O spokój ducha Eugenii W.

Małgorzata Siwek



Choć od wybuchu II wojny światowej mijają właśnie 63 lata, dla wielu Polaków tamta przeszłość pozostaje żywa. I nadal pozostaje wiele pytań, niektóre zapewne bez odpowiedzi. Ale są tacy, jak Eugenia W., którzy nadal wierzą, że „gdzieś musi być jakiś ślad”. 



Do wsi Makarki na Białostocczyźnie uciekający bolszewicy przywieźli na armacie czteromiesięcznego chłopca. Było to dokładnie 19 sierpnia 1920 r., w kolejny dzień kontrofensywy Piłsudskiego, która zatrzymała sowieckie natarcie na Warszawę. „Zabiliśmy jego rodziców burżujów, a dwór spaliliśmy” – mieli powiedzieć bolszewicy, a przynajmniej tak to zapamiętano. Chłopczyk miał leżeć godzinami przy drodze. Płakał. Ulitował się nad nim Jan Markiewicz, który był – tak stwierdzono później w protokole – „najuboższym mieszkańcem wsi, nie posiadającym własnego domu ani ziemi”. 
Potem losem dziecka zainteresował się Czerwony Krzyż i umieścił malca w warszawskim żłobku. Inżynier W., przybrany ojciec chłopczyka, w liście do znajomego napisał, że przedstawiał on wówczas „istotę ludzką złożoną z kości, skóry i strupów”.
Tak wyglądały pierwsze miesiące życia Witolda W., zrekonstruowane w pamięci jego późniejszej żony, Eugenii W.

„Wygląd arystokraty”

Władysław i Zuzanna W. nie mieli własnych dzieci, więc zdecydowali się na adopcję. Ich serca ujął jasny blondynek z poważną buzią, z której spoglądały wielkie czarne oczy. 
Nazwali chłopczyka Witoldem i zabrali do swojego domu w Borysławiu na Kresach (tam mieszkali, zanim przeprowadzili się do Krakowa i Wieliczki).
Kiedy tamtego dnia „osiemnastej decydującej o dziejach świata bitwy” bolszewicy porzucali chłopca, był ubrany w kaftanik z inicjałami i owinięty w czerwony dywan. Może dlatego Władysław W. był przekonany, że malec pochodzi ze szlacheckiej rodziny. Szukał korzeni „Witolka” przez Czerwony Krzyż, gazety i parafie, aby – jak pisał – „gdy dziecko dorośnie, nie robiło mi wyrzutów, żem poszukiwań w odpowiednim czasie zaniedbał”. Opisywał więc jego historię, „arystokratyczny wygląd”, znamiona na prawej nodze. I zaznaczał, że „o oddaniu dziecka nie ma mowy, gdyż oboje z żoną tak go pokochaliśmy, że poza nim świat dla nas nie istnieje”.
Tymczasem z blondynka wyrósł postawny brunet. Po maturze dostał się do podchorążówki we Włodzimierzu, a następnie na Politechnikę Lwowską. I wtedy kuzynka wytknęła mu, że nie jest rodzonym synem państwa W. Bardzo to przeżył, bo przybrani rodzice nie wyjawili mu wcześniej prawdy.
Przyszedł rok 1939 r. – i Witold, powołany do wojska, brał udział w obronie Lwowa. Niewoli uniknął i udało mu się dotrzeć do rodziców, do Krakowa.

Dni jak bajka

Eugenia przyjechała do Krakowa w 1940 r., aby zamieszkać z wujostwem, które wynajmowało pokój u rodziny W. 
Już pierwszego dnia natknęła się na Witolda. Siedział przy stole i aż podskoczył, kiedy ją ujrzał. Ona zaraz uciekła do sąsiadki, zapytać, kto to jest. „Nazajutrz słyszałam, jak pani Zuzanna chodzi po pokoju, odchrząkując – wspomina Eugenia. – Nie wiedziałam, o co jej chodzi, póki nie zawołała: »Panno Gieniu, niech pani pozwoli!«. A on już tam czekał”.
Witold szybko pojął, że to „ta jedyna”. Ciągle szukał jej ciemnych oczu i warkoczy. Ona unikała go, bała się, że zostanie zabawką przystojnego chłopca. Myślała: „Gdzie biednej dziewczynie do bogatego syna pana inżyniera, który uwielbia tenisa i grę na pianinie?”
Jego rodzice byli przychylni uczuciu syna. On nie dawał za wygraną, ale nie był natarczywy. Eugenii podobała się ta subtelność: „Raz stałam przy zlewie i zobaczyłam cień swojej głowy i jego ręki na ścianie. Głaskał mnie, ale tak delikatnie, że nawet nie poczułam”.
Pewnego dnia, kiedy zeszła do piwnicy po węgiel, poszedł za nią. „Klęknął i zaczął błagać o ustalenie daty ślubu. Nie mogłam mu odmówić” – wspomina Eugenia W.
Wierność małżeńską ślubowali sobie 14 czerwca 1942 r. w kościele św. Katarzyny na krakowskim Kazimierzu. Podobno – tak to pamięta Eugenia W. – podczas ceremonii zgasła świeca, stojąca po stronie Witolda. Potem nastąpiło 10 dni, które dla pani Eugeni „minęły jak bajka”.
Wcześniej, jeszcze latem 1941, Witold przyznał się Eugenii, że działa w AK i zapytał, czy nie chciałaby także wstąpić do organizacji. Chciała. Wysłał ją więc do znajomego, który pracował razem z Eugenią w zakładach chemicznych „Erdal”. Pozwolono jej wybrać pseudonim. „Zdecydowałam się na »Myszkę«, bo tak nazywała mnie przyjaciółka. Do dziś tak mnie nazywa w listach” – wspomina Eugenia. Złożyła przysięgę. Niewiele wiedziała o organizacji: miała kontakt jedynie z dwoma kolegami z pracy, ograniczający się do krótkich komunikatów i wymiany przesyłek w wybranym miejscu w mieście. 
Dopiero po wojnie dowiedziała się o przynależności do AK wielu spośród znajomych, a także, że jej oddział nazywał się „Żelbet”, zaś jej dowódcą był Piotr Skrzeszewski, „Petro”.
Była łączniczką: na terenie Krakowa, Warszawy i Zakopanego przyjmowała i odbierała meldunki, przewoziła materiały konspiracyjne i korespondencję, za pomocą grypsów utrzymywała łączność z więźniami z krakowskiego aresztu przy ulicy Montelupich. 
Nieraz miała serce w gardle, kiedy trafiała w środek obławy albo wydawało się, że ktoś ją śledzi. Ale wychodziła cało z opresji. Kiedyś, na dworcu w Miechowie, stała z walizką z materiałami, gdy Niemcy zaczęli rewidować ludzi. Była tak zdenerwowana, że – choć jeszcze nie paliła – poprosiła kogoś o papierosa. Podszedł do niej Niemiec i... pogroził palcem, że taka smarkata, a pali.
Najgorsze było, że z nikim nie mogła podzielić się swoimi przeżyciami, nawet z Witoldem. Sama o jego konspiracyjnej działalności także niewiele wiedziała. Tylko tyle, że miał pseudonim „Wicio” i często brał udział w spotkaniach przy ul. Tynieckiej w Krakowie, w ówczesnym domu Karola Wojtyły.

„Myślałam, że wyskoczy”

Trwającą dziesięć dni bajkę zakończyło walenie w drzwi w nocy, 24 czerwca 1942 r. 
Nie spali jeszcze, bo Eugenia zachorowała i miała 40 stopni gorączki. Witold otworzył drzwi. Z ciemności dobiegło ostre „Halt!”. 
Niemcy zabrali Witolda. Nie pozwolili pożegnać żony. Kiedy wyszli, podbiegła do okna i pociągnęła za sznurek od story, ale się urwał. Gdy wreszcie udało jej się wyjrzeć, usłyszała tylko warkot silnika.
Chodziła od więzienia do więzienia. Bez skutku. O tym, że siedzi na Montelupich, w celi z 50 innymi więźniami, dowiedziała się przypadkowo. „Kiedy przyszłam tam pierwszy raz, pod więzienie, myślałam, że wyskoczy z okna” – wspomina.
Odbierała grypsy w chlebie lub w buteleczkach po lekarstwach, także od współwięźniów Witolda dla ich rodzin. Przeżywała chwile grozy, gdy gryps padał na trawnik. Szła tam i udawała, że się załatwia. 
Któregoś dnia więźniowie pokazali jej gestami, że Witolda już w celi nie ma. 
W sierpniu dostała od niego kartkę z Oświęcimia.
Kiedy przychodził kolejny list, ze zdenerwowania litery rozpływały jej się pod oczami. Dopiero na drugi dzień uspokajała się na tyle, żeby dojrzeć „Meine liebste Gieniuśka” – kartki były po niemiecku – na górze i „Dein Witek” na dole.
Zabierała listy nad Wisłę, gdzie wypłakiwała swój ból, strach i rozpacz. W domu kryła zaczerwienione oczy przed mamą, która z nią zamieszkała. 
Nie mogła się załamać, bo była w ciąży. 
Kiedy napisała o tym Witoldowi, wyznał, że się cieszy, ale i martwi, bo jak ona da sobie radę? Odpisała, że jest szczęśliwa. Poprosiła, by wybrał imię dla dziecka.
Ale korespondencja się urwała. 
Eugenia wspomina: „Przyśnił mi się ten oczekiwany list od męża, w którym podał dwa imiona. Po przebudzeniu pamiętałam tylko męskie: Jacek”.
Zamiast listu przyszła wiadomość o śmierci Witolda, rzekomo na skutek choroby. 
Prawdy dowiedziała się na początku lat 50. Zwiedzając oświęcimski obóz, usłyszała rozmowę kilku mężczyzn, którzy byli tu więzieni, podobnie jak jej mąż, w bloku 11. Zaczepiła ich, podała jego numer. Jeden zawołał: „To numer Witolda! Siedział w ciemnicy, a potem rozstrzelali go pod Ścianą Śmierci”.
Został jej tylko orzełek z czapki męża z Września 1939 oraz zdjęcia: kilkuletniego, nastolatka i dorosłego. 
Ostatnie są z Oświęcimia, z obozowego muzeum: w poważnych oczach nie widać strachu ani smutku. Ani nadziei.

„O spokój ducha”

Lekarz doradzał Eugenii usunięcie ciąży, gdyż groziła powikłaniami. Ale teść sprzedał obrazy, by synowa miała na lekarstwa – i codziennie modlił się o jej zdrowie. 
10 marca 1943 r. urodziła zdrowego syna. Szczęśliwy dziadek pragnął, by wnuk nosił po nim imię Władysław. Tak też chłopca ochrzczono. 
Ale przez całe życie bliscy nazywali go i nazywają Jackiem. „Jacek z wyglądu nie przypomina ojca, za to charakterem bardzo – twierdzi Eugenia W. – Jest tak samo delikatny i wyrozumiały. Nie sprawiał trudności wychowawczych, choć brakowało mu męskiej opieki”.
„Odkąd pamiętam, ojciec był w moim życiu, bo mama często mi o nim opowiadała, podobnie jak później ja swoim dzieciom” – mówi Jacek W., który jednemu z synów dał na imię Witold.
Dziś Eugenia W. jest prababką. W 1960 r. poznała obecnego, drugiego męża. „Właściwie to Jacek namówił mnie na ślub”. Jest szczęśliwa, choć przeszłość zakłóca szczęście: „Pamiętam, jak stałam z Witoldem pod piecem i jak mówił: »Co bym dał, żeby się dowiedzieć, kim jestem, kim byli moi rodzeni rodzice«. To mi nie daje spokoju”. Eugenii nie zależy, aby sprawdziło się przekonanie przybranego ojca Witolda o jego szlachetnym pochodzeniu. „Wszystko jedno, byli arystokratami czy wieśniakami. Chodzi mi o spokój ducha” – mówi. 
Jacek nieraz myślał o rodzinnych korzeniach ojca. Ale do poszukiwań jego dziadka niczego nie dodali pytani mieszkańcy Makarek, ani proboszcz pobliskiej parafii w Grodzisku, ani ksiądz z archiwum diecezjalnego w Drohiczynie. Tylko pani Eugenia wciąż wierzy, że „gdzieś musi być jakiś ślad”. 
I pewnie tak już pozostanie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 35 (2773), 1 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl