Nasza Carol

Magdalena Smoczyńska



W latach 90. Czesławowi Miłoszowi przydarzyły się dwie rzeczy niebywałe. Jedną z nich była możliwość powrotu do Polski. Drugą – jego małżeństwo z Carol. Obie zbiegły się w czasie i – co zdumiewające – nie było między nimi konfliktu.



Jak Carol, Amerykanka z Atlanty, umiała przystosować się do życia w Polsce, trudno pojąć. Znacznie od swego męża młodsza, była już jednak w wieku, kiedy nie jest łatwo całkowicie zmienić przyzwyczajenia i przystosować się do życia w kraju, bądź co bądź, dość egzotycznym.
Ale Carol poślubiła Czesława z całym dobrodziejstwem inwentarza, w tym z Polską i życiem wśród Polaków. Opiekowała się jego kruchym w ostatnich latach zdrowiem, nigdy jednak nie przekraczając granic „opieki koniecznej”. Zaprzyjaźniła się z jego przyjaciółmi, ale znalazła sobie też w Polsce własnych przyjaciół. Bo Carol była nie tylko wspaniałą żoną wielkiego człowieka; sama była kimś niezwykłym.
Rozmawiałam z nią w połowie czerwca. Od pewnego czasu czuła się źle. Zdecydowała się zostawić Czesława na trochę w Krakowie i pojechać do Stanów: niech tamtejsi lekarze szybko zrobią odpowiednie badania i wezmą się za leczenie. Rzeczywistość okazała się inna: kalifornijscy lekarze najpierw długo nie mogli nic znaleźć, potem to, co znaleźli, nie nadawało się do leczenia.
Odebrałam właśnie wiadomość: Carol umarła dzisiaj rano. Bardzo trudno z tym się pogodzić. Myślę o Czesławie, którego los dotknął najboleśniej, a przy tym z najbardziej nieoczekiwanej strony. Ale myślę też o nas wszystkich, którzy straciliśmy naszą Carol – tę wspaniałą, pełną życia i pogody ducha dziewczynę z Atlanty, którą przywiózł nam do Krakowa. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 35 (2773), 1 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl