zapalić”. 
Pewnie pomogły dobre stosunki, jakie łączą Kamińskich z polską Strażą Graniczną. Udało się bowiem uzyskać zezwolenie na jednorazowy wyjazd do białoruskich Tokar. Przygotowany w Polsce nagrobek, cement i narzędzia załadowano na przyczepę ciągnika. Znalazło się miejsce dla Kamińskiej i jej braci. Roman usiadł za kierownicą: „Czasu było niewiele. Przepustkę wystawiono nam na jeden dzień, wrócić trzeba było na określoną godzinę. A tu wodę trzeba wiadrami nosić, zaprawę mieszać, odczekać aż zwiąże. Ledwośmy się wyrobili”.
Korzeniecki po powrocie z polskiego wojska następny raz był w Polsce dopiero w latach 90. Teraz już nigdzie się nie wybiera. Choć z przekroczeniem granicy nie ma dziś trudności, to dla osób w jego wieku, które pamiętają nie podzieloną wieś, wyjazd stanowi zbyt duże obciążenie. „Może jak by puścili starą drogą...” – zastanawia się. 
Wichowscy też nie wybierają się na tamtą stronę. Ostatni raz wyjeżdżali przed dwoma laty, większość swoich nie żyje. Po rodzinie pani Anny zostały tylko groby rodziców. 

„Po co zostawać?”

W jednych i drugich Tokarach młodych coraz mniej – wyjeżdżają do miast. 
Wichowski chwali się gospodarstwem: sam dorobił się okazałych budynków, ciągnika i maszyn. Ale co z tego, gdy dzieci nie chcą przejąć ziemi? Przyjdzie wszystko sprzedać albo zostawić państwu. 
Budynek szkoły, który widać z domu Wichowskich, od tego roku szkolnego stoi pusty. A jeszcze rok wcześniej przeprowadzono generalny remont: wreszcie normalne łazienki, centralne ogrzewanie. Dzieci było wtedy tylko 35. Teraz jeżdżą autobusem do Mielnika. Jan martwi się o los budynku. Żal mu tym bardziej, że uczestniczył w jego budowie.
Korzeniecki z przeciwnej strony też powie, że okolica pustoszeje: „Ile się u nas chat już całkiem zawaliło. Ludzie powyjeżdżali do Brześcia i innych miast, nawet nie ma komu nakazać, żeby uprzątnął ruinę. Bo i po co zostawać? Odkąd granicę zrobili, to jak na końcu świata. Nawet odjechać można tylko w jednym kierunku...”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 35 (2773), 1 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl